Dzien 147
from
mail.gmn-usa.com Tue, 31 Jul 2007 07:31:19 +0000 (GMT)
Dmuchnelo
wczoraj po poludniu, fale podniosly sie wysoko i najpierw wciagnely
za soba smugi bialej piany, a potem prawie cale sie nia pokryly.
Trudno bylo zaczerpac powietrza odwracajac twarz pod wiatr. Fale
zalamywaly sie co kawalek, trudno bylo okreslic ich wysokosc,
musialy miec z 10 metrow, ale byly i wieksze tez. Zdjalem
wszystkie szmaty, Luka ustawila sie brzydko, bokiem do fali, wiec
wciagnalem zrefowany fok marszowy i wybralem go na nawietrzna. Dziob
odszedl troche od wiatru, ale za malo... Do dryfowania baksztagiem w
tych warunkach zmusilaby Luke tylko dryfkotwa, ale nie bylo z nami
az tak zle . Luka klaniala sie nisko, ale wode burtami bralismy
tylko sporadycznie. Wacek w takich warunkach ma zakaz wychodzenia na
poklad, i chociaz kocha byc tam gdzie ja, nie zapomnial chyba
ostatniego szturchanca, bo na komende zostal i przygladal sie tylko
co robie przez okna sterowki. W pewnym momencie zauwazylem
pletwe grzbietowa, jakby delfina, ale znacznie wieksza... Mignela
szybko, uchwycilem ja na sekunde katem oka. Wszedlem do srodka po
aparat i gdy wrocilem na poklad, zobaczylem ja znowu. To napewno nie
delfin, moze bardzo duzy rekin... Rozgladalem sie dookola z nadzieja,
ze to cos wplynie pod obiektyw aparatu, ale widzialem tylko kontury
6-8 metrowego stworzenia przeswitujacego przez prawie
prostopadla sciane wody nadbiegajacych fal. Zauwazylem ze
to cos ma bialy brzuch, wiec to musiala byc orka i
napewno nie byla sama, to bardzo rodzinne stworzenia i reszta
rodzinki krazyla juz pewnie dookola jachtu. Od razu przypomniala mi
sie pewna ksiazka, relacja z podrozy pewnej rodziny
przemierzajacej Pacyfik, na duzym drewnianym jachcie. Pewnej nocy
orki uderzyly w dno jachtu, pewnie mylac go z
wielorybem i jacht zatonal w ciagu kilku minut. Orki, nazywane
czasem "wieloryby zabojcy" zywia sie na ogol rybami, ktore sprytnie
zaganiaja w ciasne lawice i ogluszaja silnym uderzeniem ogona,
kochaja tez jesc foki i lwy morskie. Kiedy jednak dlugo nie maja
dostepu do ulubionego zarcia, biora sie za wieloryby. Orki maja
bardzo gruba czaszke z przodu glowy. Zdarza sie, ze zdesperowane
glodem atakuja wieloryba, rozpedzajac sie i uderzajac w niego
jak taranem. Dno jachtu bujajacego sie cicho na fali i
jego zarys, gdy patrzy sie na niego z dolu, przypomina ksztaltem
spiacego wieloryba. Latwo mozna sobie wyobrazic druzgodzacy efekt,
jaki miala by taka tragiczna pomylka glodnych orek w naszym
przypadku. Skoczylem jak oparzony do maszynowni, blyskawicznie
odblokowalem wal, wrocilem do sterowki i zastartowalem silnik. Dalem
na moment wysokie obroty, potem wrocilem do malej naprzod.
Orki odebraly widac moja wiadomosc, bo zniknely... Mjalem
jeszcze dla nich na deser rakietnice, ale dzwiek obracajacej sie
sruby zdaje sie wystarczyl. Dzis wiatr troche oslabl, nadal
dryfujemy w strone z ktorej przyplynelismy.
Dzien 146
from
mail.gmn-usa.com Mon, 30 Jul 2007 07:03:57 +0000 (UTC)
W nocy sie
rozdmuchalo, w tej chwili podchodzi pod siodemke i wieje nam prosto
w oczy. Idziemy na zrefowanym bezanie i foku marszowym , ale to
wlasciwie cofanie sie w strone Madagaskaru. Nie chce isc na poludnie,
bo tam, tuz za 30*S szerokoscia dyma jeszcze mocniej. Idziemy wiec
pod Madagaskar z nadzieja ze niedlugo wiatr skreci na
poludniowo-wschodni i pozwoli nam skrecic na zachod. W swiecie
komputerowym na Luce nic sie nie zmienilo, czekamy na odpowiedzi od
Navichart i byc moze fachowca od hardware, krory zna przyczyne tego
czerwonego, mrugajacego swiatelka, zamiast ladnego zielonego po
wcisnienciu guzika wlaczajacego komputer. Po poludniu ma dmuchac
jeszcze mocniej, trzeba bedzie zamocowac niektore rzeczy mocniej...
Dzien 145
from
mail.gmn-usa.com Sun, 29 Jul 2007 08:16:39 +0000 (GMT)
Komputer
nawigacyjny zbuntowal sie bez ostrzezenia, odmowil wspolpracy i nie
chce sie wlaczyc. To Copaq EVO, po lewej stronie wlacznika, zwykle
mrugalo przy wlaczaniu zielone swiatelko. Teraz przy wlaczaniu
zielone zapala sie tylko na 2 sec, i potem zmienia sie w czerwone i
mruga. Dalej komuter nie chce ruszyc. Po naradzie z Beata, doszlismy
do wniosku ze moze to byc bateria, CPU, power supply, albo wszystko
inne. Wymienilem wewnetrzny zasilacz z zapasowego komputera (zabralem
dwa identyczne)ale nawet z dobrym zasilaczem mruga na czerwono i nic
nie robi. Zagadka dla fachowca... W zapasowym komputerze nie chce
sie zainstalowac program nawigacyjny, poczekamy do poniedzialku i
Beata zadzwoni do Navichart, do Niemiec i zapyta baranow dlaczego CD
z ich programem nie instalaje sie w nowym kompie. Jeszcze jutro
sprobuje skopiowac calosc z CD na twardy, moze wtedy instalacja
ruszy. Ciekawe czy to nie wina zmiennego na jachcie napiecia .
Generator daje 135 V, iverter 95-100V. Ciekawe czy lepsze dla
komputera jest nizsze napiecie czy wyzsze..
Narazie mamy weatherfax i @mail, na reszte trzeba poczekac.
Dziesjsza pozycja o 08:05UT to 29*21"S i 48*45"E, wiatru
nie ma, krecimy sie w kolko.
Dzien 144
from
mail.gmn-usa.com Sat, 28 Jul 2007 10:10:16 +0000 (UTC)
Zepsul sie juz
drugi komputer w tym rejsie, w obu przypadkach nawalilo zasilanie.
Zostal jeszcze jeden, jesli i ten sie zbuntuje skoncza sie relacje i
aktualna pozycja na mapie.
Dzien 143
Fri Jul 27
04:51:53 2007 UTC - 28 45.93 S - 46 54.35 E
Coraz bardziej martwi mnie autopilot, mam jednak nadzieje ze to
jakas duperela. W nocy wylaczyl sie 3 razy, rozwialo sie w
miedzyczasie, podniosla sie dosc wysoka fala. Luka po kazdym
wylaczeniu pompy autopilota ustawiala sie bajdewindem, ukosnie w
strone wiatru, zrywalo mnie to oczywiscie z koi. Za kazdym razem
wkladalem rowerowa latarke na glowe, zdejmowalem obudowe komputera
autopilota i ruszalem kabelkami biegnacymi od czujnika wychylenia
steru... Dzis, zanim zdecyduje sie na jego wymiane, dokladnie
poczyszcze styki starego. Sprzet ma dopiero 6 miesiecy, a styki sa
posrebrzane, wiec trudno mi zaakceptowac ze to ich wina, ale moze
sie myle. Poplywamy, zobaczymy. Wacek postawil wczoraj mine obok
zejsciowki, nadzialem sie na nia calym rozpedem. Gdy zdalem spobie
sprawe w co wdepnalem, ogarnela mnie wscieklosc, Wacek przezornie
schowal sie gleboko pod stolem w mesie i udawal ze o niczym nie wie.
