Dzien 115
Fri Jun 29 04:35:59
2007 UTC - 18 2.43 S - 71 43.83 E
(piatek, 29 czerwca)
" Poprosilem Boga
zeby uzdrowil mojego chorego brata. Bóg powiedzial:
Nie. Jego duch
jest zdrowy, jego cialo jest jedynie tymczasowe.”
Wczoraj o 16:30 moj brat
Mirek wyplynal w swoj
powrotny rejs. Niech
aniolowie pokazuja mu droge do atolu Bozej Milosci z
ktorego kiedys
do nas przyplynal.
Dzien 114
Thu Jun 28
03:39:35 2007 UTC - 17 38.84 S - 73 17.98 E
(sroda, 27 czerwca)
Wciaz dmucha, wczoraj postanowilem jednak
wykorzystac ten mini sztorm by sprawdzic elementy olinowania i
refowania w silnym wietrze. Jak dotad nie bylo okazji. W Kalifornii
Luka stala na suchym, a w Ensenadzie przez okres naszego postoju
nigdy nie wialo wiecej niz 25 wezlow.Postawilem bezana na pierwszym
refie, wygladal ladnie , potem gladko zjechalem do drugiego refu i
na koncu spuscilem go zupelnie. Przy tylnich wiatrach bezan jest
bezuzyteczny, spycha rufe na zawietrzna i w konsekwencji Jacht robi
sie bardzo nawietrzny czego nam i tak z natury nie brakuje. Wzialem
sie za grota, nie bez trudu wciganalem go do pierwszego refu.
Refowanie przy silnym wietrze jest zdecydowanie latwiejsze niz
wciganie zagla, zwlaszcza ze nie staje w takich okolicznosciach do
wiatru. Wciagnalem grota podobnie jak bezana do pierwszego refu,
umocowalem kontrafal i obciagacz bomu. Luka pochylila sie troche
Zrefowany, obciagniety mocno grot wygladal jak skrzydlo samolotu.
Podszedlem z boku do masztu, spojrzalem do gory i kolejny raz w
ciagu ostatnich dni poczulem rozczarowanie i konsternacje. Gorna
czesc masztu od drugiego salingu wygiela sie do tylu, i przy kazdym
przechyle wyginala sie jakby kiwajac na mnie palcem. Przy
zrefowanych zaglach, silny wiatr dramatycznie zmienil rozklad sil na
maszcie.Zrzucilem grota, umocowalem go solidnie do bomu, zszedlem
pod poklad i zrobilem kawe . Gdzies w polowie kubka sytuacja wydala
sie mniej grozna. Poczekam na spokojniejszy dzien, i kursujac miedzy
dziobem i rufa po trochu bede luzowal achtersztagi i naciagne
solidnie oba sztagi. Bedzie jednak problem z rolerem. Ma dwa
plaskowniki dokrecone po obu stronach trzpienia trzymajacego caly
szatg, mocuja one na dole caly
system rolera. Prawidlowo powinienem zdjac je z obu stron trzpienia,
naciagnac sciagaczem sztag, wtedy wejsc na czubek masztu, poluzowac
sruby ogranicznika trzymajacego do kupy prowadnice rolera, tak by
calosc mogla przesunac sie na sztagu do gory, zejsc na dol, zalozyc
z powrotem i przykrecic plaskowniki na trzpieniu sztagu, teraz znowu
wejsc na czubek masztu i dokrecic ogranicznik. Uff. Nie mam zamiaru
wchodzic na maszt w takich warunkach. Trzeba bedzie wymyslec jakis
skrot, i pewnie wymysle, ale najpierw musze sie za to zabrac, wpadne
na cos w trakcie roboty. Jesli nie znajde rozwiazania, trzeba bedzie
rzucic kotwice na jakiejs oslonietej plyciznie i jak pajac na
sznurku, latac po maszcie. Pojutrze wiatr powinien troche oslabnac,
miejmy nadzje, Mama Ocean troszke sie wygladzi, wezmiemy sie wtedy
za robote..
Dzien 113
Wed Jun 27 03:24:34
2007 UTC - 17 26.42 S - 74 51.57 E
(wtorek, 26 czerwca)
Wczoraj zaczelo
sliniej dmuchac, dzis na poziomie pokladu sila wiatru dochodzi do 32
wezlow + 4 z jakimi plyniemy + gdyby zmierzyc go jak to sie zwykle
robi na topie, mamy zdaje sie 8-ke. Moglbym mimo to postawic
wiecej zagli , ale nigdzie sie nam nie spieszy. Tankowanie piwa przy
Cape Town za 6 tygodni...zdazymy.
Dzien 112
Tue Jun 26 03:21:11
2007 UTC - 18 9.06 S - 76 24.58 E
(poniedzialek, 25
czerwca)
Cos mnie wczoraj
tknelo zeby sprawdzic jak wygladaja burty. Luka ma polokragle burty,
wiec trzymajac want musialem sie niezle wychylic by zobaczyc linie
wodna. To co zobaczylem spowodowalo konsternacje i rozczarowanie.
Pas okolo 40-50cm powyzej linii wodnej porosniety jest malymi
muszelkami. Nie mam na mysli kilkudziesieciu muszelek, jest ich
dookola jachtu kilkadziesiat tysiecy. Urosly tam gdzie nie bylo juz
farby antyporostowej. A poniewaz nieustannie sie kolyszemy, polowe
czasu, co im widac wystarcza spedzaja pod woda. Od wczoraj
zastanawiam sie jakby tu je od siebie uwolnic...Pierwsza mysl to
pletwy i ostry skrobak, ale od Ciesniny Toresa nieustannie buja, i
cos mi mowi ze juz tak zostanie, a skrobanie ostrych jak zyletki
muszelek przytulajac sie rownoczesnie do skaczacej w gore i dol
burty, byloby glupie i niebezpieczne. Pamietam ze mialem gdzies
skrobak do farby, cos jak super, sztywna szpachelka. Znajde go,
przymocuje do wygietego jak burta solidnego, aluminiowego
plaskownika i calosc przykrece do bosaka, ktory daje sie wydluzac i
skracac... Ciekawe jak mocno przyrosly,ale przypuszczam ze mocno..
Na Pacyfiku mielismy czyste burty kiedy
nurkowalem zeby odplatac wedki z sruby. Musielismy to swinstwo
zlapac gdzies potem. Pamietam ze Chay Blyth na Brytish Steel mial
ten sam problem i nie byl go w stanie rozwiazac. Zobaczymy jak nam
pojdzie.
Dzien 111
Mon Jun 25 03:28:41
2007 UTC - 18 0.76 S - 77 46.90 E
(niedziela, 24
czerwca)
Mielismy wczoraj
pracowity dzien. Poprzedniej nocy Pan Monsun przygnal do nas troche
czarnych chmurek, i co jakis czas spadaly z nich dosc silne szkwaly,
po ktorychwybuchala polgodzinna cisza. Biedny autopilot rozdzwanial
sie zalosnie, oznajmiajac ze bez wiatru nie
moze utrzymac Luki na kursie, a genula szamotala sie i strzelala jak
kapiszon. Postanowilem zawiesic na ta noc powazne operacje
zeglarskie, zwinac genue i reszte nocy szybko dryfowac na foku
marszowo-sztormowym. Okazalo sie jednak ze z jakichs powodow nie
moge zwinac do konca genuy, mimo ze line obracajaca mechanizm
refowania
oblozylem na duzym kabesatanie. Przestalem ciagnac ... cos bylo nie
tak.
