Horn - Amen
The sapphire abyss
ExplorersWeb Week in Review - Top Feature Stories
DZIEN
301
Wed Jan 02 00:00:17 2008 UTC - 55
49.29 S - 67 17.52 W
Stoimy na
kotwicy, 10 nm. na polnoc od Przyladka Horn, schowani
w dobrze oslonietej zatoczce, czekamy na nasz wiatr..., narazie
wichura z zachodu...
DZIEN
300
Mon Dec 31 14:29:41 2007 UTC - 54
45.44 S - 65 1.21 W
Mijamy Wyspe
Stanow. Nie mam czasu pisac, wszystko ok.
DZIEN 299
Sun Dec 30 20:00:49 2007 UTC - 53
27.03 S - 65 27.96 W
Mamy dzis ladna
polowke, mozna by grzac duzo szybciej, ale wstrzymuje "wodze" poki
nie postanowie ktora burta wezmiemy Wyspe Stanow. Narazie idziemy
wolno i przygladamy sie pogodzie. Wczoraj skonczylo sie dwudniowe
okno dobrej pogody, ale bylismy jeszcze za daleko, moze doczekamy
sie nowego...
DZIEN 298
Sat Dec 29 16:46:45 2007 UTC - 51
55.85 S - 65 34.25 W
Nadal bujamy
sie miedzy dwoma nizami, trzymaja nas miedzy soba jak
w kleszczach, plyniemy jednak na poludnie, chociaz bardzo wolno.
Wypadalo w takich okolicznosciach odpalic maszyne, ale to juz prawie
10 miesiecy w drodze, a najblizsza stacja bezynowa dopiero w
Ensenadzie, potrzebujemy reszte ropy do generatora pradu i do uzycia
silnika "na wypadek wypadku".
DZIEN 297
Fri Dec 28 12:02:51 2007 UTC - 51
16.90 S - 65 9.65 W
Od wczoraj
cisza, zdryfowalo nas troche w nocy, ale to nie ma znaczenia, dzis
nadrobimy. Choc na dobra sprawe nie ma czego nadrabiac .
Po prostu w nocy poplynelismy "se" troche na polnoc...
Wieczor byl
gladki przed zachodem, przy burcie wyladowal ciezko, jak wojskowy
transportowiec, wielki albatros. Zachowywal sie dziwnie, wygladalo
jakby czegos od nas oczekiwal, plynal za nami i gapil sie bezczelnie.
Mimo ciszy
jechalismy z pol wezla, a nasz nowy kolega pedalowal jak na sznurku,
z 5 m za rufa. Wacek najpierw go solidnie obszczekal, ale wygladalo
ze nasz kolega zupelnie nie zwraca na ten halas uwagi. Potem Wacek
zmienil taktyke, zaczal machac do goscia ogonem i powarkiwal cicho,
jakby mowil: ty koles podplyn blizej, pobawimy sie, powyrywam ci z
dupy troche piorek...
W koncu sie rozpadalo i zlapalem sie na mysli ze nie powinienem
zostawiac biednego ptaka na deszczu, ale zaraz zdalem sobie sobie
sprawe jakie to niedorzeczne...
Od kilku dni rozgladam sie co by tu jeszcze umocowac, ale zdaje sie
wszystko jest "mniej - wiecej" w porzadku, a poniewaz nie
przewidujemy zwrotu przez kil, wiele rzeczy zostanie jak lezy,
zwlaszcza ze po tym przechyle sprzed kilku dni, wiele drobiazgow
uwilo sobie nowe gniazdka na lewej burcie. Nie ma sensu ich podnosic,
niech "se" tam leza...
Koleda dla mojego brata
DZIEN 296
Thu Dec 27 12:42:55 2007 UTC - 51
1.55 S - 65 0.50 W
Znowu poranna
cisza, podjechalismy troche od wczoraj, ale siedzimy
teraz miedzy nizami, 60 mil na poludnie jest wiatr. W zwiazku z tym,
dzis ladujemy baterie silnikiem glownym, i przy okazji, na 1/3
obrotow silnika przesuwamy sie w strone wiatru. Mama Ocean
pachnie dzis cudnie, postanowila chyba poleniuchowac i kolysze nas
lagodnie, przykryta biala koldra mgly... Ach ten zapach...
Zastanawiam sie czy plynac Ciesnina La Maire, miedzy ladem a wyspa
bywa silny poludniowy prad, jest dosc plytko, polnocny wiatr i
przyplyw moze spietrzyc fale...
Ale jesli mimo
wszystko pojde ciesnina, bede blisko brzegu, osloniety od
zachodu. Jesli postanowie oplynac wyspe Stanow od wschodu, bede
musial pchac sie potem pod wiatr i fale dobre 70 mil. Zobaczymy jak
bedzie wialo kiedy sie tam zblizymy. Nie moge dodzwonic sie do Selmy,
widocznie nie maja anteny zewnetrznej i wlaczaja telefon tylko kiedy
sami dzwonia.
Z oglednej relacji wynika ze dostali w La Maire troche w dupe,
ciekawe jak tam wtedy wialo...
DZIEN 295
Wed Dec 26 12:40:31 2007 UTC - 49
50.79 S - 63 37.40 W
Stoimy, cisza.
Wedlug obiecanek weather fax powinno dzis powiac troche z polnocy,
wiec z jak najbardziej wlasciwej strony.
Dzis na obiad kawal pasztetu z salatka, czerwony barszcz z baranimi
uszkami, potem sredniej wielkosci upieczona na brazowo, chrupiaca
ges z jablkami .
Potem kanapa i jakis lekki film sprzyjajacy trawieniu.
DZIEN 294
Tue Dec 25 10:54:11 2007 UTC - 49
35.39 S - 63 48.07 W
Rano wiatr
wykrecil, dzien zaczal sie na pokladzie. Zaraz siadamy z Wackiem do
swiatecznego sniadania. Mamy doskonaly pasztet mojej mamy, pyszny
bigos Beaty, szynke z tlusta skorka, ciagnaca sie poledwice,
zapiekany z czosnkiem i oliwkami boczek, pieczony schab i kawal
tlustej chrupiacek karkowki, biala kielbasa i cala fura innych
pachnacych wedzarnia kielbas a do tego chrzan przyprawiony smietana
i cukrem. Sniadanie pierwszego dnia swiat, nie ma sobie rownych.
Zrobilem sie
glodny, czas otworzyc oczy i wstawic owsianke...
Wacek dostal na gwiazdke gumowa kosc zabawke, kosc do zjedzenia, ze
skory, duze psie ciastko i puszke parowek wiedenskich, pewnie bedzie
mial dzis swiateczna sraczke...
