DZIEN 3 60
Fri
Feb 29 17:50:05 2008 UTC - 0 34.86 N - 107 31.01 W
Wczoraj wieczorem minelismy rownik, wrocilismy na "nasza" polkule.
Zastanawiam sie kto wymyslil te wyglupy na rowniku, smarowanie ludzi
tawotem, zmuszanie do wypicia szczyn kolegi doprawionych ketchupem...
To chyba bicie piany, zeby bylo troszke jak oplyniecie Hornu... i
temat w barze na morskie opowiesci, ile to juz razy przechodzilem
rownik i w jaki to sposob w zwiazku z tym powinno sie o mnie myslec...
Od momentu kiedy jeszcze jako "ciele" doswiadczylem jak niestala i
chimerna z natury jest ludzka tzw. dobra opinia, przestalem o nia
zabiegac.
Dopoki przejmowalem sie jak i co mysla o mnie inni, ludzie mieli
mnie w reku... Dopiero kiedy przestalem zabiegac o uznanie z
zewnatrz, stalem sie "panem" siebie...
Jeszcze przed rejsem nosilem w sobie resztki proznosci, chcialem
zeby w "moim" portowym barze "Pod Omega" wisialo zdjecie Luki, a pod
nim bandera ktora mielismy w rejsie, ale i na tym przestalo mi
zalezec, teraz kojarze to z pomnikiem na grobie, nie lubie cmentarzy...
Teraz zalezy mi zeby wziazc na kolana Beate i nazrec sie dobrze
uwedzonej kielbasy, reszta to iluzja i brednie.
DZIEN 359
Thu
Feb 28 18:35:19 2008 UTC - 0 6.11 S - 106 53.98 W
W nocy troszke chuchnelo i wplynelismy do morskiej oazy ...
Wacek szaleje od rana, obszczekuje ptaki od ktorych sie tu roi, obok
nas przeplynelo wielkie stado delfinow.
Nie wzbudzilismy w nich zainteresowania, minely nas pol mili po lewj
burcie. Bez pospiechu poplynely w strone rownika, jak gdyby cale "plemie"
przenosilo sie na nowe tereny lowieckie.
Mlode delfiny, a takze te duze, ale wciaz "mlode" baraszkowaly i
robily sztuczki godne najlepszego oceanarium. To nieprawda ze
trenerzy ucza delfiny tych sztuczek, ktorymi pozniej zachwycaja
widownie. Wszystkie te piruety, obroty i wyskoki z wody robia
naturalnie dla zabawy, w niewoli mozna je tylko przekonac jedzeniem,
zeby robily swoje sztuczki na zawolanie ..
Stado powoli przeplywalo obok, z tej odleglosci nie bylo sensu robic
zdjecia naszym aparatem, oparlem sie wygodnie o bezana i przez
lornetke, jak w teatrze, obserwowalem przedstawienie.
Najwyzej skakaly mlode delfiny, co chwile ktorys z nich wyskakiwal z
wody, pionowo w gore, jak pocisk, na dobre 10 metrow, albo i wyzej...
Czasem ktorys obracal sie wolno w powietrzu, i wchodzil do wody,
czysto jak skoczek z trampoliny. Najczesciej jednak spadaly jak
klody drewna, rozbryzgujac wode na wszystkie strony. Odnioslem
wrazenie ze jeden wiekszy, mistrz w skokach pokazywal mlodym jak sie
skacze, a te go nasladowaly, czesto z komicznym skutkiem.
Wieksze, powazniejsze delfiny gustowaly w krotkich i szybkich
skokach tuz nad woda, obracaly sie szybko o 360* i plasko, na
chlopaka spadaly do wody. Wesole stado, jak trupa cwiczacych przed
wystepem cyrkowcow minela nas wolno, nieswiadoma albo ignorujaca
przypadkowa widownie.
Potem zauwazylem cos na wodzie, w takiej ciszy, powierzchnia oceanu
jest gladka jak lagodnie pofaldowane lustro, z daleka widac kazda "skaze"
na powierzchni... Posuwalismy sie zolwiem, w strone miniaturowej
wysepki, a ja przez lornetke probowalem zajarzyc co to jest...
Moze zwloki delifina, albo mlodego wieloryba...
Zblizylismy sie jeszcze bardziej i doszedlem do wniosku ze to musi
byc duzy zolw. Ale koles w ogole sie nie ruszal, moze spi, a moze
zdechl. Jesli zdechl i nie za mocno jeszcze smierdzi, moglbym wyjac
go na poklad, wydlubac zwloki i mielibysmy monstrualnie wielka
skorupe na cos.
Trofeum... Wpadlem w trans mysliwego, ale w zadnym razie nie mialem
zamiaru zabijac zolwia, gdyby okazalo sie ze tylko ucina sobie
poobiednia drzemke.
Krzyczalem, walilem kawalkiem drewna w kadlub jachtu, ale wygladalo
ze jest zdechly albo gluchy. W koncu wyjalem rakietnice i
wystrzelilem celujac kilkanascie metrow od niego.