Wlaczylem swiatla pokladowe, ale na rozchybotanym pokladzie nie
zauwazylem nic co moglbym odczepic lub odwinac. Wybralem na blache
koncowke niedowinietej genuy i poszedlem spac.Nazajuztrz w
promieniach wstajacego slonca sprawdzilem wszystko dokladnie i
okazalo sie ze wygiela sie ostatnia sekcja aluminiowej prowadnicy
rolera i powodowala opor przy zwijaniu zagla, a po drugie przy koncu
zwijania, zahaczony cwanie o klape grodzi zderzeniowej kontraszot
przytrzymywal genue. Kilka ostatnich dni szlismy w dosc silnym
wietrze na mocno zrefowanej wokol sztagu genui i to w jakis sposob
wygielo ostatnia sekcje nalozonej na szagu aluminiowej rurki rolera.
Trudno mi w to uwierzyc, jak mogla sie wygiac bedac na naciagnietym
sztagu... W pierwszej chwili pomyslalem ze sztag sie poluzowal, ale
okazal sie naciagniety jak potrzeba, czary mary! To jednak byl
drobiazg, po kilku rozwinieciach i zwinieciach opor jaki dawala
wygieta rurka prawie zupelnie zniknal, ale cala ta przygoda zwrocila
moja uwage na genue i dzieki temu odkrylem ze lina obracajaca
mechanizmem refowania przeciera sie bardzo w jednym miejscu (przecieranie
sie lin zagli to zmora dlugich rejsow) Wyobrazmy sobie, ze zaczyna
naprawde wiac, najlepiej w nocy, probuje zwinac genue, a przetarta
linka ktora obraca roler, obwijajac zagiel wokol sztagu .. peka...Totalna
kaszana! Wielka jak samolot genua rozwija sie i nie ma jej jak
zwinac. Trzeba by ja szamoczaca sie jak schwytany smok, wyciagnac
centymetr po centymetrze z ciasnej szpary w prowadnicy i modlic sie
ze nie polamie rak...Nie chce dalej tej "kaszany" opisywac, zeby
"se" jej czasem na kolacje nie "przywolac". Teraz ciesze sie z
wczorajszych klopotow, poniewaz przy tej okazji zauwazylem co sie
swieci. Odwrocilem drugim koncem line do rolera, teraz przetarcie
jest na moim koncu, i zalozylem dodatkowy bloczek tuz przy rolerze,
ktory nie dopusci do przetarcia liny, przynajmniej w tym miejscu.
Dziwne ze koledze zeglarzowi na Lady B nic sie nie przecieralo...
moze bujali sie na cztery... albo uznal ze nie warto wspominac...
Dzien 110
Sun Jun 24 03:43:53
2007 UTC - 17 36.49 S - 79 21.85 E
(sobota, 23 czerwca)
Pogoda bez zmian, duzo
dzis pracy na pokladzie.
Dzien 109
Sat Jun 23 05:44:28
2007 UTC - 17 14.34 S - 80 44.39 E
(piatek, 22 czerwca)
 
Przed switem wiatr zelzal, i wschodzace slonce ukazalo dziwny swiat.
Dookola nas, szczesliwie w przyzwoitej odleglosci wisialy czarne,
dotykajace powierzchni morza chmury. Natychmiast zagrala mi w glowie
szanta "ej czy widzisz ja, ta czarna chmura na nas wali ..." Po
szybkiej analizie wyszlo, ze ta najblizsza tylko nas straszy i
przejdzie bokiem. Slonce jakby nie dajac za wygrana przeciskalo sie
przez szczeliny jak przez pekniecia w skale, potegujac niesamowite
wrazenie. Po pewnym czasie jedna czarnulka zmienila kurs i
przeleciala po nas. Walnela wiatrem w zrefowane zagle jak mlotem, a
potem nas po prostu zalala. Oczywiscie stawilismy jej z Wackiem
czola, ja bez zbroi i Irish Spring w dloni a Wacek z podwinientym
ogonem, namydlony resztkami szamponu. Woda zrywala z nas, bardziej
niz zmywala skwar ostatniego miesiaca i szorowala poklad zabierajac
z soba miny Wacka i naniesiona bryzgami morza sol. Okazalo sie przy
okazji, ze nie zrobilem dobrej roboty zakladajac nowa tafle Lexan'u
w klapie wlazu dziobowej kabiny, przedostalo sie tamtedy troche wody,
troche by zirytowac... Kolo poludnia slonce wygralo i przegonilo
wiekszosc czanego towarzystwa za horyzont, i w nagrode za szary
poranek wyswietlilo nad nami wspaniala tecze, ktora magicznie
zaczynala sie ( lub konczyla, ktoz to zgadnie) na naszej rufie. Mam
nadzieje za brutalnie pomniejszone zdjecie, ktore zalaczam ,pokaze
choc kawalek tej magii...Podobno na kazdym koncu teczy ukryty jest
skarb. Zrobilem szybko w myslach remanet zawalonej sprzetem kabiny
rufowej, tam specjalnych skarbow nie ma... Ale moze to cala Luka
jest moim skarbem, mostem wypelniajacym ta luke dzielaca mnie od
skarbu wiekszego...
Dzien 108
Fri Jun 22 02:57:02
2007 UTC - 16 44.06 S - 83 26.97 E
(czwartek, 21
czerwca)
Przywialo dzis troszke, prognoza pogody „mowila” o wietrze 20 wezlow,
wieje ze 30... Szanowny Pan Monsun rozdymal policzki, dmucha i
podnosi fale. Pompa autopilota wydaje z siebie dzwieki jak by ja
ktos mordowal. Idziemy ostrym baksztagiem i niesiemy tyko przednie
zrefowane zagle, min. po to by ulzyc pracujacej nieustannie od
Ensenady pompie autopilota. Choc jest cieplo, Wacek zarzucil
obszczekiwanie ptakow i lazi za mna jak cien... Otworze dzis
nastepna puszke boczku. Kontynuujemy rozpuste tlustych i nasyconych
smakiem boczku sosow. Odkrylem, ze jesli cos mi smakuje, to bez
znudzenia moge jesc to cos codziennie przez miesiac... To co jemy od
dwoch tygodni, to spaghetti a'la Luka. Skladniki; 1 obiad US Army (kawalek
siekanej wolowiny w sosie grzybowym, o smaku starej podeszwy),pol
szklanki mleka, pol woreczka przecieru pomidorowego, z 10 (albo
wiecej, zalezy jak mi sie wezmie) paskow wysmazonego boczku z puszki,
kilka kawalkow ostrej marynowanej papryki, szczypta rosolku w
proszku, lyzka cukru, na koniec troche rozrobionej w wodzie maki. Z
boku gotuje sie makaron. Do wody dodajemy odrobine oleju i soli.
