
DZIEN 269
Fri Nov 30 10:31:37 2007 UTC - 40
57.08 S - 49 29.46 W
Mamy dzis piekny dzien, wiatru malo, ale za kilka dni wyjdziemy ze
strefy zmiennych wiatrow i pewnie wtedy ruszymy zwawo w strone Hornu,
ktory mam nadzieje, zachowa sie przyzwoicie i przywita nas goscinnie,
a potem umiarkowana polowka grzecznie, wypchnie nas na Pacyfik.
Zjadlbym zupe rybna, i swieza rybe z patelni, wczoraj wyrzucilem
przynete, teraz tylko trzeba poprosic Mame Ocean o tlusta, nie za
duza rybke. Wacek pozwolil sobie w koncu zdjac mundurek, chwilowo
zrobilo sie cieplo, teraz patrzy w jego strone glodnym wzrokiem, jakby
mowiac "to jest moje". Luka z czystym dnem plynie teraz szybciej,
robimy 2 wezly przy bardzo stalym wietrze, poprzednio plynelismy 0.5
wezla.
DZIEN 268
Thu Nov 29 14:06:13 2007 UTC - 40
52.52 S - 48 36.17 W
Ostatnie dwa dni spedzilismy bardzo efektywnie, zwlaszcza gdy
porownac je z tygodniami nierobstwa samotnej zeglugi. Mama Ocean
podarowala nam nie tylko ten wyproszony jeden dzien bez wiatru i
fali, ale wiedzac lepiej czego nam potrzeba, dala nam jeszcze jeden
i to w konkretnym celu. Pierwszego dnia zmarnowalem kilka godzin,
zanim zajarzylem, ze rzeczywiscie sie uspokaja i bedzie mozna
nurkowac. Kolo poludnia zaczalem przygotowywac sprzet, mokry
kombinezon i mala, 5 litrowa butle do szybkich inspekcji dna. Gdy
jednak zobaczylem te chaszcze na glaciutkim z natury brzuszku Luki,
zamiast inspekcji rzucilem sie w najwieksze krzaki ze skrobakiem do
farby. Lecialy na dol jak wielkie platy sniegu, a patrzac jak
spadaja w szafirowa odchlan, zastanawialem sie jak tu moze byc
gleboko, pewnie pare kilometrow wody, poczulem niepokoj i
profilaktycznie odwrocilem wzrok w strone krzakow, byly tuz przed
moim nosem, moglem ich dotknac. Zanim jeszcze rozpedzilem sie na
dobre, skonczylo sie powietrze, dalej moglem juz tylko odrywac
lodygi z powierzchni. Nurkujac kilkanascie razy, oczyscilem z
grubsza srube napedowa i to byl kres mojej odpornosci. Bylo mi coraz
zimniej, czulem ze zwalniam i powinienem wyjsc z wody. Z trudem
wciagnalem swoje 150kg po cienkiej, wyginajacej sie drabince,
zalozonej na czas rejsu. Normalnie na rufie mamy solidna platforme
do nurkowania, ale zostala zdjeta na korzysc samosteru, ktory i tak
zaraz na poczatku rejsu ropadl sie i zgubil pletwe sterowa.
Wdrapalem sie jakos, potem godzine ogrzewalem sie na sloncu,
popijajac goraca herbate rozcienczona alkoholem. Spokoju nie
dawal mi takze generator, konczyla sie woda. Po konsultacji z Martim,
moim psychoanalitykiem od problemow sfery mechnicznej, ktorych
ostatnio miewamy duzo, zbudowalem bypass i ominalem cieknaca pompe.
Wymontowalem termostat zeby obnizyc temperature wody w systemie i
wlaczylem do obiegu mala elektryczna pompe. Teraz generator ma swoja
"sztuczna nerke" ktora nie pozwala mu sie zbytnio rozgrzac i czeka
na przeszczep nowej... hehe. Kiedy tego wieczoru spojrzalem na
prognoze pogody i okazalo sie ze niespodziewanie bedziemy mieli
jeszcze jeden cichy dzien, ulozylem nowy plan. Nazajutrz
przygotowalem maly elektryczny kompresor, zrobiony specjalnie do
plytkiego nurkowania, oddycha sie z weza zakonczonego reduktorem.
Obwiazalem Luke gruba lina pod dnem, zaczalem od dziobu, i trzymajac
sie liny jedna reka, odrywalem krzaki druga. Wada tej metody jest,
ze co jakis czas musialem odpinac pletwy, wchodzic na poklad i
przesuwac line, ale za to lina trzymala mnie w miejscu, bujalem sie
razem z jachtem, i nie musialem wkladac 25kg pasa z olowiem, bez
ktorego w innej sytuacji nie moglbym sie zanurzyc. Po poludniu
bylismy juz przy srubie, i tu dowiedzialem sie dlaczego Mama Ocean
podarowala nam ten extra dzien. Kiedy dokladniej oczyscilem wal,
okazalo sie, ze gdy ostatnio zmuszony bylem odkrecic go i wypchnac z
pol metra na zewnatrz, by dostac sie do cieknacej skrzyni biegow, w
jakis sposob wysunela sie razem z nim gumowa czesc tuleji, ktora
pelni role lozyska usztywniajacego wal na koncu tunelu z ktorego
wychodzi. Wylazlem z wody i na wzor tonacego, chwytajacego sie
brzytwy, pomyslalem, ze jesli tak latwo sie wysunela, to moze da sie
jakos wsunac. Wycialem z kawalka cienkiej sklejki widelki o srednicy
walu, wrocilem do wody i krecac sruba probowalem wpychac gume z
powrotem. Z wielka ulga zauwazylem ze drgnela i powoludku wsuwala
sie w mosiezna tuleje, poczulem ulge i odetchnalem tak gleboko, ze
az reduktor zagwizdal. Po pol godzinie modlitw i upychania, gumowa
czesc lozyska wrocila na swoje miejsce, a mnie wrocila radosc zycia,
zaczalem sie nawet rozgladac co by tu jeszcze naprawic. Jeszcze raz
wyszedlem na poklad po zapezpieczeniu walu i sruby przed elektroliza
i przykrecilem wydrazone na grubosc walu cynkowe jajo, tuz przy
wylocie tunelu, blokujac w ten sposb na dobre gumowa tuleje. Gdybym
nie wepchnal tej gumy, z pewnoscia wysunelaby sie do konca i wtedy
nie podparty na kocu wal, pewnie by sie wykrzywil, moglby rozwalic
tunel itd.. W optymistyczniejszym scenariuszu znowu nie mielibysmy
silnika, najgorszy moglby skonczyc sie dziura... Sruba oddalona jest
od dna tylko o kilka centymetrow... Ktos nad nami czuwa...
DZIEN 267
Wed Nov 28 10:03:41 2007 UTC - 40
29.30 S - 48 45.31 W
Pocztowki z informacja ze potrzebujemy flauty i plaskiego morza
dotarly do Adresata, wczoraj zaczelo sie zdychajacym wiatremi i
martwa fala. Kolo poludnia zrobilo sie cicho i zdechlak zaczal
szybko zdychac. Przygotowanie sprzetu do nurkowania zajelo z godzine
i kiedy juz zanurzylem glowe i zobaczylem dno, prawie doznalem szoku.
Dzungla 20cm lodyg, zakonczonych malymi muszelkami porastala
wysepkami, polowe powierzchni dna. Mama Ocean wiedziala chyba ze
jeden dzien na pozbycie sie tylu chwastow nie wystarczy i podarowala
nam dwa ciche i cieple dni. Morze pachnie cudownie, na horyzoncie
unosi sie lekka mgielka, to slonce podgrzewa zimna powierzchnie
morza i funduje nam przesiakniety wspanialym zapachem oceanu
inhalator .
DZIEN 266
Tue Nov 27 10:40:33 2007 UTC - 40
13.37 S - 49 18.22 W
Wiatr przycicha, gdyby jeszcze tak fala naprawde zdechla...
Moze pocztowki gladkiego morza, ktore wysylam od kilku dni, juz do
Neptuna dotarly. Wczoraj przerobilem w koncu system slodkiej wody.