Huk wystrzalu i potem gotujacy sie pod woda fosfor obudzil go na
chwile. Zolw powoli podniosl glowe, rozejrzal sie w zolwim tempie,
machnal dwa razy pletwa, jakby mowiac "zyje ale nie chce mi sie
ruszac" i znowu zasnal.
Po jakims czasie minelismy spiocha, i nic juz nie zaklocalo gladkiej
powierzchni oceanu...
Minelo nas stado delfinow, minelismy spiacego zolwia, mija czas, i
nasza podroz przemija...
Niedlugo bedzie wspomnieniem, zostanie w kilwaterze mojego rejsu
przez zycie.
Przemijanie to jedyna prawda. Nic nie trwa w niezmienionym
stanie, wszystko nieustannie sie zmienia...
Nawet trwalosc nie jest trwala, bo nie moglaby zaistniec bez
odniesienia do nietrwalosci...
Czasem odczuwamy smutek, gdy cos sie konczy, jak wtedy gdy patrzymy
na wiednacy kwiat, jesli jednak uda sie nam przesunac uwage za
wysychajace platki, zobaczymy ze ten kwiat wyrasta z galezi drzewa,
i tak naprawde nie umiera, tylko ulega przemianie i za kilka tygodni
wyda slodki owoc. Trudno zroumiec zycie, jesli nie zrozumie sie
najpierw ze przekwitanie to oznaka zblizajacego sie owocowania...
a my jestesmy drzewem w Boskim Sadzie.
DZIEN 358
Wed
Feb 27 16:16:53 2008 UTC - 0 39.97 S - 106 18.31 W
Dopadla nas cisza i wyglada ze w niej ugrzezniemy. Wszelkie
spekulacje na temat wejscia do Ensenady nie maja w tej chwili sensu,
mozna bedzie cos zalozyc dopiero kiedy przekroczymy 10 stopien N.
Coraz wiecej ludzi pyta, kiedy bedzie wiadomo dokladnie ktorego dnia
wejde do portu, czy bedzie to weekend itd...
Te
pytania morduja moj "swiety spokoj", ktory tak bardzo tu
sobie cenie.
Ustalenie, nawet przyblizonego terminu wklada nas w ramy i
powoduje ze podswiadomie zaczynam sie spieszyc, a piekny sloneczny
dzien, taki jak dzisiaj, zaczyna mnie irytowac, bo nie ma wiatru.
A to wszystko dlatego ze ludzie koniecznie musza znac termin naszego
powrotu...
Do Ensenady wejdziemy kiedy tam doplyniemy, a kazda spekulacja z
mojej strony na temat daty to takze zobowiazanie, a taka "uzde"
pozwalam sobie zalozyc tylko z nozem przy szyji...
DZIEN 357
Tue
Feb 26 18:45:17 2008 UTC - 0 57.02 S - 105 54.45 W
60
mil do rownika. Wczoraj wykrecilismy 15* na zachod, ale i tak
dzisiaj dopadla nas cisza, cos tam wciaz nas popycha, ale na wodzie
nie ma nawet jednej zmarszczki, Mama Ocean gladka ma dzis buzie, i
milo sie do nas usmiecha...
"Domowy wrzod" pekl, wylalo sie wiadro ropy, ale teraz przynajmniej
bedzie mogl sie zagoic...
Wacek zmienil preferencje, nakretki juz go nie podniecaja, teraz
wynosi narzedzia z maszynowni.
Znalazlem duzy srubokret i szczypce do wyciagania zawleczek,
niedawno ich szukalem...
Przy okazji uzycia toalety stwierdzilem ze woda splywajac kreci sie
w lewa strone, co znaczy ze nadal zeglujemy na polkuli poludniowej.
Ciekawe w ktora strone zakreci moja fasolka po bretonsku jutro rano.
Heheh...
DZIEN 356
Mon
Feb 25 15:36:53 2008 UTC - 1 37.59 S - 105 11.68 W
Plyniemy.
DZIEN 354
i 355
Sun
Feb 24 15:08:59 2008 UTC - 2 40.25 S - 104 30.17 W
24 luty
Smutno i szaro. Od wielu lat hodujemy z Beata sliczny kwiatek,
kwiatek teraz choruje i usycha. Smutno i szaro.
Nadal
cicho, nie moge nic od niej wyciagnac, musialo wydarzyc sie cos
exstra large i moj aniolek pewnie zamoczyl w tym swoje lapki, a
teraz postanowila byc dumna i sie nie tlumaczyc. Ja wszystko
rozumiem, tylko srodek morza to chujowe miejsce na takie emocjonalne
zabawy i do tego nie mam gorzaly.
23 luty
Plyniemy mimo slonca zrobilo sie szaro.
Beata wyslala mi w nocy z 10 SMS, ale nie odbiera telefonu...
Ma jakies problemy. Ostatnio chyba za bardzo krytykowalem jej
decyzje, zwlaszcza te ktore podejmowala pod wplywem emocji.