Po chwili, gdy juz umylem noge i sprzatnalem podloge, zlosc mi
przeszla. Wacek nie mogl przeciez wyjsc do ogrodka, albo szczekac
przy drzwiach. Byla noc, wiatr gwizdal, na poklad wpadaly fale..., a
niech mu tam. Wychowamy go jeszcze raz w porcie...
Dzien 142
Thu Jul 26
04:52:41 2007 UTC - 28 21.81 S - 48 13.30 E
Pogoda od wczoraj wspaniala, przez caly dzien i kawal nocy
plynelismy pod fokiem marszowym wystawionym na motyla, w nocy wiatr
skrecil troche na polnoc, i fok marszowy przelecial na zawietrzna,
ale zatrzymal go kontraszot. Zbudzilo mnie to nad ranem,
zastanawialem sie czy wyjsc na poklad i uwolnic go od kontraszota,
ale gorna czesc zagla pracowala, nic sie nie szarpalo, nic sie nie
przecieralo, wiec udalem ze wszystko jest w porzadku i wrocilem do
koi. Dzis rano pozwolilem mu przeleciec na zawietrzna i harmonia
wrocila na poklad. Zaczynam miec klopoty z autopilotem, pokazuje sie
informacja, ze nie dostaje sygnalu od czujnika wychylenia steru i
przelacza sie na pozycje wyczekiwania, wylaczajac pompe. Odlaczylem
ramie czujnika i poruszalem nim energicznie, moze cos w nim
zasniedzialo. Zobaczymy czy to pomoze, jesli nie, to zainstaluje
zapasowy czujnik, ktory szczesliwie z soba zabralem.
Dzien 141
Wed Jul 25
04:33:43 2007 UTC - 27 59.78 S - 49 14.87 E
 
Powrocil wiatr,
jest dzis doskonaly. Wieje z pelnego baksztagu i 15 wezlow pasuje
jak ulal do dzisiejszego nastroju zalogi. Wczoraj zaczelismy
operacje eksmitowania nielegalnych lokatorow, ktorych chmara
zagniezdzila sie na burtach, powyzej linii wodnej. Jakis czas
temu przygotowalem sprzet, do aluminiowego solidnego plaskownika
przymocowalem szpachelke i wygialem go troche, drugi koniec
plaskownika przykrecilem metalowymi opaskami do lekkiego bosaka.
Skrobak dziala bez zarzutu, ale sama praca nie nalezy do
przyjemnych. Mimo wygiecia plaskownika zakonczonego szpachelka,
trzeba sie bardzo wychylac za polokragla burte Luki, by pod
odpowiednim katem zaatakowac malych drani, sztormreling wbija
sie w brzuch, a przechylajaca sie nieustannie Luka utrudnia i tak
juz nieprzyjemna prace. Oskrobalem wczoraj polowe lewej burty, dzis
bardziej buja, wiec reszta poczeka na lagodniejszy nastroj
Mamy Ocean. Ciekawe jak szybko muszelki odrosna, przyklejone sa do
burty elastyczna 1-2cm lodyga, na ktorej czubku wyrasta biala
muszelka. Gdyby obrastaly jakis kamien lub nabrzeze w porcie, mozna
by powiedziec ze sa ladne...Tu sprawiaja wrazenie choroby na „skorze”
Luki.
Dzis rano Wacek przeszedl samego siebie. Troche w tym mojej winy,
powinienem wystawic go wczesniej na poklad. Wstalem z koi i w
przyplywie milosci wzialem go na rece i przytulilem, a wtedy
Wacus bezceremonialnie odlal sie na mnie... Wsciekly wywalilem
drania na poklad i zajelo mi dluga chwile zanim przypisal sobie
kawalek winy. Definitywnie postanowilem nie sciskac wiecej
Wacka na dziendobry...
Dzien 140
Tue Jul 24
05:53:24 2007 UTC - 28 4.35 S - 50 5.06 E
W nocy chuchnelo
cos z polnocnego wschodu, ale jest tego tyle, ze zaledwie wystarcza,
by utrzymac dziob na kursie. Znowu spokojna noc, i znowu cos mi sie
snilo, ale tym razem nie pamietam szczegolow. Wczoraj zakonczylem
prace nad baksztagami, beda naciagane talia zmontowana z zapasowych
bloczkow. Wystarczylo ich tylko na jedna talie, wiec trzeba bedzie
ja przekladac przy zmianie halsu. Gdy szukalem bloczkow natrafilem
na pas bezpieczenstwa ze stoperem, ktory nie pozwolil mi upasc, w
zatoce przy wyspie Rodriguez. Natychmiast wrocilo to uczucie ulgi i
szczescia ktore mnie ogarnelo, gdy po zakonczeniu dramatycznej
wspinaczki, siedzialem w sterowce z szklanka whisky w zoladku i
butelka w zacisnietych i trzesacych sie z wyczerpania dloniach,
czulem wtedy bardzo mocno ze zyje. Nie zapomne tego uczucia ulgi i
szczescia, tak samo jak nie zapomne uczucia upadku, gdy nie upadlem.
Wydaje sie, ze aby doswiadczyc glebokiego szczescia, najpierw trzeba
wpasc w gleboka rozpacz. Jakby to byla ta sama sceneria, tylko
zmieniajac drgania i kolor przemienia sie z lodowej rozpaczy w
fajerwerki szczescia... To wspaniale uczucie ktore wypelnilo mnie
wtedy, przyciaga mnie teraz do siebie jak narkotyk. Chcialbym do
niego powrocic, ale wiem, ze najpierw musialbym znowu upasc...
Zadowole sie wiec w tym ukladzie sama whisky...
Dzien 138
i 139
Niedziela i
Poniedzialek
Mon Jul 23 04:39:59
2007 UTC - 27 52.41 S - 50 30.67 E
(data i pozycja w
chwili wysylania e-maila)
Poniedzialek
Cisza na morzu,
wiatr zdechl, zostala po nim wdowa, takze juz zdechla - fala. Po
kilku godzinach oslabla i pierwszy raz od wyruszenia z portu w
Ensenadzie spalismy bez napinania miesni przy kazdym przechyle.
Okazalo sie, ze wczorajszy zdechly wieloryb oznaczal ze wiatr
zdechnie, a czekajaca obok niego foka mogla byc wielka genua,
walajaca sie po pokladzie od tygodni, ktora postanowilem w koncu
zwinac i schowac do srodka. Zwinac mi sie jej nie udalo, jest zbyt
wielka by mozna ja bylo zlozyc w pojedynke na pokladzie, wiec
wciagnalem ja przez wlaz do kabiny dziobowej i ulozylem wygodnie w
gornej koi. Wieczorem dzwonil Janek, przesunelismy date rendez-vous
o dwa tygodnie, monsun juz sie skonczyl i zastapily go zmienne
wiatry, „wydluza” sie droga do czubka Afryki...
Niedziela
Wiatr znowu
wykrecil, wieje teraz z polnocnego zachodu, idziemy prawie ostro do
wiatru. Przy wietrze 18 wezlow to bardzo wygodny kurs, Luka buja sie
teraz delikatnie wzdluz wlasnej osi, mozna by dzis zrobic zawody
biegania w worku na pokladzie. Wieczorem polalem troche z tej
szczesliwie odnalezionej miedzy ryzem butelki, fale sie po tym jakby
wygladzily i przysiaglbym ze pewna urocza gewiazda mrugala do mnie
zalotnie. Snilo mi sie potem ze mialem zamiar wyleciec za burte,
bylo spokojnie, przy burcie kolysal sie zdechly wieloryb, a obok
czaila sie jakby na mnie foka, potem zobaczylem swiatla pozcyyjne
jakiegos statku... Ciekawe co to moze dla mnie oznaczac. Nie mam
watpliwosci, ze sny to sposob w jaki probuje porozumiec sie z nami
nasza nadswiadomosc, albo jesli ktos woli dusza i uzywajac symboli
zaczerpnietych z naszej podswiadomosci, ostrzega lub informuje o
czekajacych nas wydarzeniach. Daje rowniez znac, ze jestemy na zlej
lub na dobrej dla nas drodze i ostrzega przed rychlymi
konsekwencjami naszych decyzji... Tyle juz wiem, lecz wciaz niewiem
co moja duszyczka chciala mi „na ucho” powiedziec. Wydaje sie ze
probowala mnie przed czyms ostrzec, bedziemy wiec w najblizszym
czasie super ostrozni...