DZIEN 293
Mon Dec 24 15:23:21 2007 UTC - 48
48.48 S - 63 29.35 W
Wiatr zdycha,
bedziemy sie dzis bujac na martwej fali, ciekawe co nam
przyniesie Swiety Mikolaj i czy w ogole nas tu znajdzie. Poza tym
nie ma tu komina, chyba ze wslizgnie sie przez rure wydechowa.
Bedac
czlowiekiem racjonalnym, wiem ze w tym roku prezentu nie bedzie,
zreszta zawsze wolalem dawac niz dostawac.
Dostawanie
powoduje zeczuje sie zaklopotany, i ten potok dziekczynny, ktory
trzeba z siebie wyrzucic, i swiadomosc ze nalezy sie zrewanzowac.
Dobrze gdy dostajemy cos, czego potrzebujemy...
Wiekszosc ludzi
kupujac prezenty, kieruje sie wlasnym gustem i wybiera na ogol cos,
co sprawiloby im samym przyjemnosc.
Bardzo czesto
pod pozorem dawania prezentu, tak naprawde robimy go sobie. Nowa
kosiarka do trawy dla zony, albo polautomatyczny zestaw do robienia
pierogow, ktore lubimy, perfumy ktorych zapach sprawia nam
przyjemnosc, albo szmatki z Victoria Secret, ktore pobudzaja nasza
wyobraznie.
Biedna,
wystrychnieta na swiatecznego dudka zona, musi nam jeszcze za te "nieswoje"
prezenty dziekowac.
Nigdy niewiem jak sie zachowac gdy dostaje taki drogocenny dla
ofiarodawcy prezent, zmusza mnie to do okazania falszywej
wdziecznosci, udawanej radosci, wyobrazam sobie ten moj nieszczery,
glupawy usmiech, ktorym pokrywam zaklopotanie.
Jednak najbardziej klopotliwe, a czasem koszmarne sa prezenty
niechciane. W najlepszym razie powoduja niesmak.
Zdarzaja sie
takze "konie trojanskie". Malo tego ze niechciane, nie wiadomo
jak sie ich pozbyc, to jeszcze trzeba za nie solidnie zaplacic...
Madrzej jest dawac. Dawanie jest jak piekna, czysta muzyka, samo w
sobie zawiera radosc, zestraja sie z tym co dobre i wraca ...
Swoja droga, Swiety Mikolaj, posiadajac monopl obdarowywania, musi
byc najszczesliwszym ze swietych...
DZIEN 292
Sun Dec 23 12:37:49 2007 UTC - 48
4.92 S - 62 34.68 W
W nocy troche
podjechalismy ale od rana znowu w oczy.
Dzis w nocy
wiatr znowu wykreci i powinnismy ruszyc na poludnie, narazie idziemy
na wiatr w strone brzegu.
Zastanawiam sie ile polskich jachtow oplynelo Ameryke Poludniowa i
Przyladkek Horn ze wschodu na zachod Nie chodzi mi sposb w
jaki zrobil to Konstatny Maciejewicz w 1973, gdzie chlopaki po
okrazeniu wyspy
Horn swchowali sie w kanaly, albo inne jachty, ktore oplynely wyspe
i wrocily po wlasnym kilwaterze do Ushuaia. Plynac ze wschodu, wyspa
Horn otwiera dopiero Ciesnine Drake˙a. Pamietam Erosa, chyba zlamali
maszt, ale nie jestem pewien w ktora strone jechali...Moze ktos
pamieta?
DZIEN 291
Sat Dec 22 13:12:35 2007 UTC - 47
38.49 S - 61 13.57 W
Wczoraj
rozdmuchalo sie na dobre, w pewnym momencie jakas monstrualna fala
polozyla nas prawie plasko na wodzie.
Wewnatrz zapanowal chaos, wszystko co nie bylo przykrecone lub
przywiazane przelecialo z hukiem na lewa burte.
Laptop, na ktorym wlasnie czytalem listy wyfrunal mi z rak i
poszybowal na druga strone mesy.
Szczesliwie
wyladowal miekko na przeciwleglej kanapie i przezyl lot bez szwanku.
Pompie slodkiej wody potrzeba bylo tylko nowego bezpiecznika.
W nocy obudzil mnie obracajacy sie wal, ale zanim doszedlem do
konkluzji ze trzeba by go zatrzymac, przestal sie krecic.
Dzis rano okazlo sie, ze ktoras fala zabrala kiepsko sklarowany szot
genuly, ktory sie rozwinal i kiedy blokada walu (duzy srubokret)
przestala blokowac wal, sruba nawinela szwendajacy sie pod jachtem
szot - dlatego nie musialem w nocy jej blokowac.
Odwijalem szot cale rano i modlilem sie zeby nie zrobil sie tam
jakis wezel i zebym nie musial nurkowac...
Zalozylem
snapblock na szot, przywiazalem do niego topenante bezana, zdrowo ja
naciagnalem, potem polecialem do maszynowni i krecilem do tylu walem,
potem znowu na poklad, naciagnac topenante i szot, i znowu do
maszynowni...
Zrobilem z dziesiec rund, nie chcialem odwijac za duzo od razu,
luzny
szot moglby zaplatac nowy wezel....
Czy moglby ktos nam przyslac dokladna instrukcje produkcji bimbru z
cukru?:-)
Gorzalka sie skonczyla, a mamy na pokladzie ekstra 5 kg cukru, ze 2
l.
miodu, 3l. syropu klonowego i duzo drozdzy...
Ps.Szanowny P. Lotoczuk, prosze zmienic lub naprawic e-mail adres,
listy wracaja...
DZIEN 290
Fri Dec 21 14:10:05 2007 UTC - 47
10.81 S - 61 47.33 W
Zapowiadana
8-mka zjawila sie punktualnie i dmucha teraz w oczy poludniowym
chlodem.
Wleczemy sie ostro na zrefowanym bezaniei foku marszowym.
Miejmy nadzieje ze wyjec wydmucha sie w dzien i siadzie w nocy ...
W takim tempie Przyladek Horn zobaczymy w przyszlym roku, nie widze
szansy zeby okrazyc go jeszcze w tym, chyba ze...
Gdyby nie Beata, ktora coraz gorzej znosi samotnosc, wyzywa mnie od
slimakow, i ze dupa ze mnie nie zeglarz, bo na swieta mialem byc w
domu...
Gdyby nie ta slodka presja, spokojnie uzylbym teraz magicznego „fuck
it” i cieszyl sie ze rano slonce wstaje.
Nadal zastanawiam sie jakim sposobem „Selmy” tak szybko obok nas
przelecialy, i nic poza dobrym silnikiem nie przychodzi mi do glowy,
ale gdzies tam jest mozliwe ze chlopaki maja lodke „brzytwe” i robia
8 wezlow na ostro, 20 stopni do wiatru. Ciekawe gdzie sa, nie moge
znalezc numeru ich Iridium, zreszta chyba nie maja zewnetrznej
anteny i wlaczaja telefon tylko kiedy sami dzwonia.