Prawie zawsze wychodzila z nich jakas kaszana, i nie moglem
powstrzymac sie od siarczystych uwag. Teraz Beata sie zamknela i nie
chce powiedziec co sie stalo. Nie wiedziec, nie rozumiec, nie
widziec, to dla mnie najwieksza meka. Pieprzony "lek przed
nieznanym"...
Potrafie rozwiazac kazdy wezel jesli go widze, nie ma dziury ktorej
nie potrafilbym odetkac, jesli moge ja znalezc, ale dla takich "madrali"
jak ja, istnieje cos extra, cos na czym nie mozna polozyc reki i
dokrecic srubki, pieprzony "lek przed nieznanym". Przysiadl teraz na
salingu, jak smierdzacy, nadgnily nietoperz, i sie nam przyglada...
DZIEN 353
Fri
Feb 22 16:28:57 2008 UTC - 4 42.32 S - 102 59.01 W
Wiatr przycichl jeszcze bardziej, ocean robi sie plaski, w nocy
zastanawialem sie czy nie zrzucic genuy, ale ciagnela troche i
autopilot trzymal nas na kursie.
Wczoraj dostalem list ze spozniona informacja o zacmieniu ksiezyca,
wiec ta krwawa poswiata na ksiezycu poprzedniej nocy zapowiadala
zacmienie...
No i sprawa sie wyjasnila.
Wywalilem wszystko z magazynku, do ktorego dostac sie mozna tylko
wlazem z pokladu, magazynek pelni takze funkcje grodzi zderzeniowej.
Teraz liny, cumy, obijacze, zapasowa kotwica i 30m lancucha
wygrzewaja na pokladzie wilgoc z Przyladka Horn.
Zapas to kotwica plugowa, kupilem ja tanio, bo Chinka, ale
oczywiscie zrobilem blad, nie byla jeszcze w wodzie a juz solidnie
pordzewiala, chyba oplucze Chineczke slodka woda, i prysne jakas
farba ...
Lepiej zrobilbym kupujac kotwice uzywana, ale zrobiona w US, albo w
np. solidnej Szwecji .
Nieustannie czegos doswiadczam, a to cos, to zwykle efekt
moich poprzednich decyzji...
Chcialem miec w zapasie nowa kotwice, ale w ciagu roku, z nowej
zrobila sie stara i trzeba ja bedzie od teraz malowac. Moze spotkamy
jakiegos zeglarza bez kotwicy, chetnie mu ja podaruje. Moze wlasnie
dlatego kupilem ja i wioze dookola swiata, moze wlasnie przechowuje
ja dla jakiegos Johna, albo Kazika bez grosza, ktoremu niedlugo
zerwie sie jedyna kotwica, i zacznie modlic sie o nowa...
DZIEN 352
Thu
Feb 21 17:45:13 2008 UTC - 5 36.22 S - 102 28.76 W
Wspaniale zeglowanie, chociaz powinno to zabrzmiec wspaniale bycie
na oceanie, bo zeglowania jest malo, plyniemy bardzo wolno, i
wlasciwie Luka prowadzi sie sama, a ja czuje sie jak w domku na
wodzie...
Jest cieplo, ale nie jest goraco, chlodzi nas przyjemny wiaterek,
starcza go akurat tyle zeby wypelnic wielka genue i pchac nas wolno
w strone Ensenady.
Tym razem zdazylem wymienic fal zanim sie urwal, „wprawa czyni
mistrza”
Dzis genua zjechalaby pewnie na dol, linka topenanty byla prawie
przetarta. Odcialem koncowke, a nowa zabezpieczylem plastikowym
wezem, i poprawilem tasma, to na jakis czas wystarczy.
Genua nr 2, ma ze 20 lat, ale jest w dobrym stanie i rozciagnieta na
bomie doskonale radzi sobie ze slabym wiatrem i nic o siebie nie
trze. Kupilem ja tuz przed rejsem „na dobicie” ale zostanie z nami.
Stary zagiel potrzebuje jednak przeszycia, zwlaszcza dolnego liku,
wytelepal sie przez lata i w wielu miejscach zaczyna puszczac szfy.
Wygrzebalem wiec nasza maszyne do szycia, ale okazalo sie ze
powinienem czesciej do niej zagladac, troche zardzewiala.
Potraktowalem ja natychmiast mala sczotka druciana na wiertarce i
duza iloscia DW40 (skuteczny odrdzewiacz).
Dzis nasmarujemy nasza szwaczke olejem, i sprawdzimy czy nadal szyje.
Nie jest latwo znalezc maszyne do szycia zagli.
Pomijajac ze musi byc solidna by przebic, czasem wielowarstwowe
sekcje zagla, to musi szyc zygzakiem (prosty szef oslabia zagiel), i
musi miec walkingfoot – czyli dociskajaca i przesuwajaca material
stopke.