Makaron absolutnie musi byc twardawy,troszke niedogotowany. Po 10
min siorbania i cmokania, ktorego pozazdroscilby niejeden Japonczyk,
oddaje reszte talerza Wackowi, podobnie jakbym go wkladal do
nowoczesnej, niezapychajacej sie resztkami zmywarki. Wacus
szczesliwy wchlania reszte „ morskich przysmakow” zostawiajac po
sobie lsniacy czystoscia talerz i widelec. Nastepne gotowanie jutro
po wyslaniu poczty.
Dzien 107
Thu Jun 21 02:57:50
2007 UTC - 16 41.03 S - 85 46.91 E
(sroda, 20 czerwca)
Obudzilo nas dzis
czyste sloneczne niebo i wiatr. Nie za slaby, nie za mocny, taki w
sam raz, idealna pogoda zeglarska. Rozmawialem wczoraj z bratem, ma
sie coraz lepiej. W wczorajszej poczcie, pomiedzy wieloma zyczeniami
powodzenia i samych ladnych rzeczy, dostalem takze pogrozke. Oprocz
przyblizonej pozycji naszego Randevú, tuz za "hakiem" Przyladka
Dobrej Nadziei, list od mojego wujka zawieral takze skierowana pod
moim adresem grozbe. Moj rodzony wuj, oswiadczyl ze jesli jeszcze
raz nazwe go, swojego wuja, wujem, to cytuje " nastrzelam cie w leb
lysa palo" koniec cytatu. Co prawda wuj moj nie jest ode mnie duzo
starszy, jak to na porzadnego wuja przystalo, ale przeciez wuj to
wuj. I za to mam oberwac w lysy leb... Przyznaje, jestem lysy, ale
lysy jestem z powodu lancucha genow jaki mi sie oberwal. To ogniwo
odpowiedzialne za lysa pale, dostalem od sp. ojca i niech ktos
zaprzeczy, ze lysina jest dowodem wyszszego poziomu na drabinie
ewolucyjnego rowoju. Wlosy jako nam niepotrzebne zanikaja, najwiecej
maja ich ci najblizsi dawcom prawie calego kompletu naszych genow -
tych calkiem obrosnietych z golymi tylkami. W USA od dawna istnieje
kult gladkiego ciala, rowniez wsrod meszczyzn. Gola sie teraz "malpiatki",
odrywaja plachty wosku wraz z wlosami, z plecow, nog i zarosnientego
brzucha. Probuja dac kroka w strone bardziej rozwinietych
genetycznie, lysych pal...A teraz wierszyk dla wujka
* Szedl wujek z wujkiem po wujowej drodze
* I spotkali wujka na .. .wujowej nodze.
* - jak sie masz wuju
* - po ... wuju
* Wzial wujek wujka pod ...wujka
* I poszli do wujka.
Obojetnie co zrobisz moj wujku, zawsze bedziesz moim wujem wujku.
Dzien 106
Wed Jun 20 03:56:29
2007 UTC - 16 33.59 S - 87 52.34 E
(wtorek, 19ty czerwca)
Bez dramatow i
przygod plyniemy w strone Madagaskaru, i to wlasnie ze bez przygod,
nie liczac urozmaicajacych zycie drobiazgow, powoduje, ze caly rejs,
od poczatku przypomina zasluzone wakacje na morzu. To juz nie sekret
dla kazdego kto choc umiarkowanie czesto zastanawia sie nad soba i
otaczajacym swiatem, ze kazdy czlowiek ze swiadomoscia tego faktu,
lub bez niej, tworzy i powoluje do zycia swoj wlasny mikroswiat .Swiadomie
lub nie, kreujemy to, co nas potem spotyka.W zwiazku z tym moj rejs
do samej Ensenady odbedzie sie bez niechcianych przygod i zakonczy
jak konczace sie wakacje, poniewaz tak go wlasnie dla siebie
wykreowalem. To smutne ze wielu ludzi nie jest w stanie powiazac
tych wcale niesubtelnych zaleznosci i pozostaja reaktywni na
odbytwajace sie przed ich nosem wydarzenia , zamiast swiadomie je
dla siebie kreowac. Nieswiadomi konsekwencji zezwalaja by
przypadkowe emocje, mysli i decyzje ksztaltowaly ich swiat niejako
bez ich swiadomego w tym tworzeniu udzialu.Wiekszosc z nas
przypomina stado kierowane przez pastuchow ktorzy najpierw
cierpliwie, od urodzenia wmawiaja nam ze istnieja na swiecie,
czyhajace na nasze gardla psy z ostrymi jak noze zebami, a gdy
powtorza nam to klamstwo wystarczajaca ilosc razy, tak by sie
zagniezdzilo, pilnuja nas nimi potem jak swojego prywatnego stada,
obiecujac jakies obwarowane setkami warunkow wolne od pasterskich
psow inne pole... Ci odwazniejsi czujac intuicyjnie ze to oszustwo,
uciekaja, czesto jeszcze zanim dostrzega zaleznosci tej intrygi.
Potem z dystansu widac jak na dloni to cale misternie utkane z lekow
i obaw pastwisko a zamiast psow, nasladujaca szczekanie i
warczenie, bande lekajacych sie o wlasne gardla pastuchow... A tuz
obok czeka reszta swiata w ktorym mozemy byc kazdym i wszystkim,
jesli tylko nauczymy sie kochac siebie i pozwolimy by ta milosc
prowadzila nas do swojego zrodla. Potem za kazdym razem przed
podjeciem decyzii, ktore zmuszani jestesmy podejmowac nieomal
codziennie , zapytamy siebie - jaka decyzje podjela by milosc... .
Tak podejmowane decyzje otwieraja wspanialy, intryguajcy swiat
poznania swojej "WlasnejJego" Natury.
Dzien 105
Tue Jun 19 02:38:24
2007 UTC - 16 31.87 S - 89 45.97 E
(poniedzialek 18go czerwca)
Wiatr rano przycichl,
ale po rozdmuchanej nocy zostala wysoka fala, pewnie do wieczora
siadzie...Poza tym nie wydarzylo sie nic wartego opisywania.
Dzien 104
Mon Jun 18 02:41:32
2007 UTC - 16 33.83 S - 91 47.00 E
(niedziela 17go czerwca)
Moj brat ma sie coraz
lepiej, wczoraj zaordynowal zeby ktos po piwo wyskoczyl… , Wyglada
ze serducho mu sie powoli naprawia i niedlugo bedzie na nogach.
My mielismy troche burzliwa noc, bujalo troche , rozwiewa sie, w tej
chwili dmucha ze 30 wezlow /h, ale to moze byc tylko szkwal. Idziemy
pelnym baksztagiem pod gleboko zrefowana genula, nadal wysunieta
bomem spinakiera, i pod fokiem marszowym. Zdejme chyba ten bom,
zanosi sie ze jeszcze troche z tego kierunku podmucha . Wacek lazi
za mna jak cien, chyba ma pietra. Dramatyczne przejscia zalogi,
zwiazane z zupelnym juz w tej chwili brakiem piwa, poruszyly
wrazliwa nature wujka Janka, ktory robi szlachetne plany wsparcia
zdesperowanej bezpiwiem zalogi i byc moze podzuci nam go troche w
okolicy Cape Town, tuz po minieciu Cape Good
Hope. Ma zamiar odnalezc nas na bezmiarze oceanu w wynajetym kutrze
rybackim i w szlachetnym gescie rzucic przed naszym dziobem kilka
kartonow mocnego piwa z przywiazanym do pakunku sznurkiem . Byc moze
nie bedziemy skazani do konca rejsu na wode z odsalacza . Istnieje
pewno do gruntu madre przyslowie , ktore w naszej adaptacji
zabrzmialoby - „jesli napoiles jednego piwosza, to tak jakbys napoil
piwem caly swiat”. Wlasnie przelala sie przez nas fala , wpadlo
troche wody przez otwarte okno kuchni i lazienki, to znak ze trzeba
bedzie je chyba zamknac. Wacek nie wyrabia na zakretach, przebiera w
miejscu lapami na uciekajacej mu z pod nog mokrej podlodze.. Mamy
troche chmur i silniejszy wiatr dla odmiany.. . Dzis pierwszy raz od
prawie trzech miesiecy wlozylem cos na siebie. Oczywiscie w
odroznieniu od szefa Baranowskiego, ktory na tych szerokosciach
bezwstydnie pokazywal swoj pewnie blady tylek morzu, ja swoich gaci
bez wyraznej potrzeby nie zdejmuje..