Musimy jakos zejsc jeszcze ze 3 stopnie nizej, tam powinno wiac
czesciej z zachodu, a to oznacza szybki polwiatr. Znowu nie ma wody
w kranie, pompa zdechla, potem ja sprawdze, narazie nabieram reczna
w laziencie. Ciekawe jaki bedzie ten Horn, w moich wyobrazeniach
zbudowanych z cudzych relacji, to strasznie niemily gosc...wiecznie
„podk.....wiony”, siny ze zlosci, i zna tylko jedno slowo „SPIE............AJ”.
Ciekawe co ja o nim napisze, ciekawe jakie bede moje odczucia.
Wydaje sie, nie stracilem narazie dystansu do tej przygody i
powinienem zobaczyc go wyraznie.
Na przekor zlej opiini, Pana Horna wyobrazam sobie jak nowego
znajomego, ktory wita nas dyskretnym mrugnienciem oka, klepie w
ramie i zyczy powodzenia. Gdy jednak sprawdzam prognoze pogody w
tamtej okolicy, czar pryska...
Na tym chyba polega wiara, wierzyc mimo obiekcji...
DZIEN 289
Thu Dec 20 12:05:13 2007 UTC - 46
52.10 S - 61 50.48 W
Juz prawie
swieta... a my nadal kawal drogi od domu, a do Przyladka
Horn wciaz dobre 500 nm.
Wlasciwie to
nie beda moje pierwsze samotne swieta, bylo juz ich troche w moim
zyciu zanim poznalem Beate.
Z dala od rodziny to kolejny, zwykly dzien...
Dzis znowu
wiatr w oczy, prawie wcale nie posuwamy sie do przodu. Nie ma innego
wyjscia, trzeba to przeczekac, wiatr musi w koncu na dluzej wykrecic
i pozeglujemy na przyjecie, spotkanie P. Horna, a potem z pradem do
Ensenady.
DZIEN 288
Wed Dec 19 12:31:39 2007 UTC - 46
29.90 S - 62 25.45 W
Podjechalismy
troche w nocy, ale za kilka godzin wiatr zdechnie, do jutra bedzie
cicho krecil, a potem dmuchnie w oczy 8 –mka, mam nadzieje ze szybko
sie ten nadchodzacy brzydalek wydmucha.
Poki co
mielismy spokojna noc, a wieczorem zaprosilismy do sterowki Andrzeja
Koryckiego i nadpilismy troche ostatnia Whisky. Pan Horn bedzie
musial zadowolic sie polowa flaszki...
Pomyslalem, ze
ktoregos dnia, gdy bede w Ilawie, naprawde zaprosze Andrzeja na nasz
Lipowiec, upieczemy swiniaka, w jeziorze bedzie sie chlodzic
beczka piwa, zrobimy ognisko z gitara i Andrzejem w roli glownej -
pod warunkiem ze da sie zaprosic...
Nie mam wiadomosci z Selmy, mieli dac znac jak im poszlo na Hornie,
ciekawe jak chlopaki sobie radza, i gdzie zegluja?
DZIEN 287
Tue Dec 18 15:54:23 2007 UTC - 45
40.60 S - 61 36.75 W
Pilot Chart
pokazuje ze tu gdzie jestemy, o tej porze roku , powinny przewazac
wiatry zachodnie i zachodnio - poludniowe. Tymczasem prawie cigle
wieje z poludnia. Wyglada jakby Horn narazie nas od siebie odpychal...
, moze nie jest jeszcze gotowy na nasze przyjecie...
Dlugo juz trwa ten rejs, moglbym zaczac sie niecierpliwic, rzucac
„kamienie” na wiatr i kazda cisze traktowac jak zlosliwosc losu...
Moge takze akceptowac sytuacje i cieszyc sie ze jestem na morzu, na
moim wspanialym jachcie, w mojej planowanej przez polowe zycia
podrozy, a wiatr wczesniej czy pozniej zacznie nam sprzyjac.
Istnieje subtelna granica miedzy uczuciem przyjemnosci z robienia
tego, o czym zawsze marzylem, a doswiadczaniem ciasnego i niepewnego
jutra, plywajacego wiezienia. To umiejetnosc koncentrowania uwagi na
rzeczach dla nas dobrych, i ignorowaniu tych ktore budza niechec i
zle nam sluza. To sztuka manipulacji i samosugestii, ktora kazdy,
jesli zechce, moze w sobie odszukac ...
Bedac nawet z piekna kobieta (i odwrotnie) mozna przekonac siebie ze
jest brzydka, skupiajac uwage na brzydkiej bliznie po ospie, albo na
krzywym, malym palcu u nogi. Mozna tez zignorowac krotsza noge i
odstajace uszy, i utonac w cieplych, jak lesne jezioro oczach.
To ja decyduje przez jaki pryzmat patrze na swiat, a do wyboru sa
dwa, i to co pomiedzy nimi...
Jak dwa binokle
rolnetki, lewa patrzy na szary swiat, zlepiony z obaw i lekow, prawa
widzi swiat sloneczny, zbudowany z niczym nieobwarowanej milosci.
To my decydujemy, ktorym binoklem wolimy na niego patrzec, ktory
wizerunek wydaje sie blizszy naszej naturze, ktorej jego czesci
pragniemy doswiadczac ...
Kazdy z nas, ze swiadomoscia tego faktu, lub bez niej, powoluje do
zycia swoj wlasny mikroswiat, to jest wlasnie to Podobienstwo w
ktore wyposazyl nas Dobry Bog. Tak jak On, i my w mikoroskali,
nieustannie tworzymy swoj swiat i koncentrujac sie na obawach, lub
uczuciach urodzonych z milosci, zaludniamy go naszymi wlasnymi
kreacjami...
Zdarza sie ze do wykreowanego przez nas „domu” prowadzi droga, ktora
wydaje sie niepotrzebnie dluga i kreta, ale to wrazenie wynika z
niewiedzy: Czym jest droga...
Pamietam wiec o tym, chociaz jakze latwo o tym zapomniec, i
nie zlozerzecze na wiatr, nie mam za zle Mamie Ocean ze nas tu
trzyma.
Nic nie dzieje sie przypadkiem, wszystko jest skutkiem czegos i
czegos przyczyna.
DZIEN 286
Mon Dec 17 11:57:03 2007 UTC - 45
28.25 S - 62 18.33 W
Noc byla cicha,
rano wiatr wykrecil i znowu mamy w oczy.