Wiekszosc maszyn, jesli nawet szyja zygzakiem, sa zbyt delikatne,
albo nie maja ruchomej stopki, i potrzeba zaloganta zeby wyciagal
material z maszyny.
Kupilem ja na Ebay’u ( aukcja podobna do Alegro), i dopiero na
miejscu okazalo sie ze to wytwor Chin Ludowych.
Odsylanie nie wchodzilo w gre, bo maszyna ciezka, i poki co szyla...
Niemniej w chwili gdy zblizylismy sie do rogu zagla,
natychmiast sie rozregulowala i przestala szyc.
Nigdy wczesniej nie zblizalem sie do maszyn do szycia i nie mialem
pojecia gdzie ja „zabolalo”.
Ale to przeciez maszyna, a maszyny dzialaja w sposob logiczny,
przyczyna i skutkiem.
Zanurzylem sie w temat i po tygodniu zmagan i zamontowaniu kilku
wzmacniajacych srubek, maszyna zaczela mnie sluchac, a ja stalem sie
ekspertem od regulacji maszyn do szycia. Ten tydzien bliskosci,
przywiazal nas do siebie hehehe, i mimo ze to Chinka, mam dla niej
sentyment. Przeszylismy razem prawie wszystkie przednie zagle i
skrocilismy kupiona na ebay za $200, stumetrowa genue z kewlaru,
byla ze 2 m za dluga.
Nie mialem okazji jej uzywac, ciekawe czy to moje przeszycie obu
dolnych rogow wyjdzie jej na zdrowie. Potem odkrylem, ze aby
skutecznie naprawic zagiel, trzeba go najpierw naciagnac, inaczej
dupa blada, ciasne miejsce bedzie mocniej ciagnac i znowu sie porwie.
Wieczorem zza horyzontu wylonila sie wielka tarcza ksiezyca. Gdy
potem lustrowalem otoczenie, srebrny ksiezyc zmienil sie w
zoltobrazowy.
W ygladalo
to jak scena z horroru „Smierc planety”.
Gapilem sie i zastanawialem co sie naszemu lysalowi stalo...
Kolo polnocy krwawy kolor zniknal, zniknela tez wieksza czesc
ksiezyca.
Na bezchmurnym niebie wisial cienki, srebry rogal...
Gdy kilka godzin pozniej sprawdzalem otoczenie, na niebie znowu
krolowala pelna tarcza ksiezyca i oswietlala ocean srebrnym blaskiem,
jak gigantyczna latarnia.
To musialo byc zacmienie ksiezyca, i ta zoltokrwawa poswiate
spowodowala jakas planeta, ktora potem go przeslonila.
Wacek ujada na pokladzie, w okolicy poluje stado delfinow, zaganiaja
ryby w ciasne kregi a potem ogluszaja je tlukac
wsciekle ogonami o wode. Moze i nam cos zagonia...
DZIEN 351
Wed
Feb 20 17:39:43 2008 UTC - 6 40.17 S - 101 53.29 W
Pasat slabnie, plyniemy wolno, ale dzieki i za to, kazdego dnia
zblizamy sie do Ensenady.
Przygladalem sie topenancie grota, ktora teraz podniesiona jest
genua. Blok topenanty zamocowany jest na tylniej stronie masztu, a
sztag, jak to sztagi maja w zwyczaju, jest z przodu, wiec lina idzie
dookola masztu i opiera sie o topwante ktora po niej piluje i
przeciera line.
Dzis zrzuce genue, obetne koniec topenanty do miejsca w ktorym sie
przeciera, a nowy koniec zabezpiecze jakims cienkim wezem.
Od pewnego czasu zycie na Luce zwolnilo tempo, wzialem sie wiec za
wychowanie zalogi.
Narazie odzwyczailem Wacka od traktowania calego pokladu jak ogrodka
i od kilku dni zalatwia sie tylko na rufie.
Nastepnym krokiem bedzie naklonienie zasranca zeby stawial mine na
wycieraczke, ktora bedzie przywiazana dluzsza linka do relingu.
"Spuszczac wody" pewnie sie nie nauczy, kapitan bedzie musial
zrzucac wycieraczke do wody.
Czytam ksiazke z rejsu Maciejewicza i przykro mi ze zaraz sie
skonczy, chlopaki co kawalek gdzies dobijali, i ten boczek z
polskiego statku rybackiego w Peru, obzerali sie nim przez tydzien...
Zacytowali tez niezwykle relacje dwoch jachtow, Japonczyka i Niemcow.
Japonczyk walczyl bosakiem z rekinami, ktore probowaly odgryzc mu
ster heheh (niezly bajer), Niemcow natomiast zaatakowalo stado
krwiozerczych delfinow (jeszcze lepszy BS), a uratowali sie tylko
dzieki temu ze natychmiast wlaczyli
echosonde.
Tak rodza sie "Morskie Opowiesci".
DZIEN 350
Tue
Feb 19 17:06:19 2008 UTC - 7 43.06 S - 101 23.67 W
I
znowu dziekuje w myslach Ken'owi z Ensenady za bom ktory mi
sprezentowal.