Dzien 137
Sat Jul 21 06:35:51
2007 UTC - 27 39.26 S - 51 24.83 E
Nad ranem wiatr
wykrecil na polnocno wschodni. Zauwazylem to gdy przebudzilem sie i
nie uslyszalem krotkich bzykniec pompy autopilota. Nie zrywajac do
konca wiezi z pachnacymi wlosami Beaty o ktorych przed chwila snilem,
wstalem i obijajac sie troche o kuchnie i sciane maszynowni wszedlem
do sterowki. Stwierdzilem ze Luka jakby zmeczona ciaglym plynieciem
zrobila zwrot przez rufe i ustawila sie w dryfie i jakby z pogarda
dla wiatru, wystawila na nawietrzna fok marszowy i kawalek
rozwinietej genui. Autopilot zanim „zrozumial”, ze tego kursu
utrzymac sie nie da i wylaczyl pompe, wychylil ster na zawietrzna i
teraz Luka bujala sie lagodnie, przesuwajac sie wolno na poludniowy
zachod. Byla 5 rano, tesknilem jeszcze do sennego zapachu Beaty,
widno robi sie tu dopiero 9-tej, a poniewaz jedynym efektem calego
alarmu byla zmiana kursu o 20 stopni na poludnie i to ze zwolnilismy,
postanowilem zostawic Luke w pozycji, ktora sobie wybrala i wrocilem
do koi. Doszedlem takze do wniosku, ze musze spowodowac, by od jutra
slonce wstawalo przynajmniej jedna godzine wczesniej, 9 rano to za
pozno... Mozna by przyspieszyc troche obrot ziemi, ale przyniosloby
to z soba wiele problemow, glownie ze strony tych wiecznie
narzekajacych, ze doba ma tylko 24 godziny. W tej sytuacji
najrozsadniej chyba bedzie cofnac czas o jedna godzine do tylu,
zwlaszcza ze czas to podobno i tak pojecie wzgledne. Przesuniemy
wiec nasz czas i zegarek, a jutro slonce wzejdzie dla nas o godzine
wczesniej...
Dzien 136
Fri Jul 20 05:19:52
2007 UTC - 27 1.63 S - 52 22.67 E
Wczoraj zrobilismy
male usprawnienie w sytemie elektrycznym. Luka od urodzenia zasila
swoje urzadzenia w sytemie 24Volt. To korzystny uklad dla systemu
elektrycznego, problem jednak w tym ze reszta swiata, zwlaszcza ta
ktora produkuje elektronike jachtowa, nie podziela tego zdania
i prawie cala elektronika dziala wylacznie na 12V. W zwiazku z tym
system elektryczny Luki posiada converter, ktory zmienia napiecie z
24V na 12V. Converter dziala takze jako ladowarka i doladowywuje
12V-oltowy akumulator sluzacy do rozruchu generatora. Ten duzy
converter nawet jesli nie jest obciazony, zuzywa 0.3Ampera, wiec
zainstalowalem wczoraj do systemu jeszcze jeden maly converter,
ktory zabralismy z soba na wypadek wypadku.... .Podlaczylem do niego
urzadzenia korych najczesciej uzywam, GPS z malym plotterem i
oswietlenie kompasu. Teraz wlaczam GPS kiedy zechce, bez wrazenia ze
marnuje energie i nie wygaszam w nocy swiatla oswietlajacego kompas.
Dzien 135
Thu Jul 19 05:35:19
2007 UTC - 26 23.07 S - 53 24.11 E
Wiatr cala noc
wygrywa porywajace gwaltownoscia symfonie. Dmucha w flety masztu,
falow, want i altowe klarnety generatorow wiatrowych, przenika przez
skrzypiace basami wnetrze jachtu i laczy sie z wiolanczela i nisko
dzis nastrojonymi szkrzypcami Mamy Ocean. Buja do tego nieznosnie,
spac zupelnie sie nie da, wiec przerabiamy "Dobrego" Waldemara
Lysiaka i czekamy na slonce.
Dzien 134
Wed Jul 18 07:29:38
2007 UTC - 25 58.51 S - 54 13.49 E
Plyniemy tym samym
kursem ktorym plynelismy wczoraj, plynelismy nim
takze przedwczoraj i dzien wczesniej. Monsun pewnie od konca ery
lodowcowej wieje tak samo i tak samo co dzien na wschodzie wstaje
slonce,
a potem znika jakby umieralo, ale nastepnego dnia pojawia sie mlode.
Czasem wyglada inaczej, czerwone, albo blade, ledwie widoczne za
grubym kozuchem chmur... Wciaz odradza sie dla nas na nowo, chociaz
naprawde nigdy nie umiera - "To co bylo - jest teraz, to co jest
teraz - bedzie...."
Ktos zapytal mnie w zwiazku z odejsciem mojego brata, czy wierze w
reinkarnacje. Odpowiedz jest oczywiscie twierdzaca. Nie da sie
zrozumiec zadnej z Boskich dychotomii, jesli na poczatku nie polaczy
sie ich, jak zerwanego lancucha "ogniwami" reinkarnacji. W jaki
sposob wytlumaczyc nieczulosc Boga na bol i ludzka krzywde,
zwlaszcza tych niewinnych istot, ktore nie zasluzyly jeszcze na "kare"...
Jak wytlumaczyc bez zrozumienia praw reinkarnacji, ze to
Wszechpotezny Bog powolal do zycia zwyrodnialca, ktory porywa,
gwalci tygodniami, i potem zamecza trzy letnia dziewczynke... Nie da
sie tego wytlumaczyc. Bo jesli jest On naszym kochajacym ojcem, to
zwyrodnialca musial pokochac bardziej niz to dziecko...Dopiero gdy
zaczniemy postrzegac Boga przez pryzmat praw i zasad, jakie stworzyl
i w pelni zrozumiemy obecnosc w naszym zyciu prawa przyczyny i
skutku, i wynikajaca z niego reinkarnacje, mamy szanse odetchnac
glebiej i odzyskac spokoj. Niezlym przykladem, chociaz moze nie
doskonalym, wyjasniajacym reinkarnacje w dzialaniu bylby sen
oddzielajacy nas od jutrzejszego dnia. Wyobrazmy sobie ze koniec
dnia to schylek zycia, a poranek, to ponowne narodziny i ze jutro
spotkaja nas konsekwencje dzisiaj podejmowanych decyzji. W ten sposob
mozna zobaczyc powiazanie dzisiejszych wydarzen z decyzjami
podjetymi wczoraj, np.- wczoraj nawkladalem koledze w pracy, dzis
ten kolega doniosl na mnie o czyms szefowi. Dzis szef na mnie
wyskoczyl, odpowiedzialem mu "to ja w takim razie........"itd. Kazde
nasze slowo, kazdy czyn i kazda mysl to poczatek nowego, ktore zjawi
sie w naszym zyciu jutro, pojutrze lub za rok. Podobnie rzecz sie ma
z nazywana przez Buddystow "karma". To suma i epicentrum decyzji i
doswiadczen naszego poprzedniego zycia (zyc), ktore tak manipuluje
obecnym, by nasz mikroswiat odzyskal balans zachwiany w
poprzednim(nich) zyciu(ach). I tak mozemy doswiadczyc bycia
gwalcicielem, jesli w poprzednim zyciu bylismy gwalcona(nym) lub
odwrotnie, albo bycia bardzo bogatym jesli poprzednio bylismy bardzo
biedni. To "bardzo" to przesada, zachwianie rownowagi ktora predzej
lub pozniej musi powrocic na swoje miejsce. Jedno "bardzo" musi
zakonczyc sie "bardzo" przeciwleglym, "bardzo czegos duzo" teraz,
zrownowazyc moze jedynie "bardzo czegos malo" potem. Dlatego min.
buddysci nawoluja do wyzbywania sie pragnien, bo to wlasnie one
kieruja nas w strone tego zaklocajacego balans "bardzo". Sa jednak
ludzie, znam nawet jednego, ktorzy za zadne obietnice, nie wyzbeda
sie w swoim zyciu pasji, nawet jesli trzeba bedzie potem za nia
zaplacic...