Jutro powinien
zrobic zwrot o 180* i zostac tak z dobe, potem znowu powieje z SSW.
Dzis porzadki w magazynku rufowym, czas zasztalowac pudelka, silnik
do pontonu, sprzet do nurkowania i inne. Musze takze wydobyc reszte
oleju, ktora jest gdzies tam zakopana, zanim znowu go zakopie, moze
sie przyda...
DZIEN 285
(nadeslane) Wed Dec 19 12:31:39
2007 UTC - 46 29.90 S - 62 25.45 W
Dzis mamy w
plecy, pcha nas urocza 5 –tka, nie jest zbyt cieplo, ale to juz
prawie 50 stopien poludniowy...
„Selmy” sie nie odzywaja, pewnie sa juz po drugiej stronie, a my
mamy jeszcze kawal drogi do Jasnie Pana Horna, dobre 600 mil...
Teoretycznie przebycie tej drogi nie powinno nam zajac dluzej jak
tydzien, ale wiatr bardzo tu kreci. Zastanawiam sie jak to sie
stalo, ze Selma tak szybo dojechala do Hornu, byli kawal za mna...,
pewnie maja duze zbiorniki paliwa, albo prywatne wiatry, albo po
prostu Selma to szybki jacht, a chlopaki dobrze zegluja. My skracamy
zagle wieczorem jesli trzeba, bardzo nie lubie wciskac sie w srodku
nocy w sztormiak, wychodzic na rozkolysany poklad i w polmroku
zwijac zagle, takie rzeczy zalatwiamy wieczorem, po odebraniu pogody.
Poza tym nie nadwyrezam Luki, daje nam ciepla sucha koje, ochrania
nas, to nasza ostoja w tym bezmiarze, bylbym durniem gdybym i ja o
nia nie dbal.
Wacek trzasl sie mimo ubranka z Ensenady, wiec znalazlem jakies dwie
nadliczbowe czapki i uszylem mu z nich grubszy mundurek. Czapki byly
czerwone, uzylem paskow zielonego materialu do obszycia otworow na
glowe i przednie lapy, i teraz wyglada troche jak psi Swiety Mikolaj...
Wczoraj zszylem rozdarty kliwer, wydaje sie ze zrobilem to solidnie.
Postanowilem takze wciagnac linke w lik wolny, ktory tragicznie
telepie sie na wietrze, niezaleznie od polozenia blokow szota...
Lagodnie
zagietym drutem wciagnalem mocna line w lik wolny, zacisnalem
miedziane oczka powyzej refu, a takze na samych rogu szotowym, teraz
bedzie mozna wybrac luz i zlikwidowac lub przynajmniej zmniejszyc
irytujace trzepotanie, taki w kazdym razie jest plan, niedlugo wiatr
to zweryfikuje...
Obudzilem sie jakis przygnebiony, snilo mi sie ze jechalem
samochodem z moim niezyjacym bratem, on kierowal i gdy
przejezdzalismy przez skrzyzownie, wjechala w nas ciezarowka, tuz
przed samym uderzeniem taktycznie sie przebudzilem...
Potem scena sie
zmienila, jakis duzy dom, tam tez chyba byl moj brat i jacys ludzie,
ktos umarl, chyba jakies dziecko, dookola bylo duzo czarnej,
urodzajnej ziemi , a potem pokazalo sie duzo ptakow, grzebaly w
ziemi, a potem postanowily zamieszkac w drewnianych scianach domu,
pomyslalem wtedy przez sen, ze to dobra wrozba jesli ptaki zakladaja
tu gniazda...
To pewnie czkawka przed Hornem, podswiadome leki.
Nie potrafie
szczegolowo tlumaczyc snow, niemniej ta ciezarowka i smierc dziecka,
to chyba zapowiedz przykrosci, pewnie dostaniemy tam nizej w
dupe...ale ptaki mieszkajace w scianach domu, to zdaje sie dobra
wrozba, dobre zakonczenie...
DZIEN 284
Sat Dec 15 10:53:35 2007 UTC - 44
4.07 S - 62 1.03 W
Niezle wczoraj
dmuchnelo, nie mialem nic przeciwko temu, ze niz wisial
nad nami tylko 12 godz. Wialo z 9, zrefowanemu sztakslowi puscily
szwy wlasnie gdy zastanawialem sie czy by go nie zwinac, tym razem
rozpruly sie wzmocnione miedzianymi oczkami otwory, do reflinek.
Zblizylismy sie juz dostatecznie do brzegu, wypadaloby teraz ruszyc
w
strone Horna, ale do tego potrzebujemy wiatr inny niz z SSW, ktory
od kilku dni nas nie opuszcza. S/V Selma miala wejsc w Ciesnine
Magellana, ale szefostwo widac zmienilo rozkazy, i od dwoch dni
pchaja sie przez Horn.
Dzwonili do mnie przedwczoraj, narazie chodza polowkami i trudno im
sie przepchac, ciekawe jak sytuacja dzisiaj, ale jestem pewien ze
mineli juz czubek i plyna na poludniowy zachod. Maja prawie 4m
dluzsza linie wodna i 7 osob zalogi....
DZIEN 283
Fri Dec 14 13:39:09 2007 UTC - 44
44.69 S - 60 42.47 W
Dzis wieje z
SSW dokladnie w oczy, rozkreca sie, wieczorem ma dmuchnac 8B.
Poprzedniej nocy, gdzies nad ranem zobaczylem wielka lune
swiatel na horyzoncie. Zaspany pomyslalem ze to pewnie zachodzacy
ksiezyc... Kiedy sprawdzalem horyzont dwie godziny pozniej, luna
wciaz tam byla... Zaniepokoilo mnie to, bo teraz do zludzenia
przypominala oswietlone wielkie miasto za horyzontem. Wlaczylem
radar, i spojrzalem na mape, chociaz dobrze wiedzialem ze w
promieniu 200 mil nie ma zadnego ladu. Radar na maxymalnym zasiegu
36nm nic nie pokazal .
Doszedlem do wniosku ze to musi byc jakas olbrzymia flotylla rybacka,
siedzaca na jakiejs monstrualnej lawicy ryb ...
Dzis w nocy
plywajace miasto wylonilo sie zza horyzontu, widac bylo 60-80
bardzo duzych swiatel.
Tym razem radar pokazal odbite echo, to nie byly kutry rybackie,
echo radaru pokazywalo duze jednostki, moze statki przetwornie.
Oswietlaly olbrzymi obszar we wszystkich kierunkach. Jak na moj
gust, gust ex - rybaka, bylo stanowczo za duzo swiatla i dlaczego
oswietlalo cztery strony swiata. Jedynym rozsadnym wytlumaczeniem
tej zagadki byla flotylla rybacka lowiaca kalmary, ale tu pojawia
sie problem, bo te jednostki nie marnuja energii, by oswietlac niebo...