Wiatr od wczoraj
slaby, i na tym kursie bez bomu, genua szarpalaby sie zalosnie i
trzeba by ja w koncu zrzucic, chociaz nadal robimy 2-3 wezly.
Zaczynam juz robic plan remontow "porejsowych", zaczyna sie juz
takze emocjonalna koncowka rejsu.
Ciesze sie na
czekajacy mnie okres pracy na jachcie, bardzo przyjemnie wspominam
dwuletnie przygotowania do tego rejsu...
Ensenada lezy blisko granicy z US, i latwo sciagnac stamtad
potrzebne czesci, a lista jest dluga. Poza tym zamienilem wczesniej
duza lazienke z lewej burty na maszynownie, teraz w drugiej,
mniejszej lazience musze zrobic wygodny prysznic, a pomieszczenie w
salonie, ktore wczesniej stanowilo czesc maszynowni, zmienie w druga
lazienke...
Na morzu zwykle
nie ma sklepow, i na jachcie powinna obowiazywac zasada "wszystko
razy dwa", na wypadek wypadku...
Poza tym wygodnie jest miec dwie lazienki, zwlaszcza kiedy zaloga
wstaje o tej samej porze i jest nia np: Sara, corka Beaty, ktora w
lazience spedza polowe swojego zycia, a i moje dwie ksiezniczki,
Kasia i Alicja nie sa w tym wzgledzie gorsze...
Poza tym, z
koncem tego rejsu etap samotnego zeglowania w mojej karierze
oglaszam za zamkniety.
27000 mil, co w
jezyku szczura ladowego oznacza 50.000 km mowienia do samego siebie
zupelnie mi wystarczy ...
Przed rejsem z dwoch zbiornikow na wode zrobilem zbiorniki
ropy, i teraz trzeba bedzie zbudowac nowy zbiornik na wode. Zrobie
go w przedniej czesci jachtu, integralnie z kadlubem, w miejscu
gdzie zaczyna sie balast. Dodatkowe pol tony w przedniej czesci
jachtu spowoduje ze sie nam dziobek troszke zanurzy, wiec
zbudujemy takze integralnie, dwa dodatkowe zbiorniki w kabinie
rufowej, tam bedziemy trzymac -+ 500 litrow ropy, zelazny zapas.
Rufa jest wyzej, bedzie mozna oprozniac je do glownego zbiornika
grawitacyjnie. Remont powinien zajac mnie do sierpnia, i wtedy pod
koniec sezonu huraganow ruszymy przez Kanal Panamski na Karaiby. Tym
razem bedziemy sie jak najbardziej zatrzymywac, moze wejdziemy na
tydzien lub dwa w Morze Korteza.
Napewno zawiniemy do Venezueli i zatankujemy sie tam pod korek. Z
nowymi zbiornikami na rufie, wlejemy w siebie pewnie ze 2,5 tony
paliwa. Z taka pojemnoscia warto poszukac tanszej "stacji benzynowej".
Potem prosto na
Cube, tam napelnimy sie rumem, na Cubie rum nadal jest
nieprzyzwoicie tani...
Zatankowani po zeby znajdziemy jakas przytulna zatoke na Bahamas, z
dostepem do internetu (mamy antene kierunkowa, mozemy ciagnac sygnal
z kilku kilometrow) i w takim miejscu zeby Beata mogla spedzac z
nami weekendy.
Bedziemy
nurkowac, zrobie ze dwie klatki na langusty i kraby, bedziemy
pociagac rum rozcienczony sokiem i kostkami lodu, jesc swieze
ostrygi, langusty i sashimi z dopiero co zlapanej ryby i bedziemy
przyjmowac gosci, najchetniej z Polski, a jeszcze chetniej z Ilawy.
I niech mi ktos
dzisiaj powie ze "zycie to nie bajka".
DZIEN 349
Mon
Feb 18 16:04:17 2008 UTC - 8 47.47 S - 100 50.76 W
Rano Wacek
wlaczyl syrene, obszczekiwal czerwona beczke zacumowana do czegos, z
czym pewnie dryfowala, bo na kotwice tutaj za gleboko.
Prawdopodobnie
longline, dlugi sznur z tysiacami hakow i przyneta.
W takim razie
powinny tu byc ryby, a nasze wedki puste, tylko dwa pregowate
gownojady kreca sie przy burcie.
Dzis wiatr przysiadl i zrobilo sie goraco, ciesze sie teraz ze
zalozylem izolacje termiczna i rogrzany poklad nie nagrzewa
wnetrza, chociaz nasz poklad nie nagrzewa sie zbyt mocno, jest
bialy...
Wspolczuje ludziom, podrozujacym w tropiku, jachtem z pokladem
wylozonym tikiem.
Taki ciemny
dewniany poklad bardzo sie nagrzewa, a przy okazji wnetrze jachtu.
Nie ma mowy zeby
chodzic boso, parzy jak rozgrzana patelnia.