Zbiornik na dziobie jest teraz polaczony z nozna pompka w lazience,
a zbiornik 150 l. pod moja koja z elektryczna pompka i kranem w
kuchni. Praca byla niewdzieczna, bujalo wczoraj jak na podworkowej
hustawce, a trzeba bylo zdjac polowe podlogi w korytarzu, a przedtem
odkrecic siedzenie przy stole nawigacyjnym, i kilka innych rzeczy.
Kiedy w koncu juz sie z tym uporalem, i probowalem wlaczyc agregat
zeby zrobic troche slodkiej wody, okazalo sie ze cieknaca poprzednio
pompa wodna na generatorze teraz sie na smierc zablokowala, i pasek
klinowy slizga sie po niej i piszczy jak gwizdek syreny parowej.
Gdyby nie ta nowa przeszkoda dolewalbym po prostu wody do wymiennika
ciepla i agregat chodzilby dalej, teraz albo cos wymysle, albo
trzeba bedzie zasilic 1.5 KM (czy moze ktos napisac ile dokladnie
ten 1.5KM bedzie w KW?) silnik elektryczny poruszajacy
odsalarke jakos inaczej, moze inverter wystarczy, mamy dwa duze
alternatory na glownym silniku. Zabawa trwa ...
DZIEN 265
Mon Nov 26 10:27:09 2007 UTC - 40
5.69 S - 49 24.60 W
Robi sie zimno, nad ranem wiatr zaczal przycichac, dzis w nocy
powinien wykrecic, i moze pozwoli nam zblizyc sie do wybrzeza. Wacek
tak bardzo polubil swoje nowe ubranko, ze probe poglaskania odbiera
jako zamach na swoj nowy mundurek i warczy zajadle. Poza tym
strasznie obroslismy, nie moge uwierzyc. Czyscilem caly kadlub
dookola, tuz przed oplynieciem przyladka Dobrej Nadziei, i juz po
dwoch i pol miesiacach jest tego dwa, trzy razy wiecej. Definitywnie
bede musial wejsc do wody, choc zrobie to bardzo niechetnie. Woda
robi sie coraz zimniejsza i bedzie niebezpiecznie jesli nie trafie
na kilka godzin bez fali. Wlasciwie jesli nie trafie na pol dnia bez
fali, to pewnie tego w ogole nie zrobie, bo jacht skaczac na fali
moze mnie po prostu pod woda "pier.......nac" dnem w glowke i na tym
sie cala zabawa zakonczy. Poki co, wyobrazamy sobie plaskie,
spokojne morze i kilka razy dziennie wysylam te pocztowki „Temu co
karty rozdaje...”
DZIEN 264
Sun Nov 25 14:38:35 2007 UTC - 39
27.20 S - 49 8.29 W
W nocy byl znowu maly rollocoaster, ale obudzilismy sie rzescy i
gotowi brac byka za rogi. Wacek "za chiny" nie pozwala sobie
sciagnac nowego ubranka, musialbym zaryzykowac odgryzienie palca. Od
kilku dni jak natretny ptak wracaja do mnie mysli zwiazane z
modlitwa i "krwawieniem". Musze je tu zrzucic, inaczej sie ich nie
pozbede. Wydaje sie ze zajarzylem dlaczego wiekszosci modlitw
kierowanych do nieskonczenie przeciez szczodrego Boga, powraca do
nas niespelniona, ale po drodze trzeba bedzie rozprawic sie z
pojeciem dobra i zla, i odwolac sie do jednego z praw uniwersalnych.
Kiedy juz wyrosniemy z tych zenujacych bredni o piekielnej smole,
belzebubie, i jego kolesiach, stajemy przed niczym nie zmaconym
obrazem Wszechmocnego Boga. Boga ktory jest wszystkim i ktory
wszystko stworzyl. Wszystko co istnieje, istnialo i bedzie istniec,
przychodzi od Nieg , wszystkie rzeczy okreslane jako dobre, a takze
te, ktore nazywamy zlymi. Relatywnosc naszego swiata polega na tym,
ze rzecz moze zaistniec tylko w odniesieniu do innej rzeczy, np;
gdyby na swiecie istnialy tylko herbaciane roze, nikt nie zdawalby
sobie sprawy z ich urody i zapachu, istnialyby jako cos
nieokreslonego, cos bez nazwy. Dlatego Madry Bog stworzyl
przeciwnosci.
Rozy podarowal pachnacy piolunem chwast, a chwastowi podarowal roze,
po to by sie mogly nawzajem „zobaczyc”, a nam w swojej laskawosci,
mozliwosc doswiadczenia z ktorym kwiatkiem bedzie nam "bardziej do
twarzy".
Gdyby na swiecie istnialy same tylko dobre rzeczy, nie bylibysmy w
stanie zdac sobie sprawy z tego ze sa dobre. „Dobro” moze zaistniec
tylko w obecnosci „zla”.
Poza tym, gdyby sie temu chwastowi dokladniej przyjrzec, mogloby sie
okazac ze wcale nie jest taki brzydki, on takze miewa zolte kwiatki,
i w ramach twierdzenia „kazda potwora znajdzie swojego amatora”
znajda sie koneserzy, ktorym oryginalne piekno chwastu wyda sie
bardziej intrygujace od uroku przeslodzonej rozy.
Dwie osoby patrzac na ta sama rzecz, moga wydac o niej biegunowo
roznie opinie. Dla Johna, ledwie dotkniety jezykiem ognia, krwisty
stek z poledwicy bedzie czyms dobrym i bardzo smacznym (podzielam
zdanie Johna), jaroszowi taki krwawiacy kawalek miesa wyda sie czyms
zlym i obrzydliwym, itd... Smierc pana R. w wypadku
samochodwym, zezwalajacego na wykorzystanie jego ciala po smierci,
bedzie tragedia i eksplozja bolu dla jego zony i rodziny, ale dla
umierajacego na niewydolnosc nerek pana K. i jego rodziny, ta sama
smierc moze byc dobrodziejstwem i powodem radosci. Gdyby udalo sie,
odsuwajac na chwile pryzmat narzucanych nam nieustannie schematow,
spojrzec na swiat bez filtra arogancji, okazaloby sie ze dobro i zlo
to jedynie pojecia wzgledne, ktorymi subiektywnie obdzielamy nas
swiat.
Madry Bog jak doskonaly inzynier, stworzyl swiat zlozony z
przenikajacych sie wzajemnie zasad. Jedno z glownych praw
uniwersalnych powoduje ze „podobne przyciaga podobne”. W praktyce
przejawia sie ono tym, ze jesli bede sie koncentrowal na rzeczy,
ktora mnie martwi, lub myslal o tym czego sie boje, to swiadomie lub
nie, wytwarzam okreslony rodzaj energii, ktora uatrakcyjnia i
przyciaga w moje zycie wiecej podobnych do siebie „kolezkow”, w
postaci nowych zmartwien i nowego strachu.
O widocznych skutkach tej prawidlowosci mowia bez zenady nasze
przyslowia,--- „Nieszczescia chodza parami" , albo (moje ulubione)
„Biednemu zawsze wiatr w oczy i ch...j w d...e, a bogatemu nawet byk
sie ocieli”, „Jedno nieszczescie pociaga za soba drugie..”, „nie
wywoluj wilka z lasu” i wiele innych.
Teraz, gdy juz odkrylismy dla siebie relatywnosc pojec „dobra’ i „zla”
i takze fakt ze jedno i drugie, jak wszystko na tym swiecie, zostalo
wymodelowane ta sama Reka, czas na kolejna dobra nowine .
Absolutnie Doskonaly Bog, stworzyl ludzi na swoj wzor i podobienstwo
i niczego w tej kreacji nie "sfuszerowal", jak to sugeruja
„poprawiacze Boga” . Stworzyl nas dokladnie jak tego zapragnal,
malutkie kopie Samego Siebie.
Kocha nas miloscia bezwarunkowa, bo gdyby ktoregos z nas odrzucil,
odrzucilby Samego Siebie. Bez wyjatku spelnia wszystkie nasze prosby,
pod warunkiem jednak ze umiemy Mu je zrozumiale pokazac .
Gdyby tak nie bylo, Hitler nigdy nie doszedlby do wladzy, nie byloby
Oswiecimia i Syberyjskich gulagow, a cnotliwy Benek z Wachocka,
ktory cale zycie modlil sie najglosniej w calym kosciele, zostalby
kardynalem, mialby teraz zolte pierscionki na palcach i pawia w
ogrodku.