Idac za twierdzeniem Jezusa ze ".... drzewo poznac po jego owocach",
okazuje sie ze akceptacja reinkarnacji rodzi wspaniale dla naszego
zycia owoce. Nie musimy drzec w strachu o zbawienie, bo nawet jesli
tym razem sie nam nie uda, to bedziemy mieli jeszcze jedna szanse, i
nastepna, i wiele po niej. Wystarczy zyc i czynic najlepiej jak
potrafimy i wyzwolic sie od dlawiacego jak lina wisielca, poczucia
winy... Reinkarnacja sprawia rowniez, ze gdy patrzymy na ludzi,
niezaleznie od tego, czy bedzie nim Rockefeller, Tom Cruise,
bezdomny pod mostem, czy proszacy o zlotowke na piwo alkoholik,
czujemy gleboka prawde, ze wszyscy jestesmy rowni, i ze tylko w tym
zyciu mamy inna droge do przejscia, inny rodzaj dowswiadczen do
zebrania, wiemy rowniez ze w kazde nowe zycie wejdziemy bardziej
swiadomi i madrzejsi. To wlasnie, jak sadze, mial na mysli Jezus gdy
powiedzial "wszyscy jestesmy rowni w oczach Boga". Gdy minie "noc"
ten, ktorym bardzo poniewierano bedzie poniewieral innego, zagorzaly
ateista bedzie zagorzalym ksiedzem, a ten ktory z pogarda wyminal
zebrzacego na ulicy, biednego pijaczka, teraz sam doswiadczy pogardy.
"To co czynisz drugiemu, sobie czynisz..." Amen
Dzien 133
Tue Jul 17
05:11:04 2007 UTC - 24 51.98 S - 55 36.42 E
W nocy refowalem
bezana, zostala z niego chusteczka, powinien miec jeszcze jeden ref
pomiedzy... Ale lepszy w tych okolicznosciach taki bezan niz zaden.
Luka po tym zabiegu przestala wierzgac, uspokoila sie, i mnie takze
gdy juz zasnalem wygladzily sie sny. Nadal nie ma potrzeby ladowania
baterii deaslem, chyba polubie te moje gwizdzace samoloty na rufie.
Ten z lewej staje jako pierwszy, gdy baterie sa naladopwane,
zatrzymuje go wbudowany regulator napiecia. Powinny takze zatrzymac
sie automatycznie gdy wiatr przekroczy 40wezlow - silniejszy moglby
im widocznie powyrywac skrzydelka... W szafce pomiedzy ryzem,
znalazlem dwu litrowego „jasia” z widocznie zrobiona na zamowienie,
oryginalna etykieta Johny Walkera „Kochanemu Tomkowi pomyslnych
wiatrow – Beata" To znajomosc meskiej natury mojej inteligentnej
zony byla w stanie wykreowac ta wspaniala w tych okolicznosciach (mniami)
niespodzianke - trzeba to bedzie koniecznie oblac...Dziekuje
Kochanie. Kobiety nie kupujcie swoim mezczyznom skarpetek i krawatow,
to grzech ignorancji.
Dzien 132
Mon Jul 16
12:18:39 2007 UTC - 24 4.74 S - 56 38.42 E
Rano wiatr troche
oslabl, ale przez cala noc sumiennie oralismy morze, Luka bez
pardonu rozcinala wielkie poludniowo zachodnie fale, niektore
stawialy opor, wpadaly bryzgami na poklad i podrzucaly nami jak
pilka. Dlugo nie moglem doczekac sie switu, wschodnia czesc nieba
pokrywaly grube i czarne jak smola chmury, a gdy slonce przebilo sie
wreszcie przez ten czarny kozuch, bylo czerwone jak wytrawne wino.
Stary kaszub wiedzialby pewno, co taki rubinowy wschod slonca
przyniesie...Od dwoch dni nie wlaczm generatora deasla, nie ma
takiej potrzeby odkad plyniemy pod wiatr. Teraz generatory wiatrowe
utrzymuja pelne baterie, wystacza na autopilot , elektronike i nawet
inverter i 20 calowa telewizje... Wczoraj pol dnia ogladalismy
filmy. Pisze ze ogladalismy, poniewaz Wacek zawsze siada obok
mnie i robi wrazenie ze takze oglada, czasem warczy na cos, usypia,
potem znowu siada i niby oglada. Psy podobno inaczej widza ekran
telewizora. Ciekawe jak...
Dzien 131
Sun Jul 15 04:21:52
2007 UTC - 23 22.73 S - 58 32.81 E
Prawie dobe bujal nami
zdechlak, wiatr gdzies zniknal, kilka nieumocowanych rzeczy
pospadalo, zastanawiam sie czy je podnosic, moze niech se leza gdzie
spadly, przynajmniej juz wiecej nie spadna. Rano wiatr odzyl, wieje
w okolicy 18 wezlow z poludniowego zachodu (WSW). Plyniemy ostro (w
miare) do wiatru na kawalku genui, foku marszowym i bezanie. Szarpie
troche jak wozem na polnej drodze, ale fala ozyla i nie klaniamy sie
juz gleboko morzu. Luka pochylila sie lekko i bujamy sie teraz
wzdluz osi jachtu ...
Wackowi musialo sie cos tragicznego w nocy przysnic, bo gdy rano
wystawilem go do sterowki i sam tam usiadlem by sprawdzic kurs
itd.,Wacus
zamiast wyskoczyc jak zwykle na poklad, patrzyl mi gleboko w oczy i
zaczal sikac w sterowce. Patrzylem na powiekszajaca sie kaluze i
zastanawialem skad sie bierze. Zajelo mi kilka sekund by dotarlo do
mnie ze on po prostu tu sika...Krzyknalem: WACEK!. Wacek otworzyl
szeroko oczy, zadrzal i jakby dopiero teraz zdal sobie sprawe ze dal
plame, skulil kikut ogona i dal dyla na poklad. Zupelny brak dobrego
wychowania.
Dzien 130
Sat Jul 14 04:28:42
2007 UTC - 23 56.49 S - 58 25.32 E
Wiatr w nocy umarl,
martwa fala buja nami z zadziwiajaca gorliwoscia. Wlasciwie ledwie
juz ja widac, ale przewraca Luke z boku na bok, jakby chciala dac do
zrozumienia - „teraz ja tu rzadze..”. Zapowiada sie ladny, sloneczny
dzien, dobry dzien na pozbycie sie niechcianych lokatorow, bialych
muszelek porastajacych, jak gesta broda 40cm pas na burcie, tuz
powyzej linii wodnej. Wacek oczywiscie bedzie rzetelnie pomagal,
zawsze gorliwie uczestniczy w pracach na pokladzie i z uporem wciska
sie wszedzie gdzie gdzie tylko moze , wtyka nos we wszystkie szpary
i wszystkiego musi powachac. Nie przepusci zadnej metalowej
podkladce i zawleczce, ale w szczegolny sposob pociagaja go nakretki,
ktore notorycznie kradnie, mimo tego ze nieraz dostal za to po
uszach. Ktoregos dnia pracowalem przy rolerze na dziobie,
rozkrecilem go na czesci, a dwie nakretki i podkladki uwaznie
polozylem w rogu przy windzie kotwicznej, zwracajac uwage by czasem
nie wylecialy za burte. Po pewnym czasie zadowolony z naprawy
siegnalem po nakretki, ale ich tam nie bylo. Temperarura zaczela mi
sie podnosic, zaczalem obrzucac sie epitetami typu duren, idiota -jak
mogles polozyc tak niedbale nakretki. Zwlaszcza ze byly to specjalne
nakretki z gwintem drobnozwojowym, ktorych napewno nie mialem w
zapasie. Ogarniala mnie coraz wieksza zlosc na siebie i wtedy
spojrzalem na Wacka. Gapil sie na mnie z niedomknietym pyskiem, jakby
cos w nim trzymal i gdy
tylko uslyszal moj podniesiony glos uciekl na rufe i z marszu dal
nura pod przywiazanego do pokladu baczka.. Uzywajac najslodszego
glosu jaki moglem z siebie wydbyc, obiecywalem ze nic mu nie zrobie,
niech tylko odda nakretki. Poszedlem po jego ulubiona skorzana kosc,
ale zupelnie ja zignorowal. Uciekal pod prawa strone baczka, gdy ja
przechodzilem na lewa. W koncu doprowadzony do granicy szewskiej
pasji rozdarlem sie paskudnie, Wacek doszedl widac do wniosku ze to
juz nie przelewki, wyplul na poklad nakretki i dal dyla do sterowki.