Chyba zdejme olowiane ciezarki z przynet, zalozylem je zeby
przynety szly glebiej, z uwagi na mewy, ale teraz nic nie bierze...
DZIEN 348
Sun
Feb 17 17:28:23 2008 UTC - 9 55.69 S - 100 25.77 W
Zamienilem genuy,
musialem uzyc topenante grota, ktora troche po "chinsku" przelozylem
na druga strone masztu, fal tej genuy przetarl sie i pekl jeszcze na
Indyku, a o wchodzeniu na maszt w innym miejscu niz plaski jak
lustro port, nie ma mowy.
Ostatnia
wpinaczke ledwo przezylem.
Wieczorem musialem wypiac bom, sprowadzic go na dol, i zrzucic
dopiero co postawiona genue. Zauwazylem ropzruty kawalek szfu na "liku
wolnym"... Walczylem chwile z lenistwem, wygodniej byloby naprawic
ja jutro rano.
Naleze do "skowronkow"
i nie wliczajac w to seksu, trudno zmusic mnie do wieczornych zajec...
Za to rano wstaje wypoczety i gotowy na wszystko...
Gdybym jednak
poczekal do jutra, mogloby sie okazac ze z godziny szycia zrobilby
sie caly dzien, albo dwa. Poza tym nie moglbym spac, i nawet gdyby
tak nie bylo, slyszalbym jak przy kazdym szkwale zagiel rozdziera
sie coraz bardziej...
Byla 7 wieczorem, slonce zeglowalo jeszce wysoko, chyba powinienem
znowu przestawic zegarek. Wzialem przybornik bosmana i samoprzylepna
tasme z teraglu, ktora jak twierdzi producent, bez szycia powinna
zalatwic sprawe. Nie ufam takim obietnicom i skladam ja podwojnie,
czasem potrojnie, przyklejam laty z obu stron zagla, i obszywam
dwa razy, z czego wychodzi fachowy zygzak, potem szyje X-a po
przekatnej.
Konczylem szycie
na wyscigi ze sloncem. Wyscig wygralem, i zanim zrobilo sie ciemno,
genua znowu ciagnela nas w strone Ensenady .
Wczesniej zrobilem dwie nowe przynety z puszki po konserwach i
kolorowych sznurkow. Rozwinalem jedna "wedke", ale po drugiej
stronie rufy przymocowana jest dluga linka, ktora ciagniemy za rufa
na wypadek wypadku.
Chcialem ja
wyjac z wody i rozwinac w tym miejscu druga wedke, przeciez nie mamy
tu zamiaru wypadac za burte, zrobilo sie spokojnie, jestesmy w
pasatach ...
Ale prawie natychmiast wyobrazilem sobie ze jednak lece za burte, co
wlasciwie moze sie zdazyc kilka razy dziennie, wystarczy ze stanie
sie cos nietypowego, cos niespodziewanie peknie, odkreci sie, strace
rownowage i chlup...
Potem widzialem
siebie jak panicznie probuje zlapac line, ktora powinna byc za rufa
na taka wlasnie okolicznosc. Spanikowany szukam liny, a lina wisi
elegancko zbuchtowana na relingu. Luka plynie dalej na autopilocie,
ale za to jest cienka zylka i haczyk z przyneta, moze mnie zlapie...
Okropna wizja, odplywajacy jacht i zadnej szansy zeby na niego
wrocic i to wszystko z wlasnej glupoty.
Poczucie winy i
glupoty zabiloby mnie pewnie zanim bym sie utopil...
Mimo wszystko bardzo chcialem wyrzucic druga wedke, znalazlem wiec
kompromis, przywiazalem zylke z przyneta do konca liny i obie sa w
wodzie.
Teraz gdybym
wypadl i nie zdazyl zlapac liny, zawsze moge jeszcze polknac haczyk...
DZIEN 347
Sat
Feb 16 16:50:19 2008 UTC - 11 27.15 S - 99 40.99 W
Zamiast ryby zlapalismy „kurczaka”... Cos mnie tknelo i zalozylem
rybe latajaca na przynete...
Glupia mewa, musiala byc chyba mloda, rzucila sie na nia i polknela
razem z hakiem... Wacek wszczal alarm, ale poczatek akcji musial
przegapic, bo kiedy wyskoczylem na poklad mewa juz nie zyla...
Troche to bylo smutne, niepotrzebna smierc.
Nie bede uzywal ryb latajacych na przynete.
Postanowilem zamienic genuy. Genua na rolerze jest nie do konca
rozwinieta, poniewaz bom ktory ja wypycha jest pol metra za krotki .
Nawet mocno wybrana, pracuje na rolerze i stopniowo sie przeciera,
zwlaszcza krawedzie obszyte sanbrella. Zostaniemy na tym kursie
jeszcze kilka ladnych dni, wiec zaloze dzis stara genue na drugim
sztagu.