Kieruja bardzo
silne swiatla na powierzchnie wody, kalmary garna sie do niego jak
cmy, wtedy wielka motorowka rozciaga okreznice, siec okraza
zgomadzone przy swietle kalmary i kolo siatki wypelnionej biala masa
oglupialych swiatlem kalmarow sie zamyka...
Zszedlem na dol,
gdy wrocilem po niecalej godzine "miasto" zniklo.
Zniklo z
horyzontu i z radaru, zostala tylko pobladla luna.
Lawica czegos
na co polowalo "miasto", musiala przemieszczac sie bardzo szybko.
W jakim jednak celu ta flotylla oswiatla niebo ?
Moze przy
okazji lapali morska odmiane nietoperzy ...
Butelka Whisky temu kto zna odpowiedz...
DZIEN 282
Thu Dec 13 14:23:27 2007 UTC - 44
47.88 S - 60 17.81 W
Wiatr gdzies
polecial, wykorzystamy ten dzien na prace pokladowe.
Trzeba wszystko solidnie umocowac, zwlaszcza ponton. Luka ma 3,5
metrowy ponton z plastikowym, podwojnym dnem, a z 15 KM Yamaha
tworzy super szybka jednostke malego zasiegu. Bardzo niechcielibysmy
zgubic go po drodze... Moje super oszczedne swiatlo pozycyjne,
zrobione z malych zaroweczek LED znowu nie swieci, pewnie ktores
padlo i przerwalo szereg.
Wieczorem ogladalismy stary rosyjski film "Tabor wedruje do nieba" (Wacek
ogladal takze przez pierwsze 5 minut, potem zasnal, ale przyrzeklbym
ze cos tam widzial, chociaz podobno psimi oczami nic na
ekranie nie widac... Film sam w sobie miesci sie w granicach
filmowej przyzwoitosci, pokazuje podretuszowane lukrem zycie cyganow,
gdzies
na Balkanach, ale ta muzyka...
Cyganska muzyka, jest jak nie skrzona zrodlana woda, plynaca wprost
do zlaknionej duszy. Jest jak spiewana czystym glosem "Ave Maria",
na tle kakofoni strojacej sie do koncertu orkiestry...
Latwosc z jaka ta prosta muzyka do nas trafia i ropala dusze, moze
oznaczac ze to wlasnie jezyk, w jakim nalezy z ta Czastka,
zostawiona w nas przez Boga rozmawiac...
Nie ma znaczenia ze dla wielu wydaje sie prymitywna, pewnie tym
samym ludziom wschod sloca, nad porosnieta czerwonymi makami laka
rowniez sie taki wyda.
Nie ma znaczenia ze "znawcy" wysmiewaja Laskowskiego, byl czas kiedy
przy ogniskach (takze w Sopocie) spiewano wszystkie jego piosenki.
Byc moze w prostej i pieknej muzyce cyganskiej Laskowskiego, w
widoku tanczacej zmyslowo kobiety, pastelowo zachodzacym sloncu, w
rozesmianej buzi dziecka, zaglowcu pod pelnymi zaglami.... i kawalku
wedzonego boczku (przepraszam , nie moglem sie powstrzymac ) ukryty
jest jezyk w ktorym mozemy rozmawiac sie z nasza dusza, rozmawiac z
Bogiem.
DZIEN 281
Wed Dec 12 10:41:39 2007 UTC - 44
33.08 S - 59 13.93 W
Wiatr troche
przycichl, powinienem chyba spuscic sztaksla i rozwinac z polowe
genuy sprawdze pogode przy wysylaniu listow i zadecyduje. Robi
sie coraz zimniej, co kilka dni wkladam jedna bluze wiecej, wczoraj
na dwie bluzy wlozylem welniany sweter, ktory zrobila mi przed
podroza moja mama. Troche drapie jak to welna, ale polarki przy nim
wysiadaja, musialem zdjac jedna bluze spod swetra. Sweter jest
naprawde cieply, mamy przed soba ze dwa miesiace bliskiego zwiazku,
dziekuje mamo.
Dzis w planach podniesienie gretingow w sterowce i dokladne pozbycie
sie smieci z podlogi, nazbieralo sie tego od poczadku rejsu duzo,
glownie siersc wacka, i pewnie zapchalyby odplywy wody, gdybysmy
stracili ktores okono. Jedna ze wspanialych cech Luki jest sterowka
zamykajaca centralny kokpit, ktorego podloga jest powyzej linii wody
i
ktory ma trzy wielkie odplywy, odprowadzajace wode tam gdzie jej
miejsce.
DZIEN 280
Tue Dec 11 16:58:03 2007 UTC - 44
15.38 S - 58 32.42 W
Wyglada ze
lista awarii sie dopelnila. Mieslismy problem z masztem,
roznorakie klopoty z elektronika, zlamany bom, peknieta podwiez
wantowa, spieprzony uklad sterowania, rozprute zagle, klopoty
mechaniczne w roznych odcieniach, a wczoraj mielismy na jachcie
pozar.
Konczylem szycie zagli w sterowce, sluchalem jakiejs ksiazki i w
pewnej chwili poczulem zapach palacej sie izolacji. Wpadlem na dol,
w srodku bylo juz dosc duzo dymu, spojrzalem na kuchnie, czy to nie
garnek na kuchence, skoczylem do maszynowni, ale wygladalo ze tam
wszystko ok, i potem spojrzalem na deske rozdzielcza, z ktorej teraz
juz walil czarny dym. Wylaczylem glowny bezpiecznik, ale nic to nie
dalo. Tyl deski rozdzielczej z wszystkimi polaczeniami jest w naszej
kabinie, obudowany mahoniowa skrzynka. Przez szpare w obudowie
widzialem juz gdzie sie pali, nie bawaic sie w odkrecanie, solidnym
szarpnieciem zerwalem cala skrzynke, chwycilem jakas poduszke
i przydusilem nia czerwonego drania, zaczynal sie rozlazic na boki.
Teraz gdy troche przygasl, moglem mu sie przyjrzec i znalazlem
przyczyne, rozgrzany do czerwonosci kabel biegnacy od generatorow
wiatrowych, polaczony do spalonego juz teraz amperometru. Wyrwalem
jeden koniec kabla odchodzacy do akumulatorow i zgasilem reszte
ognia. Robilem wszystko automatycznie, prawie bez emocji, ale gdy po
ogniu zostal juz tylko smrod, podziekowalem szefowi, ze nie pozwolil
by zapalilo sie w nocy, gdy spalem...
Moglbym juz sie
nie obudzic, albo co gorsze obudzic sie na wpol zaczadzony dymem,
ogien jaralby sie juz na dobre, ciemno, ja pier...e , ok nie
bedziemy tego rozwazac... . Mamy "Swojego Czlowieka" u gory ,
pilnuje nas... .