Wskoczyl do swojego lozka pod reczna pompa zezowa,wcisnal sie w
najdalszy kat i udawal ze ziewa. Wiedzial ze tam niedostanie
szturchanca, ustalilismy kiedys to jego bezpieczne miejsce.
Oczywiscie wszedlem za nim do sterowki, ale szczesliwy z odzyskania
nakretek, pogrozilem tylko zlodziejowi. Smialem sie przy tym, wiec
nie zrobilo to na nim wrazenia, bo za chwile znowu byl na dziobie ,
i krazyl jak sep, ale tym razem nakretki byly juz bezpiecznie
dokrecone..
Dzien 129
Fri Jul 13 03:23:06
2007 UTC - 23 53.93 S - 59 5.42 E
(trzynasty lipca)
Pogoda sie nie zmienia,
wciaz cieplo, plyniemy kursem 245*. Mapa pogody ciagle pokazuje niz,
ktory widac zamieszkuje okolice pomiedzy Madagaskarem i koncem
Afryki. Kreci sie po okolicy i dmucha ze 30-40 wezlow, zwykle w
strone z ktorej naplywamy... Zamieszkal na srodku naszej drogi ,
trzeba by go troche ominac. Jezeli nic sie w miedzyczasie nie zmieni,
to w tej sytuacji postanowilismy podjechac na odleglosc -+300mil do
poludniowego konca Madagaskaru, a potem na podobna odleglosc zblizyc
sie do wybrzeza Afryki i dalej na dol wzdluz wybrzeza. Na tej trasie
powinno byc spokojnie, i zuzyjemy na droge wiecej czasu, ktorego
mamy przynajmniej 2 miesiace w nadmiarze.
Dzien 128
Thu Jul 12 07:59:00
2007 UTC - 23 26.13 S - 60 22.53 E
(dwunasty lipca)
Wiatr sie rozchulal,
powiewa gorna siodemka, idziemy ostrym baksztagiem, czasem troche
skreca i robi sie polowka. Plyniemy na samym foku marszowym,
probowalem postawic zrefowanego bezana , ale prawie od razu
spycha dziob na wiatr, musialbym wystawic jeszcze kawalek genuly,
ale dzieki Bogu to nie regaty. Bezanowi brakuje jednego refu.
Pierwszy skraca go za malo, a drugi zostawia chusteczke, nadajaca
sie tylko do sztormowania, albo na kotwicowisko. Powoli zostawia nas
ciepelko, w nocy wkladam juz dresy, za troche zrobi sie w ogole
zimno, ale przynajmniej nie bedzie glodno, mamy duzo zarcia, a gdyby
jakims paskudnym trafem glod zajrzal mi prosto w oczy, to mamy
jeszcze Wacusia:-)
Kto powiedzial ze psy musza zyc 15 lat... hehe. Np. Wacek po
bretonsku, albo Wacek a'la Luka, moglby tez byc Wacek z rozna...
Dobrze ze Wacek nie moze tego przeczytac, pewnie nie odszczeknal by
sie do mnie juz do konca rejsu ...
Dzien 127
Wed Jul 11 05:17:12
2007 UTC - 22 36.05 S - 61 52.42 E
(jedenasty lipca)
Zamiast linek
baksztagow, dzis naprawilem peknieta raczke czajnika z gwizdkiem.
Czajnik nie gwizdal, i wiele razy woda wygotowywala sie prawie
zupelnie, zanim przypominalo mi sie o wstawionej herbacie. Teraz
gwizdze jak lokomotywa. Zuzywamy mniej gazu. Wiatr troche przysiadl,
ale co troche dopadaja nas deszczowe szkwaly, plyniemy na poludniowy
zachod, w strone piwa...Ciekawe czy uda sie nam spotkac z Jankiem. W
tej chwili niezle tam dmucha, ale wierze ze Mama Ocean spojrzy na
nas laskawie.
Dzien 126
Tue Jul 10 07:12:59
2007 UTC - 22 0.68 S - 62 21.35 E
(dziesiaty lipca)
Dzis czuje sie
ok, nie liczac tego ze nadal wszystko mnie boli. Ale wrocila moja
zwykla radosc zycia. Ewentualna wspinaczka na maszt przeraza mnie
teraz tak bardzo, ze postanowilem wymienic na nowe, fal grota i foka
marszowego. Byly wlasciwie jeszcze ok, pokazywaly gdzieniegdzie
delikatne oznaki zuzycia, ale po ostatnich dowswiadczeniach, ktorych
za zadne skarby nie chce powtarzac, to wystarczylo.
Fal bezana, ktorego od poczatku podrozy prawie nie uzywalem, wyglada
jak nowy. Gdy uporalem sie z falami, zmontowalem nowe liny
bezpieczenstwa z polcalowej liny. Pozostalo tylko "zarobic" koncowki
nowych bakszatagow, ale to jutro...
Dzien 125
Mon Jul 09 05:34:36
2007 UTC - 20 20.08 S - 62 44.22 E
(dziewiaty lipca)
Dzis sa moje
urodziny , dziekuje wszystkim, ktorzy o mnie pamietali.
Czuje sie jak przemielony przez maszynke do miesa. Boli mnie
wszystko
bez wyjatku. Ponadrywalem sciegna w obu lokciach i dloniach, bola
teraz przy najmniejszym ruchu, podobnie ma sie cala posiniaczona i
pokaleczona reszta. Ale nic poza tym sie nie stalo, zyje i jestem w
jednym kawalku. Powinienem chyba byc wdzieczny Bogu ze pozwolil mi
doswiadczyc „upadku” ale nie pozwolil mi upasc. Poznalem koniec
swojej wytrzymalosci, dotknalem granicy mojego limitu, poczulem na
sobie moment, ktory dla wiekszosci, jesli rowniez go przekroczyli,
oznaczal koniec walki, koniec zycia, a jednak ja siedze przy stole w
mojej zacisznej mesie i moge o tym napisac. Mozna tez spojrzec na
sprawe inaczej, musze miec niezlego Aniola Stroza... Wplynal jakos
na znajomego zeglarza w Port San Luis, ktory pewnego dnia, podszedl
do mnie i podarowal mi ten stoper na line, mowiac „moze ci sie
kiedys przyda”.. Oj przydal sie ...
Wczoraj nie bylem w stanie podpisac papieru podanego mi z motorowki,
przez urzednika portowego. Czekali przy burcie gdy zsunalem sie z
bomu, jeden z nich podal mi papier na podstawce do pisania,
utrzymalem w dloni papier ale nie moglem zacisnac palcow na
dlugopisie. Popatrzyli na mnie uwaznie i jeden skomentowal -"
wyglada ze miales twarda wspinaczke"
Oj mialem.. .
Powiedzialem im ze za godzine wychodze w morze, wszedlem do mesy,
znalazlem zakopana pod stolem flaszke, dowloklem sie z nia na fotel
w sterowce i pociagnalem duzego lyka. Za chwile poczulem jak whisky
rozpuszcza wciaz zaciskajacy moje wnetrznosci wezel przerazenia.