Kazda modlitwa zostaje wysluchana, ale wiekszosc z nich nie tylko
nie przynosi spodziewanego efektu, ale zdarza sie ze wprowadza w
nasze zycie wiecej zametu, poniewaz mowiac ze czegos chcemy,
przyczyniamy sie do zaistnienia w naszej rzeczywistosci tego
doswiadczenia – chcenia.
Sama prosba jest stwierdzeniem stanu rzeczy- czyli braku. Jesli na
dokladke wspieramy ja mysla wyobrazajaca komornika pukajacego do
drzwi, pusty garnek, siebie chorego w lozku, albo zdrowa i zyjaca
wiecznie tesciowa, to tak naprawde o to wlasnie prosimy...
Slowa modlitwy powinny byc kopia mysli, ktore razem z modlitwa
kierujemy do Boga, to zarliwa mysl, czy uczucie ukryte pod slowami
jest glowna sprezyna....
Skuteczna modlitwa powinna brzmiec jak wierny opis zalaczonego do
niego obrazu naszych pragnien. Gdy juz sie wyciszymy i otworzymy na
uczucie jednosci, ktora On nieustannie do nas wysyla i modlimy sie
np; o wlasne zdrowie, to wraz ze slowami modlitwy kierujmy do Niego
takze mysli wyobrazajace nas samych, zdrowych i szczesliwych.
Gdy prosimy o wlasny dom, dolaczmy do slow modlitwy wykreowany w
wyobrazni obraz naszego wymarzonego domku, z pokojami, firankami i z
tym wszystkim, czego razem z nim pragniemy. (przyp. najlepiej bez
duzego mortgage'u) Im wiecej detali na „zdjeciu” tym wierniej go do
dla siebie „wybudujemy”....
Nie ma takze prosb za malych, lub za duzych, wszystkie sa spelniane,
dlatego powinnismy rozumiec o co w danej chwili tak naprawde prosimy,
i wyksztalcic w sobie umiejetnosc kontrolawania wlasnych mysli, tak
samo, jak kontrolujemy wypowiadane slowa. Nie istnieje takze obaw ,
ze zawracamy MU glowe duperelami.
Przemadry Bog stworzyl sobie nieskonczona ilosc pomocnikow w postaci
Praw Uniwersalnych i to one nieustannie „nasluchuja” i reaguja na
kazdy nasz uczynek, slowa i mysli.
Najwyzsza jednak forma zrozumienia Boskiej natury, jest modlitwa
dziekczynna. Kiedy dziekujesz Bogu zawczasu za to, czego z wlasnego
wyboru pragniesz zaznac w swym doswiadczeniu, stwierdzasz, ze w
istocie ono juz jest i wtedy wszechswiat, Allach, Jahwe, sila
sprawcza, natura, Bog ma wiele „twarzy”, dzialajac na zasadzie
stworzonego przez Siebie prawa „przyczyny i skutku”, natychmiast to
cos dla ciebie stwarza. Amen.
DZIEN 263
Sat Nov 24 14:54:21 2007 UTC - 38
35.35 S - 49 0.59 W
W
nocy wiatr wykrecil na poludniowy zachod i dmucha 7-ka, idziemy
zolwiem na wiatr z fokiem marszowym i bezanem. Rzuca jak na
drewnianym rollocoaster , fale zupelnie dzis chamske, wala sie na
poklad z hukiem, mimo ze nikt ich tu nie zapraszal. Nie bede musial
przynajmniej sprzatac pol minowych Wacka.
Zrobilo sie zimno, natura poskapila oficerowi Wackowi solidnego
futra i trzasl sie dzis od rana jak galareta, ubralem go wiec w
zgrabny mundurek w meksykanskie wzory i trzesiawka minela. Niestety,
stracil wyglad wilka morskiego, przypomina teraz ladowa pizdeczke w
kropki.
DZIEN 262
Fri Nov 23 13:55:41 2007 UTC - 37
39.87 S - 48 34.74 W
Od
dwoch dni wiatr obchodzi sie z nami zupelnie przyzwoicie, moglibysmy
grzac z nim w strone Hornu, ale znajdujemy sie w okolicy ktora
czesto pozostaje miedzy obszarami niskiego cisnienia, i wiatr miewa
tu skoki nastroju jak menstruujaca kobieta.
Przywiewa z roznych stron, nagle zmienia kierunek, albo z czarujacej
4-rki, bez ostrzezenia i gry wstepnej zmienia sie w szara ze zlosci
9-tke.
Blizej brzegu wiatr powinien zachowywac sie stabilniej. W sprawach
technicznych zapanowal wzgledny spokoj, po konsultacji z Marti
okazalo sie ze tym razem to ja dalem "d...py ".Wlalem do transmisji
za duzo oleju, a ten rodziaj przekladni nie lubi gdy sie go
przekarmia i wypluwa nadmiar.
Choc na stick'u do sprawdzania poziomu oleju wyraznie zaznaczono
max. dopuszczalny poziom i wyzej juz dla oslow, wyryto DO NOT
OVERFILL, co oznacza "tylko czasem debilku nie wlewaj wiecej", mimo
to, w swym geniuszu, wlalem duzo wiecej oleju, naiwnie zakladajac ze
nadmiar wypelni nowa chlodnice, a potem tego zalozenia nie
sprawdzilem.
Obiecujac poprawe, zrobilem nowa chlodnice, wykorzystujac wymiennik
ciepla, ktory wymontowalem z boilera cieplej wody. Oprocz grzalek
elektrycznych, mial takze opcje grzania goraca woda z ukladu
chlodzenia silnika .
Wyjalem wymiennik z boilera, oproznilem, i w miejsce gdzie
poprzednio podlaczone byly weze z antifreezem, podlaczylem weze
doprowadzajace olej z transmisji. Zanurzylem kolesia w 30 l.
kontenerze z woda, do ktorego doprowadzilem waz z zaworem
regulujacym przeplyw zimnej wody zza burty. Woda przelewa sie do
zezy, a stamtad pozbeda sie jej pompy zezowe. System nie jest
doskonaly, ale mam nadzieje, schlodzi olej...
Wychylilem sie wczoraj za burte i okazalo sie ze strasznie
zaroslismy.
Tym razem oprocz szerokiej na pol metra brody z muszli wokol calego
jachtu, ciagniemy jeszcze zielony dywan wodorostow. Stalismy sie
ruchoma rafa, jestem pewien ze w tych wodorostach ukrywa sie morskie
zoo, widuje czasem male i wieksze ryby wyplywajace spod
kadluba, kiedy wyrzucam resztki jedzenia za burte. Trzeba sie tego
towarzystwa koniecznie pozbyc, plyniemy zdecydowanie wolniej, mam
wrazenie ze nieustannie cos za soba holujemy. Na Przyladku Horn
czeka nas przeciwny prad i wiatr w oczy, burty na ta randke musza
byc gladkie jak pupa niemowlaka . Z ta broda muszli i zielonym
dywanem bedziemy w stanie zeglowac tylko polwiatrami, akurat zeby
doplynac na Antarktyde a potem wrocic w to samo miejsce.
Czekamy teraz na spokojny dzien, bez wiatru i martwej fali,
nurkowanie pod rozkolysanym jachtem moze sie zle skonczyc. Mam
nadzieje ze okazja nadazy sie szybko, w miare posuwania sie na
poludnie robi sie coraz zimniej....
DZIEN 261
Thu Nov 22 10:34:55 2007 UTC - 37
1.13 S - 46 55.89 W
Znowu w "dole", znowu smoki na pokladzie, znowu ta "pi... na"
uszczelka cieknie, i skrzynia sie przegrzewa. Przed przejsciem Horna
pod wiatr i pod prad, musze miec sprawny silnik, w przeciwnym razie
strace moj najwazniejszy atut w tej rundzie, robienie unikow.
Pozostanie tylko wystawianie geby na uderzenia piesci wielkoluda,
bez mozliwosci oslaniecia sie garda...
Nie zamierzam byc bohaterem, w kazdym razie nie z takiego powodu.