Od rana zaczalem dochodzenie, okazlo sie ze lewy generator robi
zwarcie. Przewod pozytywny biegnacy od genatora (albo w samym
generatorze) dotyka gdzies masy i rozpalil ognisko tam gdzie mial
najwiekszy opor, w amperometrze.
Wylaczylem z obiegu lewy generator, i zalozylem dwa, 30A
bezpieczniki na linii. Teraz mamy tylko jeden generator, ale
gdybysmy nie mieli dwoch, nie mielibysmy teraz zadnego.
Gdy juz uporalem sie z generatorem, wlozylem sztormiak, wzialem
troche rzeczy, siadlem pod masztem i zaczalem kombinowac jak
sciagnac fal sztaksla, machajacy do nas z gory rozpietym
karabinczykiem.
W koncu zastosowalem, sprawdzona juz metode "na lasso".
Kawalek miekkiej stalowki wygietej w lasso, umocowanej jednym koncem
do biegnacego obok falu foka marszowego. Do drugiego konca
stalowki przywiazalem cienka linke, by w odpowiednim momencie, gdy
rozpiety karabinczyk przejdzie przez kolko ze stalowki , zacisnac
lasso.
Czulem sie troche jak na rybach, manewrowalem przyneta, a gdy "rybka"
wlozyla glowke w koleczko, zlapalem ja za morde i potem juz
spokojnie luzujac i wybierajac konce falow sciagnalem uciekiniera na
dol. Natychmiast wywalilem za burte felerny karabinczyk i tym razem
przywiazalem fal bezposrednio do zagla solidnym wezlem, zadnych
pieprzonych posrednikow... .
DZIEN 279
Mon Dec 10 11:45:25 2007 UTC - 45
1.39 S - 56 53.84 W
Nadal szyjemy.
Wczoraj zadzwonili chlopaki z Selmy, wyprzedzili nas i wchodza
niedlugo w Ciesnine Magellana, nie bedzie wiec okazji otrzec sie
burta o burte. Maja zamiar wloczyc sie po kanalach Patagonii,
super...
Najpierw
Magellanem na Pacyfik, potem wybrzezem pocietym jak szwajcarski ser,
na poludnie i znowu w kanal, po drodze Ushuaia i powrot na Atlantyk...
Ciekawy rejs,
sa w siedmiu, pociagaja z flaszki i po wachcie, przy naftowej lampie,
ukladaja morskie opowiesci...
Nam natomiast ostatnimi czasy wiatr w oczy i gorzala sie skonczyla.
Zostala tylko jedna flaszka Whisky, ostatnia z podarowanych nam u
wybrzeza Kapsztadu przez Wuja Janka - niech zyje wiecznie - ktora
jednak musi dotrwac do Przyladka Horn, jako ostateczna bron na "smoki",
gdyby sie tam jakies pojawily...
Dzis powinienem
skonczyc szycie, jutro powinno byc ciut spokojniej, wezme sie za
sciagniecie falu sztaksla, ktorego rozpiety karabinczyk dynda z
arogancja przy drugim salingu. Oczywiscie nie ma mowy zebym
wchodzil na maszt, bede to musial zrobic jakos inaczej...

DZIEN 278
Sun Dec 09 10:11:25 2007 UTC - 44
22.90 S - 56 11.19 W
Kolejny dzien i
sztorm w oczy. Przedwczoraj w nocy plynelismy agresywniej, ostro w
zachodnia 8-mke, co chwile zbieralismy dziobem czubki fali, z
pokladu nieustannie splywala woda. Normalnie nie forsowalbym tak
Luki, ale musimy zblizyc sie do brzegu, wiec bylo ostrzej niz zwykle.
Rano znalazlem powiekszajace sie z kazda minuta rozdarcie na foku
marszowym.
Wczoraj bylo szycie, dzis bedzie szycie, i juto bedzie szycie...
Bardziej od
poklutych igla palcow boli mnie ze wypial sie karabinczyk falu
sztaksla i zagiel zjechal. Dobrze chociaz ze puscil kiedy juz ubrany
rano wychodzilem na poklad , a nie w nocy.
Czuje
rozczarowanie i mam zal do producentow tych drogich, blyszczacych
gowien. Nigdy nie zaloze zadnego powyzej pokladu, to juz drugi ktory
zawiodl. Czesto zapinalem fal do relingu, kiedy zrzucalem
kliwra, dlatego tam byl.
Teraz bede musial jakos sciagnac fal na dol, ale najpierw musi sie
troche uspokoic....
DZIEN 277
Sat Dec 08 13:57:07 2007 UTC - 44
25.84 S - 55 54.22 W
Cala noc szlismy ostro do zachodniej 7- 8-mki. Od rana szyje
zagle, wypial sie takze "p.....ny" karabinczyk falu sztaksla i dynda
pod salingiem... Pozszywalem foka marszowego, teraz ze trzy dni bede
naprawial sztaksla...
DZIEN 276
Fri Dec 07 11:30:19 2007 UTC - 44
40.79 S - 54 59.10 W
Wacek trzesie sie nawet w mundurku, marynarz nie nawykl do zimna, na
brzuchu nie ma prawie zupelnie wlosow, kalifornijczyk... .
Karmie go za to dobrze, jemy obaj wiecej tlustego zarcia niz zwykle.
Dzis rano wiatr wykrecil o 180*, w miedzyczasie bylo kilka godzn
ciszy, zrobilismy wiec probe generalna nowej chlodnicy oleju,
skrzyni biegow. Jechalismy godzine szybkoscia marszowa 7 wezlow,
weze byly co prawda gorace, ale dyski w skrzyni sie nie slizgaly,
wiec powinno byc dobrze.
Po czyszczeniu dna te reszta wlosow, jaka jeszcze mam, byla
niebieska od farby antyporostowej, pomagalem sobie takze glowa...
Mialem do wyboru umyc je ,albo ogolic. Wygrala opcja ogolic i teraz
zaluje bo zimno mi w lysa glace, musze nawet spac w czapce...
DZIEN 275
Thu Dec 06 15:20:53 2007 UTC - 44
54.72 S - 53 39.12 W
Wiatr wciaz z zachodu, wciaz w oczy, nie posuwamy sie wcale, ani w
strone Hornu, ani na zachod. Krotko po tym jak robimy zwrot, wiatr
wykreca 20* na zawietrzna i pcha nas w maliny, jakby sie nami bawil...