Zaklalem kilka razy i trzymajac butelke dwoma rekami, zeby nie
wyleciala z wciaz sztywnych palcow, pociagnalem jeszcze raz ... W
polowie butelki doszedlem do wniosku, ze jesli jej nie odstawie, to
dzis stad nie odplyne, a w zadnym razie nie chcialem spedzic
kolejnej nocy miedzy tymi rafami. Zastartowalem
slinik, poszedlem na dziob do windy kotwicznej, stanalem na
wlaczniku. Winda slizgala sie czasem holujac jacht pod silny wiatr,
w koncu stanela. Wrocilem do sterowki, dalem naprzod, na chwile
pomoglo, winda znowu ruszyla, musialem jednak isc jeszcze raz i
dodac obrotow silnika. Luka przejechala kotwice i dzieki Bogu bez
problemu wyrwala ja z rafy. Podciagnalem ja pod kosz dziobowy,
zabezpieczylem i wrocilem do sterowki i do butelki. Wieczorem
bylismy juz daleko od wyspy, wiatr odpychal nas od niej. Zostawilem
na pokladzie tylko foka marszowego i padlem w koje jak zajechany kon.
Dzien 124
Sun Jul 08 06:34:28
2007 UTC - 19 39.86 S - 63 25.39 E
(osmy lipca)

Wstalem przed
switem zmartwiony bujajaca nami fala, pijac herbate sciagnalem
pogode, pokazywala przez nastepne kilka dni wiatr 20+ wezlow.
Nie mialem zamiaru stac i czekac na zmilowanie wiatru pomiedzy tymi
rafami. Przykre uczucie potegowal wrak duzego motorowego jachtu,
dogorywajacy na rafie, 300m po naszej zawietrzej. Fala nadchodzila
25 stopni na lewo od linii wiatru, wiec Luka ustawila sie do niej
ukosnie. Postawilem bezana na pierwszym refie i wypchnalem go
kontraszotem prawie zupelnie na wiatr. Pomoglo, wiatr spychal teraz
rufe i po kilku minutach Luka ustawila sie prawie dzobem do fali.
Bujanie na boki zmniejszylo sie, teraz bujalismy sie glownie do
przodu i do tylu, wzdluz osi jachtu. Nadal wszystko sie ruszalo, ale
jesli szef Baranowski, tudziez inni samotni zeglarze wspinali sie na
maszty i to na pelnym morzu, to i ja powinienem wejsc, tym bardziej
ze jestesmy troche oslonienci. Poza tym, przezornie przytwierdzilem
kiedys do masztu male stopnie na taka okolicznosc. Wzialem sie do
pracy, przygotowalem nierdzewne linki, ktore od teraz beda
baksztagami, szeroki pas bezpieczenstwa ze stoperem i laweczke
bosmanska z krotka, gruba linka. Wzialem takze szekle, i dwa
polaczenia w rodzaju skrecanych na srodku wydluzonych ogniw
lancucha, kilka kluczy i kombinerki. Zapialem ciasno pas i solidnym
karabinczykiem przypialem do niego linke ze stoperem, potem „ubralem”
sie w laweczke bosmanska. Naciagnalem mocno fal grota , wpialem na
niego stoper, wszedlem na bom i zaczalem wspinac sie po malych
stopniach z cienkiego, nierdzewnego preta, wystajacych zaledwie tyle
by dac wsparcie polowie podeszwy buta.
Z kazdym krokiem w gore kolysanie stawalo sie bardziej przykre.
Wdrapalem sie na pierwszy saling, zatrzymalem sie i odpoczywalem.
Juz zaczynaly mnie bolec rece zacisniete na cienkich pretach stopni,
szarpiacego coraz bardziej masztu. Po chwili ostroznie wstalem i
ruszylem dalej. Ruchy masztu stawaly sie coraz bardziej uciazliwe.
To co na pokladzie jest bujaniem, tutaj brutalnie odrywa od masztu.
Z trudem dostalem sie do drugiego salingu i objalem maszt rekoma jak
wyteskniona kochanke, stalem tak dluga chwile i odpoczywalem. Potem
ostroznie jedna reka siegnalem po linke przypieta do laweczki
bosmanskiej, i z przerwami, w rytmie przechylow masztu, przelozylem
ja dookola masztu powyzej drugiego salingu, potem powoli
przeciagnalem jej koniec przez ucho laweczki i jedna reka zawiazalem
wezel. Mialem go na wysokosci piersi, wiec byl pod kontrola. Wciaz
trzymajac nogi na stopniach, przenioslem troche ciezaru na laweczke,
potem wiecej, w koncu siadlem na niej i teraz uzywalem nog by
trzymac sie blisko masztu. Mialem jeszcze dwie linki przymocowane do
pasa bezpieczenstwa, przywiazalem sie nimi dookola masztu, teraz
moglem opuszczac rece na zmiane i pozwolic im odpoczac, a potem
trzymac sie troche jedna reka i pracowac druga. Przywiazany mocno
trzema linami, stanowilem teraz jakby czesc masztu, zataczalem razem
z nim piruety i osemki, spogladalem na maly z tej wysokosci poklad,
przygladalem sie rownoczesnie masztowi i zatanawialem do czego
umocowac baksztagi. Zamocowania Lazy Jack z bliska okazaly sie
wystarczajaco mocne by zamocowac do nich linki baksztagow, ale
otwory w nich byly za male i trzpienie szekli ktore mialem z soba
nie chcialy przez nie przejsc. Zamocuje je tam gdy juz bedziemy stac
w gladkim jak stol porcie. Narazie zmuszony bylem improwizowac,
mialem z soba dwa 50cm kawalki stalowki, zabezpieczone przez tarciem
grubym, naciagnietym na nie wezem paliwa i zakonczone petlami z
kausza. Po wielu kombinacjach i probach, ktore zajely mi z poltorej
godziny, rozkrecania i ponownego skrecania w calosc roznych ukladow,
najlepiej w tych okolicznosciach wypadlo, by polaczyc dwie linki
razem skrecanym ogniwem i polaczyc je z drugim ogniwem,
przymocowanym do uchwytu sztagu, ktory zaczynal sie na tej
wysokosci z przodu masztu. Stalowa linka obejmowala teraz maszt
pod uchwytem sztagu, a jej konce wychodzily przez uchwyty salingow
po obu stronach masztu, do ktorych przykrecilem szeklami baksztagi.
Bylem tak skoncentrowany by niczego nie upuscic, ze nie zauwazylem
nadchodzacej wielkiej chmury i widocznej teraz tuz przed dziobem
sciany deszczu. Uderzyla gdy dokrecalem ostatnia szekle. Wiatr
wzrosl nagle do 30 wezlow i spuscil na mnie wodny bicz. Objalem
najmocniej jak moglem maszt i schowalem za nim twarz. Deszcz
chlostal, wiat wyl, Luka zaczela sie bujac, maszt odchylal sie od
pionu po kilka metrow za kazdym razem, i szarpal jakby twardo
postanowil mnie z siebie zrzucic. Mimo tego ze bylismy solidnie
przywiazani, nie smialem zwolnic objec w jakich go trzymalem, rece
drzaly mi juz z przemeczenia. Gdzies po trzydziestu minutach szkwal
zaczal zdychac. Luka ponownie ustawila sie dziobem do fali, chociaz
teraz fala byla duzo wieksza. Gdy pomyslalem o schodzeniu,
doszedlem do wniosku ze zupelnie dobrze mi jest w tym bosmanskim
siedzieniu... ale nie moglem przeciez zostac tu na zawsze.
Siedzialem tak jeszcze jakis czas, niechetnie patrzac w dol i w
pewnym momencie postanowilem - schodze !
Wolalbym nie opisywac nastepnych wydarzen, przywolywanie ich wciaz
odradza we mnie przykre emocje. Ale coz warte bylyby te realcje,
jesli omijalbym prawde...