Swoja droga ciekawie czyta sie relacje z samotnego oplyniecia swiata,
kiedy wlasnie sie ten opisywany swiat samotnie oplywa....
Dzien 103
Sun Jun 17 02:05:12
2007 UTC - 16 28.18 S - 94 14.86 E
(sobota 16go czerwca)
Dzis wszystko
jest ladniejsze. Mirek przetrwal kryzys. Za rok przyleci do
nas na Bahama...
Dzien 102
Sat Jun 16 03:10:26
2007 UTC - 16 23.33 S - 96 12.43 E
(dotyczy piatku 15-go czerwca, roznica czasu)
Kurs , szybkosc i
otoczenie bez zmian. Wczoraj przylazla na jacht nostalgia,
kosztowala nas reszte piwa jaka jeszcze byla i wieksza czesc butelki
zielonego Jasia, potem zdrowo zalana poleciala gdzie indziej. Na
przekor jej podszeptom urzadzilismy w sterowce impreze. Wieczor
zapoczatkowal Andrzej Korycki , spiewalismy razem (ja glosniej) o
zeglarzach, falach i o jednej lezce, ktora rozmiekczyla serce
nieczulego morza. Gdy juz zabraklo piosenek, zaprosilismy do
towarzystwa Ennio Morricone. Biedny Wacek szczekal co chwile
zdezorientowany, slyszac mnostwo nowych dla siebie dzwiekow w
przebogacie aranzowanej muzyce "malego" Wlocha. Muzyka Morricone
wyrzuca wrecz z siebie obrazy. Wystarczy lekko przymruzyc oczy i
wyraznie widac spacerujaca w parku, figlarnie zamyslona kobiete, lub
niezwykle wodospady w amazonskiej dzungli ktore byly swiadkiem
dramatu ponownego "wygnania" z raju, o ktorym to prawdziwym
wydarzeniu opowiada film, upiekszony wspaniale muzyka Morricone,
pt."Misja". Impreze zakonczyl Deep Forest, wygrywajac nam urocze,
lokalne motywy, zbierane po calym swiecie , podsluchane gdzies w
afrykanskiej chacie i na weselu w azjatyckiej wiosce. Potem
wprawione w nowoczesna aranzacje jak ladny kamien w inkrustowany
zlotem medalion....
Ranek okazal sie dla mnie przykry. Pomijajac kaca dostalem bardzo
przykry SMS z Ilawy informujacy, ze moj brat mial rozlegly zawal
serca i lezy w szpitalu... Cos mi jednak mowi ze sie z tego wyczolga
i jeszcze nie raz rozpalimy ognisko na Lipowcu..
Dzien 101
Fri Jun 15 02:57:08
2007 UTC - 16 16.87 S - 98 18.84 E
(dotyczy czwartku 14-go czerwca, roznica czasu)
Nie moglem spac.
Krecilem sie w koi, ktora na czas rejsu mianowalem siedzenie
pomiedzy krawedzia stolu i oparciem kanapy. W koncu poddalem sie,
wstawilem wode na herbate i wyszedlem na poklad. Slizgalismy sie po
zmarszczonym "Indyku" ,w objeciach cieplego monsuna z wygodna dla
Luki szybkoscia 5- 6 wezlow, chociaz w nocy ma sie wrazenie ze jacht
plynie szybciej a obiekty ( jesli jakies ) znajduja sie blizej. Ta
byla wyjatkowo ciemna noc. Czarne chmury ukryly gdzies ksiezyc,
widac bylo tylko jedna, samotna gwiazde... . Siedzialem na
zwinientym pontonie z kubkiem przeslodzonej herbaty i gapilem sie na
nia, wydawala sie odlegla i zupelnie nami nie zaiteresowana. Chmury
zaczely sie widocznie cofac bo zauwazylem nastepna gwiazde . Ale ta
byla jaks dziwna, co chwile znikala, i byla nisko ... . Rozwial sie
gdzies moj spokoj. Pomyslalem ze pewnie za chwile bede mial temat na
relacje dla kolegi Sztajmesa z NY, ktory posiada jakas sobie znana
sympatie do UFO. Poszedlem po rolnetke, ale kiedy wrocilem, poprzez
szum wody oplywajacej kadlub, uslyszalem daleki odglos silnikow. Za
chwile prawie nad woda, nie dalej niz 200 m od lewej burty,
przelecial jak wielki, nocny ptak, chyba szary, i chyba bez zadnych
oznakowan, duzy samolot. Wydawalo mi sie ze widze blado-niebieskie
swiatlo w miejscu gdzie powinna byc kabina pilota. Bez watpliwosci i
wyraznie poczulem zapach spalin z jego silnikow.. Moze to byli
przemytnicy lecacy nisko nad woda, zeby uniknac w ten sposob
namierzenia przez radar... . Mogl to byc takze latajacy Holender w
wersji napowietrznej. A moze to wszystko mi sie snilo... Jednak dzis
rano znalazlem kubek zostawiony w nocy na pokrowcu zwinietego
pontonu.Nie ma sie czym przejmowac, podobno wszystko, nie wylaczajac
nas samych, to iluzja, a jedyna prawda to jej doswiadczanie.
Dzien 100
Thu Jun 14 02:53:57
2007 UTC - 16 21.01 S - 100 35.03 E
(dotyczy srody 13-go czerwca, roznica czasu)
Przemieszczamy sie na
zachod mniej wiecej 2 stopnie na dobe, pcha nas cieply, wschodni
wiatr , zycie plynie leniwie i tylko Beaty tu brak... Szukalem
wczoraj czegos w naszej kabinie i pod materacem szerokiej koi w
ktorej nie spalem od momentu wyplyniecia, znalazlem czerwona bluzke.
Przylozylem ja do twarzy i poczulem znajomy zapach perfum Beaty a
gdzies za nim zapach jej wlosow... Och to bylo wspaniale. Gdyby ktos
zobaczyl mnie podczas tego niuchania pomyslalby pewnie - zidiocialy
zapachowiec.. Kiedy znika z oczu lad, znikaja wraz z nim zapachy..