Irytujace to, chociaz zdaje sobie sprawe jak niedorzecznie jest
zloscic sie na wiatr... Weszlismy w obszar gdzie o tej porze
roku przewazaja silne zachodnie wiatry i musimy znalezc sie teraz
blizej brzegu, zeby dojsc na Horn wygodna polowka. Dzis w nocy wiatr
wykreci i zostanie tak przez dobe. Nie bedzie spania, musimy
wykorzystac kazdy przyjazny podmuch, w przeciwnym razie jesli na tej
dlugosci zejdziemy nizej, bedziemy mieli do oplyniecia nie tylko
Przylondek Horn, ale takze 300 mil sztormu w oczy, zeby do niego
doplynac..
Od teraz bedziemy zwalniac kursy na poludnie i wkladac wszystko co
mamy w zachodnie. Oczywiscie wszystko w granicach rozsadku, nie
zamierzam forsowac Luki i sprawdzic co pierwsze peknie. Ta opcja
zarezerwowana jest tylko na wypadek walki o zycie. Mam dzis kiepski
nastroj, to stary znajomy ktory pojawia sie zawsze, gdy sprawy nie
ukladaja sie jakbym chcial . Znamy sie jak lyse konie, dawno
nauczylem sie z nim postepowac i odsylac tam skad przyszedl.
Operacje nalezy ropoczac od znalezienia powodu z ktorego sie zjawil.
Kiedy uda sie nam umiejscowic przyczyne, to juz polowa zrobiona.
Treaz nalezy uzyc sztuki manipulacji i kompromisu. Nieznacznie
„zmienic kierunek”, zrezygnowac dzis z „popoludniowego drinka”,
obiecac poprawe, przyzwyczaic sie do mysli, ze trzeba bedzie w
naszym zyciu cos troche zmienic... Nalezy usunac lub
zignorowac przyczyne z jakiej nasza poczwara otworzyla pyszczysko i
beka nam do ucha .
Gdy zlikwidujemy przyczyne, zlikwidujemy takze skutek...Teraz
wystarczy juz krotkie "sp.....laj".
Czasem bez dociekania przyczyny, mozna zamknac morde potworka,
zanurzajac sie z nim w marzeniach, jesli tylko udalo sie nam
zakorzenic je dostatecznie gleboko.
W kazdym razie ten ulepiony ze strachu smierdziel, probuje
przesladowac kazdego z nas od chwili, gdy jako dzieciom, wmowi sie
nam ze istnieje.
Nie nalezy jednak przed nim uciekac, bo tym sie wlasnie zywi, na tym
wyrasta i potem jeszcze mocniej szepce i naklania do ucieczki,
glownie przed tym czego jeszcze nie znamy.
Probuje przykuc nas lancuchem strachu do ciasnej cieknacej szalupy,
choc tuz obok czeka nasz nowy, duzy jacht, ale zeby sie do niego
dostac, trzeba wejsc do wody, puscic sie cieknacej lupiny i
przeplynac tych kilka niepewnych metrow... .
Generalnie nalezy tego potworka poznac i nauczyc sie z nim zyc, jak
mieszkac pod jednym dachem z gderliwa, troche swirnieta siostra i
nie zwracac uwagi na jej nieustanne paplanie: " zostaw , nie ruszaj
, nie dasz rady, nie uda ci sie, jestes za glupi..."
Trzeba akceptowac „biedaczke” taka jaka jest – to w koncu najblizsza
rodzina...
DZIEN 274
Wed Dec 05 10:35:19 2007 UTC - 44
21.08 S - 53 46.43 W
Wiatr znowu wykrecil, wieje dokladnie stad, dokad plyniemy. Z
prognozy pogody wynika ze zmieni kierunek dopiero jutro wieczorem.
Od wczoraj
wieczor idziemy ostro do wiatru, rano zrobilismy zwrot i plyniemy
teraz na polnocny zachod. Rano odkrylem rozgrywajacy sie za burta
dramat, biedny albatros zlapal sie koncem skrzydla za przynete.
Zastanawialem
sie, co powinienem zrobic, w koncu powoli zaczalem wybierac zylke,
albatrosowi sie to oczywiscie nie spodobalo, dalem mu troche
odpoczac, po chwili zaczalem znowu delikatnie nawijac zylke.
Byl juz
kilka metrow od rufy, gdy nagle szarpnal, wyrwal hak i biegnac po
falach wzbil sie w powietrze i odlecial. Ciekawe czy biedne
ptaszysko przezyje ten hak... Nie bede juz uzywal przynet, ktore
plywaja na wierzchu i nie tona...
DZIEN 273
Tue Dec 04 12:14:41 2007 UTC - 44
22.41 S - 53 46.13 W
W nocy wywialo nas toche na wschod, rano wiatr laskawie wykrecil i
teraz odrabiamy straty. W tylniej czesci Luka ma plaskie dno i
prawie nie ma tu zezy, ktora izoluje termicznie wnetrze jachtu.
Podloga mesy ulozona jest praktycznie na plaskim dnie i teraz mamy
chlodzenie w podlodze...
Woda musi sie robic coraz zimniejsza, bo mimo skarpet i butow, stopy
marzna gdy siedze przy stole. Zastanawiam sie nad wygrzebaniem
welnianych skarpet z demobilu i izolowanych gumowych butow,
pamietajacych jeszcze Alaske. Tam bywalo zimno, ale na poklad
wychodzilismy tylko do pracy i wracalismy do cieplej mesy.
Jesli zrobi sie nie do zniesienia, to wlaczymy piecyk na rope. Mam
jednak do niego maly uraz, kiedy wlaczalem go poraz pierwszy, cos
bylo nie tak z zaworem regulujacym doplyw ropy, piecyk zaczal sie
ropalac, i rozpalac, i rozpalac, i rozpalac, zrobil sie czerwony a z
zaworu na podloge zaczela wyciekac ropa... Makabra. Stalismy wtedy
na "suchym" w Port San Luis, z komina nad sterowka walila masa
czarnego dymu, Martin i znajomi mysleli ze sie palilmy, i wlasciwie
od wielkiego pozaru dzielil nas "pici wlos". Dzieki Bogu,
zalozylem exstra zawor na wezu doprowadzajacym rope, tuz przy
piecyku, i szybko go wtedy zamknalem.
Piecyk powoli przestal huczec i trzaskac, ogien w srodku zgasl.
Wyslalem
oczywiscie felerny zawor do fabryki w Kanadzie, z duzymi pretensjami,
nie dowiedzialem sie jednak, co bylo przyczyna tego zamachu.
Otrzymalem nowy zawor, przeprosiny i kilka wymijajacych odpowiedzi...
Trzeba bedzie miec na niego oko ...
DZIEN 272
Mon Dec 03 13:36:05 2007 UTC - 43
43.51 S - 53 29.87 W
Idziemy na wiatr w dobra strone, Luka kieruje sie sama bez pomocy
autopilota, choc w nocy zdarzylo sie ze zrobila nieautoryzowany
zwrot. Obudzil mnie przechyl na "zla" strone i inny ruch jachtu,
stalismy w dryfie...