Powoli zaczalem odpinac liny ktore do tej pory wiazaly mnie z
masztem, musialem sie przy tym trzymac tylko jedna reka, potem
wsparlem nogi na szczeblach masztu i zwolnilem wezel mocujacy
laweczke bosmanska. Nie bylem juz przywiazany. Po kilku krokach w
dol i nieustannej walce by nie pozwolic oderwac sie od masztu,
nadbiegla jakas wieksza fala i maszt polecial daleko w prawo,
potem w lewo, czulem ze zacisniete na cienkich stopniach palce, mimo
mojej calej determinacji, otwieraja sie i nie jestem w stanie ich
dluzej kontrolowac. Po 2 godzinach prawie ciaglego sciskania nie
byly juz w stanie utrzymac tych gwaltownych szarpniec i prawie 150kg
cielska.
Czulem ze sa sekunde puszcze uchwyt , ogarniala mnie panika.
Krzyknalem, NIE! Nie wolno mi sie puscic. Przechyl zepchnal mnie na
lewa strone masztu, poczulem na plecach zaczynajaca sie tuz nad
glowa wante, zagarnalem ja jakos glowa i oparlem sie na niej szyja i
plecami. Bylem teraz po lewej stronie masztu, wsparty tylko jedna
noga na malym szczeblu, opieralem sie plecami o wante i resztkami
sil trzymalem oburacz masztu. Czulem, ze moje slabnace ramiona
zaciskaja sie jeszcze wokol masztu, tylko dlatego ze odciazam je
troche opierajac sie o wante. Mowilem do siebie - odpoczywaj, pozwol
odpoczac rekom...
Tak naprawde nie odpoczywaly wiele, mimo wanty za plecami, wciaz
musialem obejmowac maszt najmocniej jak bylem w stanie zeby nie
zleciec.
Po chwili maszt kolysal sie jakby mniej, pomyslalem, ze jesli teraz
nie zaczne schodzic i jak najszybciej nie dotre do dolnego salingu,
to i tak juz za chwile nie bede sie tu w stanie utrzymac. Poczulem
smak zaciskajacej gardlo paniki, ale przepedzilem ja, prawie na
siebie krzyczac. Zacisnalem trzesace sie ramiona mocniej,
przelozylem prawa noge na druga strone masztu szukajac prawego
szczebla, wsparlem sie na nim i dalem krok w dol, w tej chwili maszt
szarpnal gwaltownie, objalem go znowu ramionami najmocniej jak
moglem, ale czulem, ze trace nad nimi kontrole. Poczulem bezsilnosc,
poczulem rozpacz, poczulem kres wlasnych mozliwosci, poczulem ze
przegrywalem walke... Odpadlem ... Dopiero wtedy zdalem sobie sprawe,
ze bylem przypiety, stoper zatrzymal mnie i zawislem bezwladnie na
fale grota. Pas bezpieczenstwa zacisnal mnie wokol mostka i prawie
miazdzyl, przelecialem jak wahadlo na druga strone masztu. Zlapalem
sie wanty i objalem ja jak moglem najmocniej, przestalem latac. Nie
moglem prawie oddychac, pas sciskal mnie tak mocno, ze tylko z
wielkim trudem, krotkimi chaustami nabieralem powietrza. Czulem ze
znowu ogarnia mnie panika, krzyknalem NIE Panikuj ! zaczalem
rozgladac sie i szukac jakiegos wsparcia dla nog, znalazlem. Oparlem
noga na przykreconej do masztu obudowie swiatla pokladowego.
Wsparlem sie na niej troche, tyle by ucisk pasa odrobine zelzal,
pozwolilo mi to ciut glebiej oddychac. Puscilem wante i znowu
objalem maszt, oddychalem plytko i pazernie, czarne motyle przed
oczami zaczely znikac. Oddychalem najglebiej jak bylem stanie,
chociaz byly to i tak plytkie szarpniecia powietrza, rozpaczliwe
proby by dotlenic mozg, balem sie ze dlawiacy mnie pas spowodouje ze
strace przytomnosc. Wisialem wspierajac sie czubkiem buta na
obudowie swiatla dobrych kilka minut, potem troche oprzytomnialem i
wsparlem druga noge o ktorys szczebel na maszcie... Ostroznie stojac
noga na obudowie lampy, druga na szczeblu, podnioslem sie troche i
sprobowalem zwolnic napiecie na stoperze. Za ktoryms razem udalo sie
i zsunalem go troche na dol, cztery szczeble nizej czekal przyjazny
dolny saling. Udalo mi sie w koncu jakosc tam dostac. Stalem na nim
dlugo i oddychalem gleboko, potem powoli zsunalem sie nizej i
usiadlem. Siedzialem na salingu obejmujac nogami i rekami maszt, nie
wiem jak dlugo... Uwolnione od ucisku pasa pluca, dyszaly teraz
ciezko jak kowalskie miechy... Nie chcialo mi sie w ogole schodzic,
bylo mi tam dobrze. Powoli zaczalem odzyskiwac troche sil w rekach.
Lewa reka po zlamaniu lokcia, nigdy nie wrocila juz do normy (nie
moge jej do konca wyprostowac i zgiac, i jest slabsza) teraz z
trudnoscia zaciskalem puste palce.... Siedzialbym tam pewnie jeszcze
dlugo, ale zobaczylem nadplywajacy do nas Coast Guard, przestalo na
chwile bujac, wiec zebralem do kupy to co ze mnie jeszcze zostalo i
powoli zsunalem sie jakos na dol. Poczulem wielka ulge i szczescie
kiedy stanalem na bomie...
Dzien 123
Sat Jul 07 03:27:25 2007 UTC - 20 5.44 S - 63 59.41 E
(siodmy lipca)
W ta mala zatoke weszlismy wieczorem , od razu powiadomilem lokalny
Coast Guard o naszym przybyciu. Przez radio odpowiedzialem na typowe
pytania - nie mamy broni i nie mamy narkotykow, podalem urzednikowi
nasze dane, lacznie z numerem paszportu i rejestracja Luki.
Poinformowalem rowniez ze nie mam zamiaru wchodzic do portu, ani
opuszczac jachtu. Powiedzialem takze ze mamy mala awarie w
olinowaniu, ale jutro przed poludniem odplywamy. Zatoka, chociaz blizej
prawdy bylo okreslenie zakole posrodku rozleglej rafy, znajduje sie
na polnocnej stronie
wyspy Rodriguez i wcale nie jest takie osloniete jak sie
spodziewalem. Wschodni przyladek wyspy nie oslania jej od wiatru, a
tylko rozlegla rafa rozbija o siebie oceaniczna fale. Przepuszcza
jednak nad soba wierzcholki fal, ktore natychmiast podsyca silny w
tej chwili monsun i wpycha je w „zatoczke”. Przed zmrokiem
znalezlismy najlepsze w tych warunkach miejsce, blisko wschodniej
krawedzi rafy. Rzucilem kotwice na 20m, zlapala prawie od razu. Z
powodu zaklocen jakie powoduje wyspa, kierunek wiatru nie pokrywal
sie z kierunkiem fali, miedzy osia wiatru i fali bylo ze 25 stopni
roznicy. Noc spedzilismy w sterowce, chwilami niezle bujalo. Za
kazdym razem gdy budzil mnie wiekszy przechyl, rzucalem okiem na
ekran komputera, by upewnic sie czy silny (25 wezlow) wiatr nie
spycha nas w kierunku rafy (powinien wlaczyc sie alarm) Budzily sie
wtedy takze we mnie leki zwiazane z jutrzejsza wspinaczka. Mialo byc
spokojnie, a wiatr wyl gdzies w masztach, i co chwile rzucalo nami,
jak w ostrej zegludze na wiatr. No nic, blokowalem zle mysli i
zasypialem .