Pelne morze posiada swoj jeden, specyficzny zapach, poza nim to
zapachowa pustynia. Wyraznie czulem zapach ladu kiedy z za horyzontu
mijalismy wyspy na Pacyfiku, i nawet nie patrzac na mape wiedzialem
ze zblizamy sie do Ciesniny Toresa czujac obcy,chociaz rownoczesnie
znajomy zapach ladu. Dla Wacka morze to chyba nie pustynia,
czesto wciska nos w oczka sieci rozpietej na relingu i zapamietale
wacha cos w oddali. Byc moze gdyby potrafil mowic pelnymi
zdaniami , okazaloby sie ze powierzchnia morza nie jest az taka
pusta...
Niemniej dla mnie, tygodnie temu zaczela sie zapachowa pustynia
Oceanu Indyjskiego, i teraz odurzyl mnie prawie ten podarunek
niefrasobliwosci, czerwona bluzka pelna wspanialych znajomych
zapachow.
Schowalem ja spowrotem zeby wszystkiego nie wywachac, zostanie
troche na potem.Wyjme ja, kiedy zacznie dopadac mnie nostalgia...
Z perspektywy pelnego zapachow ladu, rzecz moze wydac sie blacha ,
ale tu na morzu, wyraznie mozna poczuc brak tego, ze nie mozna nic
poczuc.
Zwlaszcza kiedy taki gosc pojawia sie nagle z pod materaca i jak
czesto kiedys sluchana piosenka przynosi z soba znajome obrazy i
smak tamtej rzeczywistosci.Z drugiej strony ktos powinien wreszcie
wymyslec kamere, ktora oprocz obrazu utrwali takze jego zapach.. ..Od
dawna juz nie padalo, gdyby taka kamera rzeczywiscie istniala, moje
zdjecie dzisiaj nie wyszloby ladnie..
Dzien 99
Wed Jun 13 03:11:00
2007 UTC - 16 21.19 S - 102 47.40 E
(dotyczy wtorku 12-go czerwca, roznica czasu)
W nocy obudzil mnie
skurcz zoladka, w pierwszej chwili pomyslalem ze to ciag dalszy snu
o mojej ex zonie, po kolejnym uscisku dotarlo do mnie ze to
wczorajsza kolacja. Otworzylem wczoraj galonowa puszke suszonego
schabu. Mieso jest najpierw mrozone, potem suszone i szczelnie
zamykane w metalowej puszce. Tak spreparowane pozostaje podobno
jadalne przez 30 lat. Kupilem przed rejsem troche tego zarcia na
wypadek wypadku. Mamy wiec karton schabu, karton boczku i duzo jajek
w proszku. Okazalo sie ze jajecznicy z tego zrobic sie nie da,
wychodzi cos zoltego o smaku kamfory. Wczorajszy schab moczylem 15
min. w lekko osolonej, cieplej wodzie, z suchych wlokien magicznie
zamienil sie w kawalki miesa, byly nieco ciemniejsze niz swiezy
schab. Zrobilem z tego kotlety uzywajac rozrobionych woda jajek w
proszku i bulki tartej. Bardzo chcialo mi sie swiezego miesa, z
natury jestem miesozerny. Kotlety, jesli sie im za mocno nie
przygladac smakuja ok, choc za pierwszym wrazeniem, gdzies glebiej
czai sie posmak cementu i jak sie okazalo wybuchowa sraczka. Po
odparciu pierwszego ataku, natychmiast wyrzucilem za burte magiczna
zawartosc puszki...Wacek takze pekl i postawil mine na swojej
ulubionej skrzyni z akumulatorami. Mamy jeszcze boczek w puszkach,
ale ten robiony byl dla wojska. Podobnie pakowany, lecz w
solidniejszych puszkach, 300 paskow wysmazonego boczku, ulozonego
spiralnie w warstwach przelozonych jakims specjalnym papierem. Po
otworzeniu puszki zapachnialo pysznie w calej mesie. Mozna go jesc
od razu, lub dodawac do potraw, jesli lubi sie smak wedzonego boczku
w sosach, ja uwielbiam. Ostatnio w mesie modna jest smazona na
chrupiaco konserwa wieprzowa, zagryzana fasolka szparagowa .Przesyt
rybami minal, wczoraj wyrzucilem wedke, przynete, drut i sznurek . W
nocy jakis potworek urwal wszystko przy samej d......windzie. Pora
na grubszy sznurek...
Dzien 98
Tue Jun 12 03:17:27
2007 UTC - 16 18.96 S - 104 55.60 E
(dotyczy poniedzialku 11-go czerwca, roznica czasu)
W nocy mielismy znowu mijanke. Wydaje sie ze moje leki przed
staranowaniem, jak magnez przyciagaja w nasze okolice takich, ktorym
molgoby sie to udac...
Kolo polnocy zobaczylem mala, ale jasna lune przed dziobem.
Wygladala na mocno oswietlony kuter rybacki, lowiacy kalmara. Po
chwili luna zniknela, radar pokazywal jednak male echo na 12-tej
mili. Po 20 min. widzialem juz wyraznie swiatla pozycyjne jakiegos
wielkoluda, biale w srodku, zielone na lewo, czerwone na prawo.
Wygladalo ze plynie na nas. Wlaczylem radio i zaczalem go wolac, po
ktoryms razie odezwal sie zmiekczonym z ruska angielskim...Zapytalem
czy jest Rosjaninem, odpowiedzial ze tak, pogadalismy chwile,
okazalo sie ze to norweski drobnicowiec, z rosyjska zaloga, w drodze
do Australii. W pewnym momencie powiedzial - ok, moj przyjacielu,
miniemy sie port to starboard (lewa burta do prawej). Zgodzilem sie
automatycznie, te wielkoludy maja radary sprzezone z komputerem i
GPS. Znaja dokladnie kierunek i szybkosc mijanych obiektow,
analizuja te dane i informuja jesli kurs wychodzi na zbiezny.
Zaakceptowalem jego decyzje i po chwili Rosjanin zmienil kurs, teraz
widzialem jego zblizajace sie czerwone swiatlo. Zastanawialem sie
dluzsza chwile, latwo sie rabnac z tymi kolorami i stronami,
zwlaszcza ze wielkolud plynie z przeciwka, wiec to co u mnie po
lewej, u niego jest po prawej...Jednak po chwili nie mialem
watpliwosci ze zmienil kurs by przejsc nam przed dziobem. Zlapalem
radio i powiedzialem ze wolalbym widziec jego zielone swiatlo
zamiast czerwonego. Milczal chwile, i zapytal jakim plyne kursem,
poinformowalem ze 268*, za chwile znowu zmienil kurs i teraz
widzialem jego zielone swiatlo. Minelismy sie w odleglosci 1 mili.
Zapytal o moj kurs wiec nie mial porzadnego radaru, byc moze liczyl
ze plynac szyko zdazy przejsc nam przed dziobem, ale to bylo naiwne
kombinowanie i zupelnie wbrew zasadom bezpieczenstwa na morzu. Cos
sie koledze z Kaliningradu pomylilo...Z ulga patrzylem gdy nas mijal,
dopytywal sie o Luke wiec wlaczylem na chwile swiatla pokladowe.