Musze jeszcze raz to wszystko rozebrac, wyjac zimering i jakos
lepiej drania uszczelnic, a potem skombinowac bardziej wydajna
chlodnice oleju. Jakie zycie byloby teraz piekne, gdybysmy
przechodzili Horn z zachodu na wschod, popychani wiatrem i pradem,
tak jak zrobilby to normalny, madry czlowiek. Z zachodu na wschod
mozna jedynie plynac za szybko, ale wystarczy wtedy wyrzucic za rufe
troche lin, z czyms na koncu i hulaj dusza...
My bedziemy musieli przedrzec sie jakos pod wiatr i prad, ktory
bedzie nas cofal, a Luka ma prawie piec metrow w biodrach i
niechetnie biega pod "gore".
Dzieki Krzyskowi z Long Beach, znalazlem doskonale miejsce na "uniki",
dobrze oslonieta zatoczke na przeczekanie rozmachanych piesci wiatru
i fal, 10 nm na polnoc od Hornu. Kiedy tylko koles wiatr sie zmacha
i troche odwroci, wtedy my damy dyla. Ale zeby operacja sie udala,
musimy jakos wplynac waskimi kanalami na osloniete kotwicowisko i
potem bezpiecznie zza niego wyplynac. Z powyzszego wywodu wynika
wiec jasno, ze niezaleznie od przyczyny ktora spowodowala kolejny
przeciek oleju, "pie........ na" uszczelka MUSI SIE DAC NAPRAWIC.
Amen.
DZIEN 260
Wed Nov 21 08:51:07 2007 UTC - 36
23.91 S - 45 49.84 W
Plyniemy.
DZIEN 259
Tue Nov 20 11:15:29 2007 UTC - 36
15.69 S - 45 29.20 W
Wstalem o 2 nad ranem zeby sprawdzic otoczenie i o malo nie wpadlem
w panike. Obudzony jakims niepokojem, otworzylem oczy i zobaczylem
swiatlo padajace prosto na mnie przez bulaj. Gardlo mi sie zacisnelo
i wyrwalem do sterowki, zastanawiajac sie po drodze, czy najpierw
nie skoczyc do maszynowni i odblokawac wal, zebym mogl natychmiast
uzyc silnik. Ciekawosc jednak zwyciezyla i wskoczylem do sterowki,a
tam okazalo sie ze to tylko gapila sie na mnie, niezwykle dzis
jaskrawa morda ksiezyca.
Nie wrocilem od razu do koji, przygladalem sie jaskrawo oswietlonemu
morzu. Pomarszczona falami Mama Ocean wygladala niesamowicie i
tajemniczo, na tle rozswietlajacej wszystko srebrem i zlotem
scenografii. Oswietlala i mnie w moim mikroswiecie, glownego
iluzjoniste, nieustannie odgrywajacego pisana przez siebie role, w
mojej dramato-przygodzie zycia pt: "Mozesz sie chowac, ale nie jetes
w stanie przede mna uciec"
Pewien bystry Anglik napisal kiedys "Swiat jest teatrem, aktorami
ludzie"...
DZIEN 258
Mon, 19 Nov 2007 12:32:48 +0000 (UTC)
Nad ranem wiatr zdechl i zostawil zwaly wody przewalajace sie z
polnocy. Rzuca nami jak wahadlem zegara sciennego, szczesliwie zaden
z nas nie wymiotuje. Wiatr pewnie bedzie sie obracal i dmuchnie z
poludnia. Dzis zrobimy porzadek w rurociagach, zmeczyl mnie brak
wody w kranach, i mycie newralgicznych punktow ciala wilgotnymi
serwetkami dla niemowlat, w ktore przytomnie zaopatrzyla mnie Beata.
Przydaly sie teraz, inaczej wnetrze Luki zaczelby wypelniac
dyskretny zapach kibla...Zadziwiajace jak wielu ludzi uwaza papier
toaletowy za wystarczajaca toalete i laza potem "ufajdani" caly
dzien.
Przypomniala mi sie pewna internetowa znajoma, nigdy nie spotkalem
jej fizycznie,ale jakis czas niezle sie nam gadalo. W trakcie rozmow
okazalo sie ze jest prostytutka i mieszka w Niemczech, ze ma meza,
ktoremu jej profesja zupelnie nie przeszkadza, ze przeprowadzili sie
ostatnio do malego miasteczka i malo klientow, itd... Mialem
okazje "zajrzec" w jej zycie, a takie znajomosci przez komputer maja
to do siebie, ze ludzie albo glupawo udaja kogos kim nie sa, albo
czujac wirtualna anonimowosc, sa szczerzy do bolu. Opowiadala duzo o
sobie, a takze historyjki o smiesznych preferencjach swoich klientow,
np.jednemu 15 minut musi grzebac w nosie zanim ruszy do boju, inny
nie byl zdolny do akcji, jesli 60 razy na minute nie powie do niej "mamusiu"...
itd. Kiedys skonkludowala ze Niemcy to brudasy, zapytalem o
powod, odpowiedziala ze kazdy zostawia "pas startowy "
Zaciekawilo mnie co to takiego: "no, kiedy juz skoncza, siedza golym
tylkiem na lozku i ubieraja sie, a potem zostaje brazowa krecha na
przescieradle..." hehehehehehe..
Wyglada ze rytualnie wycieraja tylki w przescieradla biednej
dziewczyny. Nie wydaje mi sie jednak zeby stawianie tych "stempli"
bylo cecha narodowa Niemcow, to pewnie jakas lokalna niechec do
mydla...
DZIEN 257
Sun Nov 18 10:50:29 2007 UTC - 35
58.62 S - 44 22.93 W
Nie bylo spania, bujamy sie jak kaczka, z tendencja na lewo. Gdy
mimo to postanowilem sie troche zdrzemnac, natychmiast wpadlem w
objecia kanciastego stolu, ktory przy kazdym przechyle na lewa burte,
z upodobaniem masuje mi zebra. Mimo 8 miesiecy flirtowania,
nie moge sie jakos do tych pieszczot przyzwyczaic. Gdy nareszcie
udalo mi sie otworzyc drzwi do swiata sosnowych lasow i slicznie
pachnacej Beatki, Wacek wlazl na mnie i czar prysnal. Pewnie
przysnilo mu sie cos szkaradnego i postanowil stamtad prysnac. Teraz
bardziej niz na szybkosci z jaka plyniemy, zalezy mi, by uniknac
nowych awarii, odnosi sie to min. do autopilota. Moglbym dolozyc
zagli i pognalibysmy 2 wezly szybciej, ale wtedy Luka zaczelaby
plynac wezykiem na wysokiej fali, myszkowac, a to obciazyloby
dodatkowo pompe autopiota, ktora wyje wtedy i jeczy, a nasza
pojekujaca slicznotka musi dowiesc nas do samej Ensenady. Od dawna
nie dziala sterowanie reczne, wiec to nasz jedyny, zdolny do pracy
sternik i nalezy mu sie znizka .
DZIEN 256
Sat Nov 17 11:41:59 2007 UTC - 35
39.46 S - 42 55.73 W
Po blizszej inspekcji okazalo sie ze nie tylko zerwala sie szekla
mocujaca taije bomu foka marszowego, pekl takze wozek, do ktorego
wszystko bylo przymocowane. Z bolem wywiercilem dwa otwory w
pokladzie, pozniej je zalepie,i zamontowalem dwie sruby z glowkami w
ksztalcie kolka, i do nich bede teraz mocowal talie solidnym
karabinczykiem.Trzeba bedzie go wypinac i przenosic bom na druga
strone przy zwrotach. Moglbym zalozyc jedno „ok”ˇ na srodku ,ale
wtedy nie bylbm wstanie wybrac foka na blache w kursie na wiatr i
telepal by sie w silnym wietrze a my razem z nim...Przeciek weza w
generatorze okazal sie cieknaca pompa wodna . Dzwonielem do
Martiego w Portr San Luis, okazalo sie ze bez zapasowych czesci musi
cieknac dalej. Zabralem czesci do ewentualnej naprawy pompy wodnej
silnika glownego , ale o generatorze zapomnialem.