Ten zagiel, tradycyjnie przypina sie do sztagu karabinczykami, wiec
lekkie szamotanie na fali jej nie zaszkodzi, chociaz gdyby zagle
potrafily mowic, pewnie rogorzalaby teraz dyskusja.
DZIEN 346
Fri
Feb 15 16:31:17 2008 UTC - 12 49.92 S - 98 58.87 W
Codziennie rano sprawdzam wedki i dupa, nic sie nie lapie, kilka dni
temu pojawily sie ryby latajace, wiec gdzies w okolicy powinny byc
te wieksze, ktore na nie poluja. Poza tym skonczyl sie bimber,
wczoraj dopilem reszte tego paskudztwa, za zdrowie Sw. Valentyna.
Kochliwy musial byc ten Valentyn, skoro jego urodziny obchodzi sie
jako dzien zakochanych. Ech ci nasi Swieci... Gdyby tak poczytac ich
biografie, okazaloby sie ze prawie zaden nie byl taki swiety ....
Czasem taka swietosc wspierala sie na worku zlota, albo
rodzinnych koligacjach.
Niezwykle trudno modlic sie do takiego np; Sw.Teofila wiedzac ze
cale zycie chodzil w obsranych gaciach, w jego czasach katolicy
robili zydom na zlosc i kapali sie tylko raz do roku, na Wielkanoc...
DZIEN 345
Thu
Feb 14 17:32:13 2008 UTC - 14 7.77 S - 98 24.46 W
Od wielu dni nie zmienilem ustawienia zagli, sprawdzam tylko czy cos
sie nam nie przeciera - to wrog dlugich przelotow.
Te wczorajsze smiertelne dywagacje, pozostawily mi czkawke, wstalem
rano i od razu zaczalem sie zastanawiac, co bede robil dalej, jaki
nastepny cel, bo jakis cel musze znalezc, inaczej to co we mnie
ladne - wyschnie, poskreca sie i umrze.
Zostanie zaczesujacy lysine, zapijaczony ex zeglarz, ktory
kiedys cos tam oplynal .
Cos mi chodzi po glowie, narazie to tylko niewyrazny ksztalt na
horyzoncie, musze sie do niego zblizyc, a potem zaszczepic to w
siebie, jak mloda galazke w starej gruszy...
Jesli sie ta "mloda galazka" przyjmie, potrzeba bedzie duzo kasy,
zanim cokolwiek urodzi... , ale poradzimy sobie.
Zdobylem kase na jacht i moj rejs, zdobede kase na "moja studnie"...
Naukowcy szukajac odpowiedzi na pytanie jak powstalo zycie
na ziemi, doszli do wniosku ze czynnikiem ktory umozliwil zycie na
ziemi, bylo... zycie...
Marzenie, jak mikroorganizm rzucony w przyjazne srodowisko dwutlenku
wegla i azotu, zaczyna produkowac tlen, rozrastac sie, az wyjdzie na
swiat wypelniony stworzonym przez siebie zyciem...
Kazdego dnia setki ludzi w Afryce, zwlaszcza dzieci, umiera
na czerwonke i inne choroby poniewaz z braku wyboru pija
zanieczyszczona jak gnojowka wode.
Czesto czerpia brazowa wode z rzek i strumieni, w ktorych
kilkadziesiat metrow wyzej, rozkladaja sie zwloki zwierzat,
wyrzucane odpadki i ludzkie odchody...
Pamietam, pomagalem kiedys Peter'owi szyc siatke na pokladzie,
stalismy wtedy przy kei na Kodiak'u.
Poprawialismy prowizoryczne naprawiane w rejsie rozdarcia, niektore
laty trzeba bylo wypruwac i szyc od nowa...
Siatka musi byc zszyta rowno, nie mozna pomylic zadnego oczka, w "pomylonych"
miejscach siatka bedzie ciagnac mocniej i cala naprawa na nic, od
razu sie rozerwie.
Siedzielismy na plastikowych wiadrach i naprawialismy siatke, jak
dwa pajaki swoja pajeczyne.
Mialem tego dnia jeden z tych kwestionujacych wszystko nastrojow, i
nagle jak motyl, odwiedzilo mnie dawno zapomniane wspomnienie.
Ze dwadziescia lat wczesniej, odwiedzilem z matka nasza babcie Zosie
(niech jej aniolowie zaplataja warkocze ) u ktorej byla akurat z
wizyta kolezanka.
Kolezanka babci Zosi byla zakonnica i mimo ze kosciol potepial
wrozbiarstwo, siostra Anna miala prawdziwy dar i chetnie wrozyla
znajomym....
Powiedziala wtedy mojej matce, ze jeden syn bedzie prowadzil
normalne zycie i bedzie (jak to okreslila) "przy morzu", ale drugi
syn bedzie znany (uzyla innego slowa, ale nie chce mi przejsc przez
gardlo) na morzu i bedzie bardzo
bogaty.