Dzien 121
Thu Jul 05 03:53:13 2007 UTC - 21 6.10 S - 65 40.57 E
(piaty lipca)
Wiatr wykrecil i wieje teraz prawie z poludnia. Plyniemy ostrym
polwiatrem, dla Luki to bardzo wygodny kurs. Pzechylila sie troche
na prawa burte a w momencie gdy postawilem bezana, pompa autopilota
ucichla, odzywa sie teraz raz na minute krotkim bzzzzz. Bezan od
polowki w gore, wspaniale rownowazy jacht. W angielskim, bez
orgrodek nazywa sie go zaglem do sterowania, i swieta to racja,
wielu zeglarzy po tym jak zlosliwa fala rozlozyla na czesci ich
samoster, radzilo sobie bez niego, uzywajac bezana dla zrownowazenia
jachtu tak, by utrzymywal sie na kursie. Chay Blyth stracil samoster
prawie na poczatku swojej niezwyklej podrozy, a mimo to British
Steel majac ozaglowanie kecz, okrazyla szczesliwie swiat i dowiozla
Chay’a do domu i to z wiekszym brzuchem niz ten z jakim wyplynal)
Dzien 119
Wed Jul 04 07:27:18 2007 UTC - 20 49.91 S - 66 15.67 E
(trzeci lipca)
Sztag z rolerem naciagniety, na dzisiaj zostaly pokladowe pieszczoty.
Podoginac zawleczki, dociagnac baksztagi , ktore Luka zamocowane ma
jako stale, blizej masztu, wyregulowac pozostale dwa sztagi i
sprawdzic reszte olinowania. Uklad want przypomina prawo gazu
doskonalego, jesli zmieni sie jeden element, zmienia sie rowniez
pozostale. A gdyby dodac do tego mozliwosc pojawiania sie nowych
elementow, bylby to takze niezly przyklad, pokazujacy w dzialaniu
uniwersalne prawo „przyczyny i skuktu”. Na ogol trudniej dostrzec
bezposrednie zaleznosci tej fundamentalnej zasady, glownie z powodu
czasu oddzielajacego powod od efektu. Czas przeslania zwykle przed
nami powiazania skutkow z ich przyczynami, i przez to wciaz
popelniamy te same bledy . Odkrylem, ze ja popelniam ten sam blad
5-7razy, to zdaje sie moj osobisty limit. Co prawda, za kazdym razem
okolicznosci mialy troche „inny kolor”, ale w sumie zawsze chodzilo
o to samo. Na ogol po tym piatym, czy siodmym razie, gdy juz
sprawilem komus pyzykrosc, mowiac na ochotnika dotyczaca jego osoby,
moja prawde, lub pijanstwo, miekko wchodzaca whisky, okupione dziura
w swiadomosci i dramatycznym kacem– powtarzalem sobie „nigdy wiecej”.
Ale dopiero gdy dotykam swojego limitu, zapamietuje i unikam
prowadzacych do tego przyczyn. Odkrylem rowniez, ze korzystnie jest,
przed definitywnym podjeciem decyzyji, zastanowic sie, co jest jej
motywem. Jesli jest nim strach to „murowane” , ze przyczyna ktora
powolalismy do zycia, urodzi nam cos, co predzej lub pozniej, okaze
sie niechcianym potworkiem. Jedyne co potem mozna zrobic z takim
fantem, to najdelikatniej jak to mozliwe, pozbyc sie tego czegos z
zycia, obiecac sobie ze „ nigdy wiecej”, i zaczac od nowa...
Przed wyplynieciem podjalem decyzje podszyta obawami, ze nie zdaze
na Przyladek Horn w najspokojniejszym dla niego okresie i wyplynalem
za wczesniej. Wydawalo mi sie wtedy ze lepiej zwolnic po drodze niz
sie spoznic. Teraz jestesmy dobre dwa miesiace za wczesniej i po raz
kolejny spada na mnie konkluzja „nigdy wiecej” nie poslucham
glupawych podszeptow strachu. O tej poze roku , rowniez Przyladek
Dobrej Nadziei wygrywa na Beaufort’cie zimowe 12-stki. Ogolnie
podejmowanie takich zbalansowanych decyzji wymaga mieszanki intuicji
z odwaga, lub przynajmniej doswiadczenia...Obawiajac sie ze bedziemy
na Hornie za pozno, spowodowalem ,ze bedziemy za wczesnie, a pani
wiosna tam jest bardziej narwana od jesieni. No nic, od tej pory
wszystkie moje decyzje skieruja mnie w strone „srodka” - nie za
pozno i nie za wczesniej, nie za duzo i nie za malo, nie za mocno i
nie za lekko - az do nastepnego „nigdy wiecej”...Pewien madry „zeglarz”
powiedzial kiedys „Prawda wszystkiego lezy w jego srodku”
Dzien 117 i 118
Tue Jul 03 04:08:11 2007 UTC - 20 23.53 S - 67 13.58 E
(pierwszy i drugi lipca)
Drugi lipca.
Wczoraj szwendalem sie po pokladzie, wciaz zastanawialem sie jak
naciagnac bezbolesnie sztag z rolerem, zbuchtowalem jakies linki,
przyjrzalem sie sciagaczom i mocujacym je do podwiezi wantowych
uchwytom. Potem siadlem w sterowce i reszte dnia spedzilem sluchajac
spekulacji wokol opowiesci Platona o istniejacej kiedys cywilizacji
Atlantydy, i nagle zapragnalem piwa... Zapragnalem, a nie zachcialo
mi sie, "zachcenie" piwa nie przebija sie juz przez wyryty w mojej
swiadomosci jego brak. Kiedys lezalo na dziobie, kolejny raz
poszedlem tam i jak zebrak przeszukalem zakamarki kabiny dziobowej w
nadzieji, ze moze jakies sie zawieruszylo. Oczywiscie nic nie
znalazlem. A tak
bardzo go pragnalem...wyobrazalem sobie sykniecie otwieranej puszki
i pierwszy gorzkawy lyk ... Ale nie ma juz zadnego... Od dawna juz
nie ma, to nie pierwszy raz kiedy przeszukuje wszystkie mozliwe
miejsca. Wrocilem do sterowki, wcisnalem do uszu malutkie sluchawki
ipod'a i sluchalem ksiazki. Po chwili zrobilo sie ciemno, zszedlem
do kuchni by wstawic wode na kawe. Wlaczylem oszczedne swiatlo LED,
i wtedy uslyszalem ze cos, w rytm przechylow Luki turla sie pod
moimi nogami. Pochylilem sie i w polmroku zobaczylem puszke.
Siegnalem po nia , to bylo piwo... .
Stalem z nim w reku jak zaczarowany, nie moglem w to uwierzyc... .
Gdyby turlalo sie w kabinie dziobowej, pomyslalbym ze przeoczylem je
i spadlo na podloge, ale potem musialo by przefrunac nad polmetrowym
progiem kabiny dziobowej, przebic sie przez zamkniete dzwi,
bezglosnie i niezauwazone przeturlac sie na drugi koniec jachtu i
wyladowac dokladnie tam gdzie za chwile mialem stanac, na pustej
podlodze kuchni... Dziekuje braciszku .
Pierwszy lipca.
Mirus juz pewnie zacumowal w swoim atolu i nie ma zmartwien, a nam
tu wczoraj pekl uchwyt mocujacy sciagacz wanty do podwiezi wantowej.
Jeszcze w Kalifornii dorabial to wlasnie zamocowanie fachowiec.
Zwracalem mu dwukrotnie uwage, przed robota i po, zeby odprezyl
miejsca ktore spawal. Z mina super fachury, prawie obrazony moim
pytaniem zazadal $250, a zamocowanie peklo przy pierwszym silnym
wietrze. Gdzies w procesie uczlowieczania stracilem zaufanie do
fachowcow. Z zasady nie ufam zadnemu, i wlasciwie bylem na cos
takiego przygotowany. Mamy na jachcie kilka nierdzewnych, grubych
srub zakonczonych okraglym lukiem. Maja grubosc 5/8 cala i jesli
fachowiec w hucie gdy mieszal ten stop, nie mial akurat kaca i pret
z ktorego zrobiona jest sruba nie ma w srodku strukturalego "fackup'u"
, sruba wytrzyma kilka razy wieksze obciazenie niz to na jakie
narazi je wanta. Wciaz czekamy na spokojniejsza pogode zeby
naciagnac sztagi glownego masztu. Mysle ze wiem juz, jak to zrobie
bez wchodzenia na maszt, potrzebuje tylko kilku godzin na suchym
dziobie. W tej chwili przelatuja nad nami lokalne burze.
|