Bede teraz dolewal
wode i wycieral zaswiniona maszynownie , bo pasek klinowy
rozpryskuje dookola cieknaca wode. Trzeba bedzie go teraz
oszczedniej uzywac , odetne wiec z systemu glowny zbiornik
slodkiej wody i polacze pompe kuchenna do 150 litrowego zbiornika
pod moja koja. Wode z glownego bede mogl nabierac reczna pompka w
lazience , ale zuycie wody w kranach bede mial na oku, wchodzimy w
strefe silnych wiatrow , wiatraki beda robic duzo produ, wiec
generator bedzie wlaczany rzadko, tylko kiedy trzeba bedzie
zrobic wode
DZIEN 255
Fri, 16 Nov 2007 10:20:09 +0000 (UTC)
Wczoraj i
przez kawal nocy wialo 10B. Weatherfax pokazywal ten niz, ale
przewidywal nie wiecej niz 6-7. Szlismy pod bezanem i fokiem
marszowym. Kolo poludnia 7-mke zaczelo rozdymac, pomyslalem ze tyko
szkwal i zaraz wroci na miejsce, ale nie mialo zamiaru wracac.
Wiatr w oczach podnosil wielka fale i kiedy co druga z nich i wiatr
zaczely przyciskac nas do wody, a zlewy w lazience i kuchni
zamienily sie w tryskajace fontanny slonej wody, pomyslalem ze
szkwal nie szkwal, trzeba z tym cos zrobic. Zamknalem zawory denne
odplywu obu zlewow, ubralem sztormiak i wylazlem na poklad.
Zawietrzne wanty bezana, chociaz zwykle solidnie nacaigniete, teraz
luzno pukaly sciagaczami o podwiezi wantowe, Luka nie ma kokpitu,
wszedzie plaski poklad, wiec zaparlem sie o maszt, jak chlop o
widly, poluzowalem szot bezana by zmniejszyc napiecie na pelzacze,
az zagiel zaczal wsciekle lopotac w linii wiatru, i kawalek po
kawalku, sciagnalem go na dol.Luka przyjela ta zmiane z ulga,
podniosla sie z "kolan" i treraz jechalimy polwiatrem pod fokiem
marszowym, klaniajac sie po drodze gleboko wszystkim Morskim
Bostwom. Wieczorem sciagnalem swieza pogode, wynikalo z niej, ze nad
ranem wiatr zacznie siadac, a po 10 godzinach bedzie wiac z
polnocy, a potem z polnocnego zachodu, to dobra wiadomosc... Wacek
dostal wielkich oczu, i ani mu bylo w glowie wychodzic na poklad
.Probowalem go wystawic, zeby sie chlopak "odlal" i zrobil co tam
jeszcze zwykle wieczorem robi, ale spojrzal na mnie z glebokim
wyrzutem i jakby mowil, ja nigdzie nie wychodze, bede trzymal
"siki" do jutra. Zastanawialem sie czy zrobic zdjecie krwawo
zachodzacemu sloncu, gdy nagle dmuchnelo jeszcze mocniej i pekla
szekla mocujaca talie bomu, foka marszowego i zagiel razem z bomem
wylecial uwolnionym koncem za burte i pozbawiony "uzdy" juz nawet
nie lopotal, tylko strzelal ja z korkowca. Wskoczylem w spodnie od
sztormiaka, i boso, zwracajac uwage by caly czas dokladnie sie
czegos trzymac, dopelzlem do masztu.
DZIEN 254
Thu Nov 15 11:40:41 2007 UTC - 36
15.23 S - 42 29.86 W
Od wielu dni mamy silne wiatry,
na ogol w oczy, to chyba takie paskudne miejsce... Probujemy dopchac
sie blizej brzegu, ale nie zawsze sie daje. Dzis sie nie daje,
trzeba by przy okazji cofac sie na polnoc... Wydarzyly sie nowe
awarie, cieknie gumowy waz na generatorze. Nie ustalilem ktory, bylo
ciemno, a do tego pasek klinowy rozpryskiwal kapiaca wode po
wszytkim dookola, i w nocy nie mozna bylo na szybko ustalic skad
leci. Nadal nie ma wody w kranach i wyglada ze woda z odsalarki (dzieki
Bogu wciaz sprawnie dziala) nie dociera do zbiornika, nie zbiera sie
takze w zezie, ciekawe co sie znia dzieje... Czary, mary... Narazie
jednak tak nami rzuca, ze praca nad czymkolwiek bylaby "za kare" a
poniewaz to awarie "drugorzedne", czekaja na lepsza pogode. Nad
ranem, drzemalem w mesie wczepiony mocno w krawedz stolu i nagle
obudzilem sie gdy cos tapnelo, uslyszalem halas dokladnie taki jaki
wydaje z siebie napieta, pekajaca sruba. Zoladek mi sie
skurczyl, wyskoczylem do sterowki, wlaczylem wszystkie swiatla
pokladowe, ale z tego miejsca wszystkie wanty wygladaly dobrze.
Ubralem szybko gumowa "zbroje", lacznie z pasem bezpieczenstwa, i na
kolanach, jak pies, bo rzucalo nami wsciekle, i z latarka w reku
obmacalem wszystkie nawietrzne podwiezie wantowe, modlac sie w
myslach zeby to co peklo, peklo w tej innej rzeczywistosci, w tej, z
ktorej sie wlasnie obudzilem. I tak widac bylo, chyba ze peklo cos,
czego narazie nie moge znalezc...
DZIEN 253
Wed Nov 14 12:55:43 2007 UTC - 35
54.82 S - 42 14.76 W
Kabestan zostal wczoraj rozebrany
do ostatniej srubki. Teraz wymyty z resztek stwardnialego, latami
pracy i slonej wody - smaru, i nakarmiony swiezutkim, prosto z tubki,
kreci sie lekko jak kolowrotek. Idziemy polwiatrem w strone wybrzeza,
wieje 6-7B, rzuca nami niemilosiernie, ale jestesmy w obszarze
zmiennych wiatrow i nalezaloby sie stad jak najszybciej wyniesc.
Blizej brzegu wiatr powinien byc mniej chimerny...
Rano, gdy siedzialem w sterowce i budzilem sie kawa, zobaczylem
wyjatkowo duza rybe latajaca, ona rowniez zdaje sie lubila polwiatr,
bo tak wystartowala i ostrzyla do wiatru gdy opadala. Wyskoczyla jak
maly "perszing", szybowala tuz nad woda i nieszczesliwie wpadala
prosto w otwarty dziub szybujacego tuz nad woda ptaka.
Zastanawialem sie czy ta "latajaca" ryba byla na drodze by stac sie
ptakiem, czy to, co rozsuwa kiedy wyskakuje z wody, to
rozczapierzone pletwy czy cwane skrzydla.
Darwin nie mialby watpliwosci,
podobnie jak w przypadku pewnych, zyjacych na drzewach jaszczurek,
ktore rozciagaja faldy skory, gdy skacza z galezi na galaz,
zamieniajac sie na chwile w maly szybowiec. Na pierwszy rzut oka te
"uskrzydlone" stworzenia potwierdzaja zalozenia naturalnej selekcji
gatunkow, ale kiedy wziasc ktorys pod lupe, caly urok Darwina pryska.
Wedlug jego teorii skrzydla rozwinely sie z przednich nog, ale zeby
powstalo skrzydlo z nogi, potrzebne bylyby setki mutacji. Polowa
skrzydla nie wystaczy zeby fruwac i nie bylaby to juz ani noga, ani
skrzydlo. Nie mozna z czyms takim ani fruwac, ani uciekac. Z taka
konczyna jej wlasciel szybko stalby sie obiadem. Skrzydlo byloby
zdolne funkcjonowac, jesli te setki mutacji nastapilyby rownoczesnie,
i to conajmniej w dwoch zwierzetach naraz, plci przeciwnej, i ktos
kogos musialby potem zaprosic na kolacje, miec seks, a potem male ze
sprawnymi skrzydlami... To co nauka wie o mutacjach, wbija Darwinowi
noz w plecy, bo zdecydowana wiekszosc mutacji jest smiertelna. Jak w
takim razie moglo dojsc do setek niesmiertelnych mutacji...
Niemniej kiedy juz sie ta
przemiana dokona, wtedy naturalna selekcja rzeczywiscie
wyselekcjonuje lepsze skrzydla sposrod mniej sprawnych skrzydel, ale
same skrzydla musialy byc najpierw uformowane Czyjas Doskonala Reka.