Szesc mocnych reflektorow podwieszonych na salingach obu masztow
oswielilo nas jak boisko do baseball'a Za chwile pokazal oswietlona
sciana swiatla rufe i zakonczylismy pogaduchy... Pan Baranowski
podaje w swojej ostatniej ksiazce rachunek okreslajacy
prawdopodobienstwo zderzenia na pelnym morzu, okazuje sie ze szansa
na to jest minimalna. Rachunki rachunkami i chociaz czarny nie byl
moim ulubionym kolorem, czarny pusty horyzont wydaje mi sie teraz
najladniejszy...
Dzien 97
Mon Jun 11 00:30:30
2007 UTC - 16 16.19 S - 107 12.74 E
(dotyczy niedzieli
10-go czerwca, roznica czasu)
To byla burzliwa noc, bylem naocznym swiadkiem jakiegos dziwnego
przewrotu politycznego w Watykanie .... hehe, zupelnie zwariowany
sen. Mimo to obudzilem sie rzeski i napelniony energia. Jak zwykle
rano wychylilem glowe ze sterowki, aby zlustrowac poklad, bylo
jeszcze szaro i wygladalo jak gdyby ktos podjechal w nocy wywrotka i
wysypal na przedni poklad przyczepe ryb latajacych. Wyskoczylem ze
sterowki, przeszedlem nad stalowka, ktora pelni funkcje liny
bezpieczenstwa i do ktorej wlasciwie powinienem sie przypiac,
podszedlem blizej i rzeczywiscie , nie przywidzialo mi sie, w nocy
mielismy inwazje ryb latajacych, probowalem je policzyc, ale przy
100 dalem spokoj. Zauwazylem wygieta stojke relingu na dziobie.
Bujalismy sie toche w nocy, moze jakasfala wlala sie tu razem z
rybami i wygiela reling. Z drugiej strony dziwie sie opisom zeglarzy,
np. Chay Blyth, ktory twierdzi ze niezawodnie budzilo go trzepotanie
ryb latajacych na pokladzie, a poniewaz zawarl umowe , ze on ich nie
je, to i one pewnie nie zjedza jego, sumiennie zrywal sie w nocy i
wyrzucal je do wody. Dziwne jak mogl je slyszec przez nieustanne
jeki i skrzypienia jachtu...Moze British Steel byla pusta w srodku
jak bemben, a blacha pokladu nie miala zadnej izolacji... Ja w
kazdym razie pozostaje gluchy na ich nieszczescie, chociaz
natychmiast budza mnie inne, nienaturalne odglosy Luki. Dlugo
pozbywalem sie tego nalotu, staralem sie wyrzucic dokladnie
wszystkie ryby, poniewaz Wacek ma smierdzacy zwyczaj zakopywania ich
gdzies na pokladzie, a po kilku dniach wydobywa jakas i lata z takim
smierdzielem w pysku, potem przychodzi mnie lizac....
Dzien 96
Sun Jun 10 00:02:01
2007 UTC - 16 1.63 S - 109 11.44 E
(dotyczy soboty, roznica czasu)
Wczoraj po zachodzie
slonca zmuszony bylem wlaczyc zarloczne swiatlo kotwiczne (o
swiatlach nawigacyjnych nie ma co marzyc, gdy plyniemy pod zaglami,
pozeraja zbyt duzo pradu) zamiast swiatla ktore zrobilem z 16-stu
LED na poczadku rejsu. Te malutkie swiatelka dzialajace, wydaje sie
na zasadzie luku elektrycznego, nie zuzywaja prawie w ogole pradu.
Pojedynczej ledy nie mozna porownac z zarowka, ale jesli polaczymy
je razem np. 16 sztuk w szeregu daja tyle swiatla ile 30W zarowka, a
zuzywaja 0.03A/24V Te ktore ja uzywam sa duze (5000). Zainstalowalem
takze po kilka w kazdej oprawce oswietlenia na jachcie . Teraz nawet
w najczarniejsza noc wewnatrz Luki panuje blady swit, oczywiscie
zawsze mozna wlaczyc normalne oswietlenie. Dzis musimy znalezc
przyczyne dlaczego nasza lampa pozycyjna na rufie z 16-stoma LED
przestala ostrzegac o naszej obecnosci.
PS: Zyczliwi donosza ze banda ochlapusow zerbrala sie dzis na moim
Lipowcu...
Na zdrowie marynarze..
Dzien 95
Fri Jun 08 23:23:25
2007 UTC - 15 33.05 S - 111 19.33 E
Poza tym ze
przesunelismy sie troche na zachod, zadnych zmian, nie wydarzylo sie
nic wartego opisania.
Dzien 94
Fri Jun 08 01:15:28
2007 UTC - 15 8.22 S - 113 9.37 E
(dotyczy czwartku,
roznica czasu)
Kolejny ladny dzien, w nocy zauwazylem swiatlo po prawej burcie, a
kazde swiatlo na horyzoncie przyspiesza akcje serca odludkowi jakim
sie powoli staje... Okazalo sie jednak ze to zachodzaca gwiazda.
Latwo mozna pomylic swiatelka wychylajac glowe z wnetrza jachtu,
choc w przypadku zachodzacych gwiazd pomylka szybko sie wyjasnia. Po
jakims czasie na ulamek sekundy spostrzeglem kolejne swiatlo, tym
razem po lewej burcie... Za chwile pojawilo sie znowu i zniknelo.
Wlaczylem radar ale na rozbujanym morzu nic nie pokazal...A jednak
widzialem swiatelko na horyzoncie, pojawialo sie teraz na coraz
dluzej.... Zastanawialem sie... jesli mruga tzn ze swiatlo jest
nisko i znika w rytmie wynoszacych je w gore i w dol fal. Wiec musi
tam byc cos malego, na wielkoludach taka fala nie robi wrazenia. Po
pol godzinie swiatelko przestalo znikac, i radar pokazal slabe
zanikajace co chwile echo, 5 mil na lewo przed dziobem ...Probowalem
ustalic w ktora strone to cos plynie, poczekalem pietnascie minut,
ale swiatelko i anemiczny punkt na radarze nie przesunely sie w
zadna strone. Wygladalo jak gdyby bardzo wolno plynal w naszym
kierunku... Potem wydawalo mi sie ze kropka na radarze przesunela
sie jednak troche w prawo, ale rownie dobrze dziob Luki mogl
przesunac sie w lewo...autopilot jechal na malej czulosci i troche
myszkowalismy. W takich okolicznosciach nowy kurs, by sie
bezpiecznie minac, powinien przechodzic za jego rufa. Zmienilem kurs
30* na poludnie... Minelismy go teraz z prawej burty, i jesli mialem
racje co do jego kierunku, z kazda chwila powinien oddalac sie na
prawo. Po kolejnych 10 min. swiatelko stalo w tym samym miejscu jak
zaczarowane. Pomyslalem ze piraci nie nosiliby swiatel pozycyjnych,
wiec pozostawal rybak.. Wyjasniloby to rowniez dlaczego nie
opdpowiada na moje wolania przez radio, nie zna pewnie angielskiego..
. Zblizylismy sie na trzy mile i wtedy swiatelko powoli zaczelo
oddalac sie na poludnie... Pewnie stal w miejscu i wybieral sznury..
To popularny sposob lowienia. Na kilometrach lin znajduja sie
tysiace hakow z przyneta. Koniec liny przywiazany do boi i raz na
dobe zniwo. Stal tak dlugo bo pewnie wybieral line, albo przerazil
sie szczekaniem Wacka i uciekl.