Odblokowalem wal, wlaczylem naszego silacza Perkinsa, dalem czadu i
po chwili bylismy spowrotem na kursie. Wychylilem troche ster na
zawietrzna i wrocilem do cieplej jeszcze koi. Bez sprawnego silnika
zmuszenie dryfujacego jachtu do powrotu na kurs trwaloby znacznie
dluzej... Trzeba by sie najpierw solidnie dobudzic, ubrac sztormiak,
pas bezpieczenstwa, pojsc na dziob, zluzowac przednie zagle i czekac
az napor wiatru na bezan odwroci lodke, albo odwrotnie, murowane pol
godziny... Skonczylem wczoraj prace nad nowa chlodnica oleju. Nie
wierze w przypadki, a okazalo sie ze znalazlem do niej, dokladnie
wszystkie niezbedne czesci. Trojnik 1,5 cala, ktorego nigdy nie
kupowalem, bo i po co...
Bez
powodu rowniez wiozlem zapasowa obudowe fitra do odsalarki, te
rzeczy sie nie psuja i nie ma potrzeby sie nimi obciazac, no i ta
nagwintowana rurka do czujnika temperatury spalin, ktora przez
pomylke slusarz wspawal w "zlym" miejscu, a ktora zaistniala jakby
po to, by teraz podlaczyc do niej odplyw wody z nowej chlodnicy.
Traci niedorzecznoscia, ale wyglada to tak, jakby ktos przewidzial
ta awarie i spowodowal ze zabralismy na Luke wszystkie niezbedne
czesci do jej naprawy... A moze to ja sam cofnalem sie w czasie...
hehe.
Einstein i inni madrzy ludzie twierdzili, ze czas jest konstrukcja
umyslu, pojeciem wzglednym. Stwierdzili dalej, ze czas jest
tym, czym jest przestrzen pomiedzy przedmiotami, i jesli to nie czas
sie porusza ,tylko Luka przesuwa sie w przestrzeni z okreslona (ostanio
wolno nam szlo) predkoscia, to wystarczylo by zmienic przestrzen
miedzy nami i Ensenada, albo predkosc z jaka plyniemy, by wydluzyc
lub skrocic uplyw czasu... Odleglosci do Ensenady skrocic inaczej
niz plynac w jej strone nie umiemy, nasza predkoscia rzadzi tu wiatr,
wiec pozostaje ostatnia mozliwosc.
Byc moze po tym jak skrzynia zepsula sie "po raz pierwszy"
przeplynelismy przez falde w przetrzeni, o ktorej wspominal
Einstein, i wtedy cofnalem sie w czasie, wrzucilem na Luke czesci
ktorych mielismy potrzebowac, i teraz kiedy skrzynia zepsula sie "po
raz drugi" mielismy dokladnie wszystko czego nam potrzeba...
Troche to jednak skomplikowane ... prosciej chyba bedzie zrzucic
cala sprawe na opiekuncze skrzydla mojego Aniola Stroza.
DZIEN 271
Sun Dec 02 13:30:15 2007 UTC - 42
22.93 S - 52 35.98 W
Ruszylismy z miejsca, na Hornie juz lato, jestesmy jakies 1000nm na
poludnie... Jesli nie bedzie wialo w oczy, powinnismy byc w tamtej
okolicy za -+ 2 tygodnie.
Zbudowalem nowa
chlodnice oleju, wykorzystalem do tego zapasowa obudowe fitra do
odsalarki. Teraz zastanawiam sie jak wymusic obieg morskiej wody.
Moglbym zainstalowac zapasowa pompke slodkiej wody, ale szybko sie
przegrzeje. Idealnie byloby wlaczyc chlodnice w obieg slonej wody
silnika, narazie jednak nie widze mozliwosci.
Musze sie z tym
przespac....
Wacek przeszedl samego siebie.
Czasem na
kolacje mamy mielonke z puszki i krakersy, oczywiscie Wacek dostaje
swoja dzialke .
Wczoraj wyjalem z bakisty pod siedzeniem puszke, polozylem ja na
stole i podszedlem do magazynku po krakersy.
Wtedy to maly
bandyta i jak sie okazalo, zlodziej, wskoczyl na stol, zlapal puszke
mielonki i zaczal z nia uciekac, wpadl do kabiny dziobowej i schowal
sie razem z puszka za zwinientym zaglem.
Nie
wypuszczajac jej z pyska, wychylal sie co chwile zza worka i
patrzyl co robie .
Nie bylem zdecydowany, ukarac bandyte, czy isc po aparat i zrobic
zdjecie zlodziejowi hehe.
Przynioslem
aparat, ale kiedy cwaniaczek go zobaczyl, wypuscil konserwe z
pyska, widac nie zyczyl sobie zadnych dowodow, teraz patrzyl na mnie
spod byka i warczal.
Ciekawe co mial zamiar z ta konserwa zrobic heheh, moze planowal
potem rabnac otwieracz ... ?
Wlasciwie
to warczenie mozna bylo zinterpretowac jako bunt zalogi, a kara za
bunt na pokladzie, kara za okradanie wspoltowarzyszy jest
chlosta na gretingu, lub przeciagniecie zlodzieja pod dnem...
Postanowilem jednak tym razem okazac laske zlczyncy i wspolnie
zjedlismy ukradziona konserwe.
DZIEN 270
Sat Dec 01 12:20:55 2007 UTC - 41
0.30 S - 50 53.50 W
Super pogoda,
choc moze to byc opinia morskiego hobo, ktoremu zbytnio sie nie
spieszy, zwlaszcza ze za horyzontyem „szeroki dol do przeskoczenia”.
Wieje urocza 4-rka, slonce probuje przebic mleczna warstwe chmur
i czasem spoglada na nas cieplym blaskiem.
Pocharatalem troche rece o muszle, kiedy czyscilem dno, zwlaszcza
lewa, ktora najczesciej trzymalem sie liny i wierzchem dloni tarlem
o nieoczyszczony jeszcze w tym miejscu kadlub. Niebieska farba
antyporostowa wtarla sie w skore i w zadrapania, wyglada teraz jak
makabryczny tatuaz, mam nadzieje ze wkoncu sie domyje. Mamy dzis w
planie zrobic nowy wymiennik ciepla, ktory miejmy nadzieje
wystarczajaco schlodzi olej w transmisji, ten ktory zrobilem
poprzednio zbyt wolno odbiera cieplo. Jesli chlodnica wyjdzie jak
ja zaplanowalem, pozbedziemy sie ostatniego „bolu zeba” ...
|