DZIEN 252
Tue Nov 13 11:18:21 2007 UTC - 35
13.02 S - 41 13.93 W
Mamy swiezy poludniowo-zachodni
wiatr, idziemy ostro na bezanie, foku marszowym i sztakslu. Jestesmy
toche daleko od wybrzeza, w planie mielismy isc -+300mil od brzegu ,
teraz zaczniemy sie powoli zblizac. Pompa slodkiej wody nie moze
zassac wody ze zbiornika, pewnie ciagnie powietrze z jakiegos
przecieku na wezu, bede musial zdjac podloge i znalezc przyczyne.
Narazie wode pompuje nozna pompka w lazience . Dwa dni temu ponownie
rozbebeszylem kabestan i zamoczylem mu bebechy w ropie. Ostatnie dni
troche dmuchalo, i tryby kabstana nadal sie mocza, mam nadzieje ze
sie nie rozpuscily. Dzis sie za niego wezme.
Czy ma ktos wiadomosci od naszej samotnej zeglarki Nataszy Caban ?
DZIEN 251
Mon Nov 12 11:30:37 2007 UTC - 34
52.19 S - 41 16.54 W
Wczoraj w ciagu dnia wiatr
przycichl, ale wieczorem znowu dmuchnal, cala noc gwizdalo dobre 8
B. Nie dalo rady spac, za mocno rzucalo, teraz czuje sie spiacy .
Wiatr jakby powoli siadal, zjem jakas zupe, zapre sie o krawedz
stolu i moze uda sie przymknac oko...
DZIEN 250
Sun Nov 11 11:31:33 2007 UTC - 34
20.47 S - 41 29.59 W
Dzis wieje 6 w oczy,
idziemy zolwiem, pod wiatr, na foku marszowym i bezanie. Wczoraj
cisnienie spadlo do 980 i zrobila sie mala "pizdziawka", wialo pod
9B. Wnetrze Luki przypominalo pudlo skrzypiec, a wiatr swoim
smyczkiem pilowal po wantach. Szlismy baksztagiem na foku marszowym,
w pewnym momencie Luka przyspieszyla do 15 wezlow, wyostrzyla do
polwiatru, uderzylo w nas jak taranem i nabralismy wody lewa burta.
Mozna powiedziec, mielismy polowe wywrotki. Luka jest bardzo szeroka
i ma dobra statecznosc ksztaltu, sadze ze gdyby miala 3.5 zamiast
5m. szerokosci, poklonilibysmy sie glebiej. To byl przedsmak typowej
wywrotki, ktore prawie zawsze zdarzaja sie na kursie z wiatrem.
Jacht bardzo przyspiesza i slizgiem zjezdza z pojawiajacej sie co
jakis czas, nienaturalnie wysokiej fali , wyostrza ( rzadziej odpada
) do polwiatru, a gora takiego wielkoluda , zwykle sie zalamuje i
daje kopa w wystawiona burte i nadbudowke . Taki "kop" laczy sie w
wektor z energia wytworzona slizgiem jachtu z fali i niektore jachty
pokauzja w takich okolicznosciach "brzuszek" , albo traca maszty.
Szef Baranowski na "Polonezie" mial takich pare. Chlopaki na
"Starym"
w drodze z Ciesniny Beringa do Vancouver, gnali z wiatrem w 8-ce, na
malym foku i tez sie wylozyli, zamoczyli maszt i zgubili z pokladu
kilka rzeczy. W zeszlym roku, samotny zeglarz z Californii, w rejsie
z zachodu na wschod, wywalil sie w 8-ce niedaleko Przyladka Horn,
zgubil maszt i w efekcie porzucil jacht i marzenia, zabral go jakis
Chilijski rybak...
Nasuwa sie, chyba tylko jeden wniosek, nalezaloby w takich warunkach
zwolnic predkosc jachtu, linami ciagnietymi za rufa, albo mala
dryfkotwa, ktora przy pokazji pomagalaby utrzymac rufe do fali...
DZIEN 249
Sat Nov 10 10:22:11 2007 UTC - 33
27.45 S - 41 33.55 W
W nocy sie rozbujalo, w tej
chwili wieje 8, cisnienie 985 i zdaje sie jeszcze spada, ale to nie
jest rozlegly niz, weatherfax pokazal wiatr na maxa 40 wezlow,
ale ten czubek powinien wiac tylko kilka godzin, w nocy zacznie
siadac i pewnie wykreci. Wczoraj mielismy przyjemny dzien, zlozyl
sie z samych dobrych wydarzen. Uruchomilem generatory wiatrowe,
znowu laduja, a dzis malo sobie smigiel nie poukrecaja. Wychodzi na
to ze powodem awarii byl skopany amperometr. Gdy go tylko ominalem i
polaczylem przewod bezposrednio do akumulatorow, wiatraki ruszyly
jak narwiste konie, znowu mamy duzo pradu. Szczesliwie mialem
zapasowy amperometr, wiec nadal obserwujac sile ladowania wiatrakow
wiem w przyblizeniu ile wieje, wlasciwie wystarczyloby wychylic
glowe ze sterowki. Kiedy kieruje twarz w strone wiatru, i nie moge
nabrac powietrza, to znaczy, ze wjeje dobre 8 B. Nastepna dobra
wiadomosc to ze Beacie przeszedl na razie "swierzb" zwiazany z nowa
praca, a takze list od mojego lebskiego kolegi Krzyska z Long Beach,
ktory skontaktowal sie z kapitanatem portu w Ushuaia i zalatwil nam
z marynarka Chile pozwolenia na rzucenie kotwicy w zacisznej zatoce,
10 mil na polnoc od Przyladka Horn. Doskonale miejsce,j esli
bedziemy musieli czekac na okno dobrej pogody... Wiatr jaby sie
wzmagal, odciagnalem faly bezana od masztu i przywiazalem je linka
do wanty, strasznie tlukly o maszt i wprowadzaly go w drzenie a
razem z nim trzesla sie polowa jachtu...Teraz juz nami nie telepie ,
tylko wiatr gwizdze w wantach, wiatraki z wyciem wlaczaja sie co
chwile i wylanczaja, a to znaczy, ze wieje powyzej 35 wezlow , buja
nami z burty na burte i pompa autopilota zawodzi zalosnie. Idziemy
baksztagiem, na foku marszowym, mam nadzieje ze sie mocniej juz dzis
sie nierozdmucha , bo trzeba bedzie zrzucic takze foka.
DZIEN 248
Fri Nov 09 10:49:33 2007 UTC - 32
58.03 S - 40 10.34 W
Cicho, wszystko pokryla gesta jak
zsiadle mleko mgla, nie widac dziobu, powoli opada na poklad
rozpuszczony w powietrzu deszcz.
Wydaje sie, ze mozna by troche tej mgly nabrac w dlonie i wyzac jak
mokra chusteczke. Wacek obszczekuje jakies niewidzialne istoty.
Doskonala scenografia do morskiego horroru z jakas wielka uzebiona
morda wyskakujaca nagle z wody, bialym wk......nym wielorybem , albo
osmiornica z wielka glodna morda... .hehe
DZIEN 247
Thu Nov 08 11:51:19 2007 UTC - 32
50.16 S - 39 46.53 W
Pogoda super na przejazdzke
jachtem, powiniem byc grill na rufie, zimny browarek i dziewczyny
bez "stanikow" (Beatko te gole "cycki" to tylko mrzonki
wyglodnialego zeglarza). Po poludniu dodzwonilem sie do chlopakow na
Selmie, wieczorem mieli wejsc do mariny w Rio De Janeiro i zaraz
szykowali sie na wielkie zarcie. Pewnie siedzieli potem przy jakims
grillu na plazy, ciagneli zimne piwo albo flaszke czegos dobrego,
tluszcz splywal im po brodach gdy przezuwali soczyste kawalki
marynowanej w przyprawach, dobrze upieczonej wolowiny, otoczonej
wiankiem przypieczonegu tluszczu .
K....wa! a my z biednym Wackiem od 8 miesiecy na konserwach. Jedni
zra
tluste steki i macaja jedrne brazylijskie tyleczki, a drugiemu wiatr
w oczy, przeterminowane konserwy i zepsute generatory wiatrowe. Ale
podobno rzeczy pozostaja w ciaglym ruchu, i wszystko nieustannie sie
zmienia. Ktoregos dnia dojemy stare konserwy, i wtedy z oficerem
Wackiem siadziemy przy jakims zacienionym stole, kazemy sobie podac
flaszke najczystszej, zmrozonej wodki i zaczniemy od langusty z
roztopionym maslem, a potem przyniosa nam po soczystym, tlustym,
grubym na 3 cale, dokladnie wypieczonym steku z poledwicy wolowej.