Dzien 93
Thu Jun 07 02:06:45
2007 UTC - 14 50.87 S - 114 58.20 E
(dotyczy srody, roznica czasu)
Kurs i reszta jak wczoraj. Tak jak przewidywalem, Wacek przespal
wczorajsza przygode z hakiem i rzadzi od rana na pokladzie jak na
bosmana pozadnego jachtu przystalo. Niemniej wyraznie ignoruje
przybory wedkarskie, widac nie ograniczyl zalu tylko do hakow.
Usmazymy dzis kawalek zamordowanej kilka dni temu ryby, naladujemy
ipod'a i wejdziemy na troche w swiat Lorda Jima. Chetnie wracam do
ulubionych ksiazek, powodem moze bycprzedwczesna skleroza, ale
dzieki temu nie brakuje mi dobrych ksiazek. Trylogie, zwlaszcza
Potop czytalem z 5 razy... Kilka razy zaliczylem ksiazki Conrada,
Assimowa, Lysiaka, Mario Puzo i kilku innych. Kiedys odkrylem dla
siebie uwalniajace "Rozmowy z Bogiem", "Ksiega Urantii" i kilka im
podobnych. Dzieki przyjaciolom mam mnostwo ksiazek tekstem i w
formie nagrania na wielu CD. Nawet gdybym nie wracal do czytanach
juz raz ksiazek, wystarczyloby ich na kilka samotnych rejsow.
Czytalem gdzies niedawno o pewnym 55letnim tubylcu z Californi,
ktory wraz z 25letnia dziewczyna ma zamiar oplynac ziemie trzy razy
nonstop. Twierdzi ze zajmie im to trzy lata... hehehe. Gdyby byl
typem super samotnika, to sam, byc moze mialby szanse na ten
dziwaczny rejs, ale z mloda kobieta...nie sadze...choc zycze im
wszytkiego co najlepsze...
Dzien 92
Wed Jun 06 00:45:22
2007 UTC - 14 27.82 S - 116 55.57 E
(relacja Tomka
dotyczy wtorku, 5go czerwca, roznica czasu)
Plyniemy sobie przyjemnie na poludniowy zachod , na wyskosci
100*E i 20*S wyprostujemy kurs na zachodni, pozniej przed
Madagaskarem zejdziemy lukiem na poludniowy zachod i spokojnie
okrazymy Przyladek Dobrej Nadziei. Nastepnie zatoczymy drugie kolo
na Atlantyku, tym razem glebsze, pojedziemy w kierunku polnocnym,
pozniej zejdziemy znowu na poludniowy zachod i dalej, juz grzecznie
wzdluz wschodnich wybrzezy Ameryki Poludniowej dojdziemy i bez
problemow okrazymy Przyladek Horn. To trasa zaglowcow zmierzajacych
z Australii do Poludniowej Afryki. Ta z Afryki do P.Horn to prywatna
trasa LUKI, prosze nie malpowac.
Wciaz jeszcze zeglowalismy u wybrzezy poludniowej Ameryki (planujac,
palcem po mapie wciaz), kiedy
Wacek zaczal piszczec i skomlec, jakby go ktos obdzieral ze skory .
Wyskoczylem na poklad i nie moglem uwierzyc. Debilek zlapal sie na
wedke... Co za idiota. Zawsze lubil podgryzac gumowe glisdy na
haczykach, tym razem przesadzil i zlapal sie na wielki zardzewialy
hak... Szarpal sie i darl ryja jak oszalaly, zajelo mi dobra chwile
zeby glupka uspokoic, kazalem mu siedziec, i szyko polecialem do
maszynowni po wielkie kombinerki. Dzieki Opiekunowi Glupich Psow
mielismy je na jachcie,inaczej trudno byloby przeciac gruby stalowy
hak wystajacy mu z pyska. Uspokoilem go jeszcze i delikatnie
odcialem tyl haka. Zostala teraz koncowka z zadziorem gdzies w
srodku wackowej wargi. Zlapalem mocno kombinerkami za ostry,
wystajacy troche czubek haka i najpierw delikatnie , potem juz mniej
, probowalem go wyciagnac .Nie chcial wyjsc... Wacek za kazdym razem
gdy wznawialem proby, skomlal i jeczal zalosnie, ale nie bylo
wyjscia, powiedzialem - teraz cie durniu zaboli, upewnilem sie by
ciagnac za hak ruchem okreznym tak jak byl wygiety i zaczalem
ciagnac... Wacek skamlal i szarpal sie, ale po chwili hak wyszedl.
Wacek natychmiast sie uspokoil, teraz tylko nie spuszcza mnie z oka
i lazi za mna krok w krok, widocznie zlapal cykora... Lezy teraz
przy mie na kanapie, wyczerpany walka z hakiem i co chwile podnosi
glowe jak by sprawdzal czy wciaz tu jestem... Do jutra cykoria mu
minie, ale zdaje sie ze od dzis przynety bedzie omijal z daleka...
Dzien 91
Tue Jun 05 00:16:35
2007 UTC - 14 11.71 S - 118 40.50 E
(relacja Tomka
dotyczy poniedzialku, 4go czerwca, roznica czasu)
Powoli wychodzimy na gleboka wode, robi sie coraz szerzej i
bezpieczniej, od kilku dni nie bylo widac tankowca, ani zadnego
innego wielkoluda, znowu spokoj i Mama Ocean usmiecha sie do nas.
Dostalem list od Rudego z Ilawy, twierdzi ze plynie w ten weekend na
moj Lipowiec. Zaproponowalem mu uczciwa wymiane, zeby na ten weekend
zamienic buty, ja pochleje z chlopakami na Lipowcu, potem wyskocze
na Floryde pocalowac moja sliczna zone i gdzies w srodku tygodnia,
juz jako ogorzaly wiatrem i sloncem wilk morski, wrocilby do swojego
sklepu. Rudy mialby do tego spoko zeglowanie, zwlaszcza jesli
niczego by tu nie dotykal. Luka prowadzi sie sama w umiarkowanie
silnym wietrze z NE. Doloze do tego flaszke zielonego Janka. Ciekawe
czy sie zgodzi...
Dzis znowu ryba, ryba na sniadanie, ryba na obiad i ryba na kolacje.
Jutro z checia
otworze puszke z kurczakiem, albo wieprzowina. Wedki wyciagniete na
pokladzie, jeszcze nie daj Boze, cos bym zlowil i czekalaby mnie
ryba takze jutro i pojutrze...

DZIEN 90
Mon Jun 04 00:50:08
2007 UTC - 13 47.92 S - 120 21.35 E
(relacja Tomka
dotyczy niedzieli, 3go czerwca, roznica czasu)
Mam wrazenie ze woda wokol gotuje sie od zycia. Nalot ryb
latajacych, probowalem zrobic zdjecia, ale sa za szybkie i zbyt
slabo odcinaja sie od powierzchni wody, zdjecia wychodza nie ostre.
Rzucaja sie tez jakies wieksze ryby, chyba tunczyki, na niebie wisi
nieruchomo ze trzydziesci ptakow i co chwile jakis nurkujacym lotem
wbija sie wode,po chwili wynurza sie z ryba latajaca w dziobie.