Amen.
Wieczorem bylismy swiadkami czegos niezwyklego. Robilem cos w srodku,
gdy Wacek zaczal ujadac w ten dla siebie wyjatkowy, alarmujacy
sposob. Wyszedlem na zewnatrz i zobaczylem stado, moze ze 200
delfinow. Plynely rozciagniete w dlugiej linii i tak darly do przodu,
jakby w panice przed czyms uciekaly. Woda gotowala sie wokol nich.
Skoczylen na dol po aparat , zmarnowalem na to dobra chwile, ale to
jedyny, ktory jeszcze dziala, wiec trzymam go w bezpiecznej mesie.
Gdy wrocilem, bylo widac ze szybko sie oddalaja, i nagle, jak na
komende, zaczely bardzo silnie uderzac ogonami o wode. Robily taki
halas, jaki robi nadchodzaca burza, widowisko jak na "stypie"
przed Bellagio. (przyp.
Bellagio
)
Rozciagniete w dlugiej tyralierze, nieustannie, z wielka sila,
walily ogonami o wode, wciaz szybko sie oddalajac. Pomyslalem zeby
zmienic kurs i wlaczyc kataryne, ale nie dogonilbym juz tego
widowiska, przesuwaly sie zbyt szybko. Zrobilem kilka zdjec, ale z
daleka wygladalo to jak biale wierzcholki fal. Pomyslalem ze musialy
polowac. Najpierw okrazaly lawice ryb, i zbijaly ja w ciasna pake, a
potem ogluszaly ryby gwaltownymi uderzeniami ogonow.
Nabieram wiekszego szacunku dla delfinow, to nie tylko sympatyczne
ssaki otwierajace usmiechniety pyszczek po rybke w oceanarium,
wczoraj daly pokaz ukierunkowanej, grzmiacej sily...
DZIEN 246
Wed Nov 07 15:07:41 2007 UTC - 32
47.31 S - 39 20.95 W
.jpg)
Wczorajszy wieczor spedzilismy na
pokladzie i z najlepszego miejsca na "sali" i kubkiem Whisky,
ogladalismy przedstawienie pt. "Odejscie Dnia". Autorom nalezy sie
burza oklaskow, to byl wspanialy pokaz kolorow i ksztaltow. Kawalek
widowiska wysylam z dzisiejsza poczta . Potem gdy noc zaciagnela
kurtyny, zaczalem myslec o reinkarnacji, o nowym dniu, ktory urodzi
sie jutro od nowa ...
Gdyby troche pogrzebac w historii kosciola, to okaze sie ze
reinkarnacja byla trwalym elementem naszej wiary az do soboru
Kosciola Katolickiego w Nicei, w 325 r. kiedy to ustalono date Swiat
Wielkanocnych, przesunieto urodziny Chrystusa z 6 stycznia na 25
grudnia, i w drodze demokratycznego glosowania umowiono sie, ze od
teraz Jezus bedzie nazywny Bogiem.
W 303r. cesarz Dioklecjan nakazal zniszczenie wszystkich ksiag
chrzescijanskich jakie mozna bylo znalezc, a w rok po soborze w
Nicei , cesarz Konstantyn ponowil czystke i zniszceniu ulegly
wszystkie istniejace wtedy opowiesci o Jezusie, w efekcie czego poza
nielicznymi apokryfami, najstarsza dzis biblia pochodzi z IV wieku.
Juz w roku 331 Konstantyn zlecil i sfinansowal napisanie nowej
wersji biblii, do ktorej mozna bylo wprowadzic poprawki i od nowa
zredagowac w sposob wygodny dla polityki cearza. Reinkarnacja nie
pozwala na wprowadzanie polityki strachu i trzymania ludzi za szyje,
pod grozba wiecznego potepienia. Kosciol mowil "badzcie grzeczni, bo
jak nie..." a reinkarnacja "bedziecie mieli jeszcze jedna szanse , i
potem druga, i jeszcze wiele po nich, nie musicie sie bac, starajcie
sie byc najlepszymi jakimi potraficie, przyrzeknijcie sobie poprawe
i idzcie dalej".
Kosciol nie mogl sobie na takiego
"aniolka" pozwolic i ziejac ogniem, potepil doktryne reinkanacji
jako herezje, a powstala wyrwe zalatano spowiedzia. Spowiedz miala
zastapic to, co obiecywala reinkanacja, nastepna szanse. Do planu
wlaczono takze i ta zmiane, ze rogrzeszenia nie mogl nam juz
udzielic bezposrednio Bog, teraz o wybaczenie nalezalo blagac
ksiedza, ktory wyznaczal pokute. Naszyta "lata" ukazala jednak
kolejna dziure gdy ludzie szybko doszli do wniosku, ze teraz moga
grzeszyc do woli, byle tylko raz do roku sie z tego wyspowiadac, i
znowu strach opuscil ludzkie serca.... By temu zaradzic i znowu
zasiac w nich strach wymyslono czysciec. Czysciec z natury mial
przypominac pieklo, ale pobyt w nim nie byl permametny i mial trwac
adekwatnie do ciezaru popelnionych grzechow. Teraz nawet po
spowiedzi, na jakis czas ladowalo sie w czysccowym kotle. Niemniej w
doktrynie czyscca przewidziano mozliwosc wykupienia sie, i to w
sensie doslownym. Mozna bylo uzyskac odpust od dostojnika kosciola i
skrocic sobie pobyt w tym brzydkim miejscu lub jesli mialo sie duzo
zlota, niezaleznie od jakosci grzechow, mozna bylo kupic sobie bilet
prosto do nieba. Nie spodobalo sie to maluczkim, bo na ta
ekstrawagancje stac bylo tylko bogatych.
Wtedy jak ochlap z panskiego stolu, rzucono szaraczkom mozliwosc
zapalenia swieczki w kosciele, a spalajacy sie wosk mial w jakis
sposob ulzyc "sponiewieranym duszom czysccowym" i chociaz niczego
nie mozna bylo kupic w tym "sklepie" dla siebie, to za pieniazka
albo dwa (im wiecej pieniazkow wrzuconych do blaszanej
skarbony tym lepiej) , wraz ze swieczka jako dowodem wplaty, mozna
bylo kupic naszym zmarlym lepsze miejsce w czysccowym kotle, pewnie
gdzies z brzegu, gdzie chlodniej... Czaru dopelniac mialy modlitwy,
zredagowane podobnie jak wszystkie modlitwy Nowego Testamentu, przez
osobistego sekretarza, cesarza Konstantyna, ktory jak diabel, az do
smierci bal sie swieconej wody, i za zycie nigdy nie pozwoli sie
ochrzcic...
Mnostwo swieczek migotalo potem w kosciolach i brzeczaly monety
wpadajace strumieniem do blaszanych skarbon... To sie nazywa
robic interes...
DZIEN 245
Tue Nov 06 11:40:31 2007 UTC - 32
26.82 S - 39 4.44 W
Okazalo sie ze wczorajszy
sztormik rozprul takze kawal potrojnego szwu na foku marszowym, gdy
tylko uporalem sie z naprawa bloczka prawego baksztagu, wzialem sie
za szycie. Nie uzywalem rekawicy i grubych igiel, wykorzystalem
stare dziurki, szylem cienka igla i dakronowymi nicmi do szycia
maszyna. Zeby uniknac przesuniecia szwu skleilem najpierw krawedzie
rozprutego zagla dwustronna tasma. Pozostawilem na szwie probki
mojej szlachetnej 0Rh+, za kazdym razem gdy nie trafialem w stare
dziurki i przebijalem igle przez dwie warstwy dziewieciouncjowego
dakronu, drugi koniec igly wbijal sie w moj kciuk. Szycie jednak
wyszlo mocne i w tym miejscu raczej sie juz nie rozpruje. Podczas
naprawy bloczka, musialem powiekszyc troche dziurke przez ktora
przechodzil pekniety trzpien. Wiadomo ze przy wierceniu stali
nierdzewnej trzeba najmocniej jak sie da dociskac wiertlo, inaczej
sie nic nie wywierci. Zajalem dobra pozycje (dobra pozycja to polowa
sukcesu) wlaczylem wiertarke, docisnalem do otworu wiertlo, no i
spotkala mnie niespodzianka, wiertlo sie wyprostowalo... hehehe. Nie
peklo, nie odprysla krawedz tnaca, tylko sie rozwinelo, chyba
powinienem zrobic zdjecie tego oryginalu. Wzialem do reki pudelko z
reszta jego, bylem juz teraz pewien, chinskich braci, ktore dumnie
oswiadczalo ze zawiera komplet 30 tytanowych wiertel, dopiero po
dluzszej chwili, w tylnim rogu znalazlem malutki, wytopiony w
pudelku napis Made in China. Wyglada ze zabraklo im stali weglowej,
zrobili wiertla z miekkiego drutu i powlekli zoltawym metalem
imitujacym stop tytanu. Wlasciwie mozna by je nazwac wiertlami
ryzowymi heheh. Dzieki Bogu, mam jeszcze stare, pordzewiale, nieraz
juz zlamane wiertla, zrobione przez solidnych anglosasow...
DZIEN 244
Mon Nov 05 11:08:11 2007 UTC - 32
5.97 S - 38 57.19 W
Wczoraj naprawialem gorna klape w
wejsciu do sterowki. Z jakichs przyczyn futryna zrobila sie za
ciasna i zewnetrzny koniec klapy ocieral o
nia, trzeba bylo niezle pociagnac zeby sie zamknela. To jedna z tych
trudnych do rozwiazania zagadek, wyglada jakby Luka podczas tego
rejsu
zeszczuplala... Wydrapalem szczeliwo, odkrecilem framuge,
odsunalem
ja troche, przykecilem w nowych miejscach i uszczelnilem. Wieczorem
zaczelo wiac z poludnia, prognoza mowila o malej 7-ce , ale
wiekszosc nocy wialo dobre 8. Szlismy pod wiatr z jednym refem na
bezanie i fokiem
marszowym. Drzemalem na kanapie (na dole mniej buja), wychodzac co
chwile do sterowki. W pewnym momencie uslyszalem metaliczny huk ,
prawie wystrzal, wiedzialem ze cos peklo, moze jakas wanta. Wpadlem
do
sterowki, zapalilem swiatla pokladowe i odetchnalem z ulga gdy
okazalo sie ze to tylko zlamal sie trzpien w bloczku tali,
naciagajacej prawy baksztag... Ranek wstal sloneczny, robilem kawe
kiedy kopnela nas mamucia fala, godna Przyladka Horn, Luka zatrzasla
sie cala i zatrzymala w miejscu. Plyniemy bez autopilota, Luka
trzyma sie kursu na wiatr bez pomocy, wszystko jest ladnie, poza tym
ze generatory wiatrowe nadal nie laduja, czekam na jakies
slowo od producenta. Musze takze uspokoic niustannie trzepocacego
sie w takich warunkach foka marszowego, wymyslec mu jakis inny
kontra szot ...Jego telepanie, gdy Luka zbliza sie do linii wiatru,
wprowadza w turbulencje caly jacht, moje zmysly odbieraja ta
trzesiawke jako cos bardzo nieprzyjemnego, jakbysmy za chwile mieli
sie rozpasc. Po dzisiejszej nocy wszystko co nie bylo zamocowane,
przesunelo sie na lewa burte, przypomina to ze zblizamy sie do Pana
Horn i nalezaloby wszystko solidnie przymocowac.
DZIEN 243
Sun Nov 04 08:49:07 2007 UTC - 31
26.24 S - 39 0.42 W
Nie wydarzylo sie nic wartego
uwagi.
DZIEN 242
Sat Nov 03 12:05:23 2007 UTC - 31
16.81 S - 38 52.84 W
W nocy obudzil mnie szamoczacy
sie bezan, czekalem chwile w nadzieji ze znowu dmuchnie, ale po
kilku minutach poddalem sie i poszedlem go
zrzucic, polozylem spac takze foka marszowego i sztaksla. Byla
ciepla
wilgotna noc. Poprzedniego dnia cos podmuchiwalo, w pewnym momencie
przyszkwalilo troche, do foka i bezana dostawilem sztaksla,
pojechalismy chwile 5 wezlow i wtedy zlapala sie dorado.Zobaczylem
tuz pod powierzchnia wody podazajacy za nami granatowo-zielony cien
na koncu linki. Pamietajac ostatnia dorade, ktora zdychala na
pokladzie z 10 min. bo zaponialem noza, a balem sie zwolnic napiecie
linki zeby sie niewypiela, polecialem najpierw po noz i zaczalem
wybierac linke.
Podciagnalem dorado pod sama rufe i uderzylo mnie piekno kolorow ,
niesamowicie intensywne poloczenie ciemno niebieskiego, soczystej
zieleni, jaskrawo zoltego ogona i biegnacej od czubka glowy do ogona
, zolto zielonej pletwy grzbietowej. Jakos nie mialem ochoty
niszczyc czegos tak bajkowego, zwykle uzywam duzego haka na drazku,
ktory wbija sie w okolice lba, by ryba nie wyhaczyla sie podczas
wyciagania z wody, tym razem najdelikatniej jak to mozliwe wyjalem
ja na poklad ciagnac za
wrzynajaca sie w palce linke, bohater Wacek szczekal i trzasl sie
caly
z podniecenia, ale robil to profilaktycznie zza moich nog i z poza
nich
nie wytykal nosa. Kolorowa zjawa zaczela szamotac sie na pokladzi ,
i po chwili lekko zahaczony hak wypial sie z jej pyska. Poczulem
ulge, dorado zaczela skakac po pokladzie, Wacek dal dyla pod ponton,
a ja zastanawialem sie jakby jej tu pomoc dac nura, skakala jeszcze
chwile i w koncu wysunela sie pod siatka rozpieta miedzy
relingiem, machnela
ogonem i zniknela. Poczulem przyjemnosc , ale zaraz potem zaczalem
sie zastanawic czy czasem nie robi sie ze mnie miekka pizdeczka, i
czy
przypadkiem gdy juz zacumujemy w Ensenadzie nie zaczne robic na
drutach...
DZIEN 241
Fri Nov 02 11:00:25 2007 UTC - 31
32.93 S - 39 14.31 W
Wiatr dzis slaby i co chwile
wykreca. Autopilot odpoczywa, Luka pod bezanem i fokiem marszowym
skreca razem z wiatrem.
Udoskonalilem wczoraj chlodnice oleju, podszylem poszarpany koniec
polskiej bandery, prezent od wuja Jana. Szkoda ze Horn jest taki
nieprzejezdny, bo moze i tu wujek podrzucilby troche browaru i tej
pysznej, suszonej kielbasy...Ale od Przyladka Horn bedzie juz nie
daleko, jakies 5 tysiecy.mil z malym okladem, a w Ensenadzie sobie z
Wackiem
poszalejemy. Ciekawe na jakiej pozycji jest teraz
Selma, moze ktos
wie ? Mozliwe ze sie gdzies po drodze spotkamy...
DZIEN 240
Thu Nov 01 10:03:11 2007
UTC - 31 18.31 S - 39 34.92 W
Dzis robimy mala impreze,
otworzymy flaszke whisky, wpadna do nas Antos, Mirek i Zocha. Babcia
Zosia tez lubila czasem kieliszeczek, dostawala wtedy rumiencow na
policzkach i z miloscia zaczynala temat
swojego ukochanego , mlodszego wtedy nieco Jasia...Towarzystwo wiec
bedzie zgrane i kto wie moze na jednej flaszce sie nie skonczy ...
W nocy troche gwizdalo, dmuchalo duze 7, ale nie jestem tego do
konca
pewien, nie mamy wskaznika sily wiatru , i nadal nie dzialaja
generatory wiatrowe. Wskazik ladownia, pokazywal mniej wiecej sile
wiatru, bez koniecznosci wychylania glowy na zewnatrz ... Brakuje mi
ich bardzo, zwlaszcza w nocy jak wczoraj, kiedy autopilot pracuje
ciezko i wysysa akumulatory. Z dzialajacymi generatorami, mimo
autopilota i uzywanego do pozna komputera, baterie dzis rano bylyby
naladowne pod korek...
|