Przeplywamy przez morskie „Eldorado”. Rano znowu wszystkie przynety
poobrywane. Zylki juz nie ma, mam za to duzo starych przynet,
kupilem je na kilogramy od jakiegos ex rybaka w Port San Luis.
Wygladaja jak podluzne imitacje kalmarow i bardzo szybko obracaja
sie w wodzie ale bez solidnych kretlikow, ktorych nie kupilem.
Przyneta po 30 min znajdzie sie przy rufie z zylka poskrecana w
klebek. Postanowilem isc na calosc, odkrecilem 10 m nierdzewnego
drutu, ktorego dotad uzywalem do zabzpieczania sciagaczy i szekli,
zamocowalem sztucznego rybo-kalmara z podwojnym hakiem. Na drugim
koncu drutu zalozylem kulke z olowiu wielkosci pilki do golfa i
dowizalem mocny sznurek. Ciezka kulka trzymala przynete pod woda i
nie pozwala jej sie obracac. Tuz przed zmierzchem szarpnelo, sznurek
napial sie i zagral na wietrze jak struna, wiedzialem ze mamy rybke,
modlilem sie w duchu zeby nic sie nie urwalo, ale jednoczesnie
czulem ze tym razem zjadacz ryb latajacych wyladuje na mojej patelni.
Ryba okazala sie podobna do sandacza, pyszna i swieza. Czesc
zamrozilem, zjemy za kilka dni, wiekszosc bedziemy z Wackiem jesc
dzis i moze jutro jesli zostanie. Skonczylem na razie z zylkami i
przynetami po $20 sztuka. Nastal czas drutu, sznurka i ordynarnego
haka z przyneta.
DZIEN 89
Sat Jun 02 23:28:06
2007 UTC - 13 21.57 S - 121 51.46 E
Wieczorem podczas ladowania baterii, ustalalem kurs na noc i
okazalo sie ze moj system nawigacyjny pokazuje 30 milowy, brazowy,
pusty pas ciagnacy sie ze 200 mil w kierunku N - S . Wyglada jak
zwalone drzewo w poprzek drogi... Nie bylo zadnych informacji o
glebokosci i przeszkodach na drodze... Nie mam pojecia co
spowodowalo ze Navichart zostawil taki wielki slepy obszar na mapie.
Nie wiadomo co tam jest. Wzialem duza lupe i przyjrzalem sie mapie
generalnej Oceanu Indyjskiego, na dlugosci 13*20S i 120*30E
zobaczylem wielka krope, ktora definitywnie reprezentowala duzo
wystajacych z wody kamlotow i pewnie otoczajacy je ostra rafa atol...Wlasnie
plynelismy prosto za zachod, troche ponizej 13* stopnia. Zrobilo mi
sie goraco, poprzedniej nocy snilem ze wyskakuje na poklad i tuz
przy burcie widze czarne, poblyskujace w swietle ksiezyca skaly.
Zeby nie okazalo sie to snem proroka... Odczytalem pozycje tego
atolu i nalozylem go jako moja "marke" na mapie komputera. Noc
spedzilem w sterowce, budzac sie co chwile, i upewniajac, ze
autopilot trzyma kurs. To byl niezly przyklad jak chwiejna jest moja
pewnosc siebie, gdy trace kontrole nad wydarzeniami, a takze - w
zadnym razie nie wolno ufac mapom elektronicznym.. AMEN.
DZIEN 88
Sat Jun 02 00:51:39
2007 UTC - 12 58.84 S - 123 27.67 E
(relacja Tomka
dotyczy piatku, 1go czerwca, email wyslany w sobote)
Timor spoliczkowal nas w nocy. Okolo 2 rano wstalem zeby
sprawdzic pozycje, przechodzilismy niedaleko kilku wysp, ktorych nie
mamy w planie odwiedzac. Przysiadlem w sterowce i probowalem
odczytac zaspanymi oczami malutkie cyferki na ploterze. Przerwalem
odczytywanie pozycji, uslyszalem halas, podnioslem wzrok na okna
sterowki, i wtedy walnelo... mamy silne okna...Nienaturalnie duza
fala nadeszla od poludnia, nie jak reszta dziewczynek z poludniowego
wschodu, uderzyla w lewa burte a jej zalamany czub dal nam po gebie.
Nie bylismy przygotowani na takie traktowanie, klapa do salonu i
sterowki byly szeroko otwarte. Przyzwyczajony niezle do skokow
wnastroju Mamy Ocean, kiedy to przed laty bujala nas gdy szukalismy
szczescia i morszczuka na zimowym Morzu Beringa, skupilem sie znowu
na numerkach, ale katem oka zobaczylem przelewajaca sie nizej we
wnetrzu jachtu wode i zaraz pomyslalem o otwartej zapraszajaco
zejsciowce do salonu, wlalo sie przez nia z pol tony wody.
Stracilismy ladowarke do baterii od kamery, ze 20 DVD. Komputer i
reszta towarzystwa ocalala. Woda jak to woda znalazla droge do zezy,
jeszcze dlugo po tym pompy zezowe pozbywaly sie intruza. Zamknalem
oczywiscie klape wlazu do salonu, pewnie niepredko ja znowu
otworze.Przypomniala mi sie podobna sytuacja, ktora wydazyla sie na
Georges Bank u wybrzerzy Rhode Island. Bylem wtedy paczatkujacym
rybakiem, lowilismy skalops - to muszle podobne do perloplawow,
odzyskuje sie z nich miesien ktory otwiera i zamyka dwie polowki
muszli.Zaczynalem wlasnie swoja rybacka kariere na starym
pordzewialym kutrze, wszyscy, lacznie z kapitanem byli mieszkajacymi
w New Bedford Portugalczykami. Jakiejs zimowej, sztormowej nocy,
spalem zorany ciezka wachta, w swojej waskiej koi na trzecim pietrze,
tuz pod wlotem wentylatora, kiedy nagle zwalila sie na mnie z hukiem
tona lodowatej wody, a kuter polozyl sie ze 35* na burte. Bylem
pewien ze idziemy na dno... Kuter jakby zastanawial sie chwile i w
koncu podniosl sie leniwie, wygladalo ze pozyjemy dluzej...Bylem
dokladnie mokry zespiworem i materacem. Przebralem sie w suche
ciuchy, nalozylem na nie wodoszczelny sztormiak, i prawie
natychmiast wrocilem do wciaz kapiacej woda koi, za dwie godziny
zaczynala sie kolejna zmiana i niewypowiedziana 6 godzinna tyrka.
Okazalo sie ze gdy sztormowalismy z fala ciagnac za soba dragi,
ktore jak wielkie, metalowe ramy wbijaly sie w dno i zbieraly muszle
skalopsa, jakas wyjatkowo wielka fala przeleciala przez plecy
plynacego wolno kutra i zabrala ze soba wszystkie anteny i swiatla,
wyjela z ram szyby w sterowce, przeleciala wzdluz, przez poklad,
wywalila dzwi do forpiku, i potem przez otwor wentylatora w podlodze
przytulila sie do mnie jak zimna portowa dziwka... Kuter wyprostowal
sie, i chociaz zniknely wszystkie anteny z radarowymi wlacznie i
polowa okien w sterowce, stary portugal nie skrocil rejsu, bujalismy
wtedy na morzu pelne 14 dni...
ncu to swieto...
|