Wypuscilem z rak kleszczke i zaczalem smiac sie jak duren...
ale kiedy sprobowalem wyjasnic Peter'owi przyczyne mojej
radosci, popatrzyl na mnie uwaznie i postukal sie palcem w czolo...
heheh.
"Znany na morzu" juz prawie jestem, przynajmniej w mojej Ilawie.
Z tego wynika ze bogaty dopiero bede ... heheeh.
Wykopiemy w Afryce gleboka studnie, a ta studnia nigdy nie wyschnie
i bedzie w niej w mnostwo zdrowej i slodkiej wody... Amen.
DZIEN 344
Wed
Feb 13 17:35:09 2008 UTC - 15 35.13 S - 97 43.51 W
Plyniemy spokojnie, zabezpieczylem roler genuy lina i przymocowalem
ja do kosza dziobowego, teraz mozna poluzowac linke obracajaca roler,
nie bedzie sie przecierac . Na fali, nawet mocno wybrana genua
pracuje, linka zwijajaca zagiel przesuwa sie w bloczkach do tylu i
do przodu i powoli sie przeciera. Podobnie dzieje sie z szotami, one
takze mimo tego ze genua jest wystawiona na bomie i wybrana na
blache,
przesusawaja sie w blokach, i czasem wycieraja rowek w krazku bloka
i same sie przecieraja.
Wszystko sie zuzywa, nieuzywane takze... , niektore rzeczy nawet
szybciej jesli sie ich nie uzywa...
Otworzylem niedawno magazynek na dziobie, dostalo sie tam troche
wody przy Hornie, zmagazynowane w nim nowe liny zaczely robic
sie stare, a nowa, zapasowa kotwica zaczela rdzewiec. Tak czy owak
wszystko "pojdzie do piachu" hehe
Wczoraj po obiedzie zdrzemnalem sie na kanapie, i zupelnie wyraznie
jakis glos powiedzial - "niedlugo umrzesz".
Obudzielm sie z ta "zaba" w ustach i pomyslalem chuj tam, ten moment
jest taki sam dobry jak inne, moze nawet lepszy, bo
teraz jestem prawie szczesliwy...
W pewnych kulturach, rzymskiej a nawet w plemieniu "czarnych
zydowˇ"z Rwandy :-)
Niektorzy ludzie, tak zwanego sukcesu, przerywali swoje
zycie, gdy wydalo sie im, ze wyzej juz "po tej drabinie" nie wejda,
niczego wiecej ponad to co maja nie pragna, i od teraz zaczalby sie
ich marsz na "dol"...
Taka historie uslyszalem od mojego sasiada z pryczy obok, poznalem
go w pewnym "domu wczasowym" na Florydzie. Pochodzil wlasnie z
takiego plemienia "bialych czarnych", byl doskonale wyksztalconym ex
bankierem, skloconym ze zmieniajacym sie w Rwandzie rzadem.
Wygladal jak delikatnie zbudowany europejczyk, mial waski, smukly
nos i rysy twarzy czarnego jak smola polskiego zyda. Opowiedzial mi
o swoim dziadku, ktory posiadal wielkie stada bydla, wiele zon i
dzieci.
Ktoregos dnia zorganizowal fieste dla calego plemienia, palnal
przemowienie, potem poszedl do lasu i sie powiesil... heheh.
Rzymianie zalatwiali to podobno bardziej elegancko, ale to rzecz
gustu...
Zastanawiam sie o co chodzilo temu gosciowi, gdy szeptal mi te
swinstwa do ucha...
Nie jestem na zadnym szczycie, mam nowy zajebisty plan, o wiele
lepszy niz oplywanie swiata, i mnostwo niezaspokojonych pragnien,
wiec w tym momencie, o jakiejkolwiek wspolpracy z mojej strony nie
moze byc mowy...
Przeanalizowalem sytuacje, i relatywnie do okolicznosci, nic nam tu
ku...a nie grozi.
Nosimy w nocy jaskrawe swiatlo pozycyjne, a szansa, ze rozjedzie nas
na tym pustkowiu jakis wielkolud, jest taka, jaka ma slepy pies "na
romans" w obcej wiosce... heheh .
Jestesmy daleko od brzegu, wiec chyba nie bede tu musial mordowac
zadnych piratow, a Luka, biorac pod uwage, ze to jacht zaglowy, jest
w zupelnie dobrej kondycji...
Z naszych dociekan wylania sie tylko jeden sensowny wniosek, to
musial byc jakis "duszek skurwialek" i probowal mnie wystraszyc .
Spierdalaj w strone swiatla ofiaro... hehe.Amen.
DZIEN 343
Tue
Feb 12 15:58:23 2008 UTC - 17 15.29 S - 96 54.09 W
Pasat w nocy troche wykrecil i dzis mamy polowke, to ulubiony kurs
Luki, autopilot bzyka rzadko i leniwie,to znaczy ze mu wygodnie...
Mamy duzo tunczyka w puszkach, zwlaszcza tego w wodzie, nie bardzo
mi w tej formie smakuje, jest zjadliwy kiedy ugotuje sie z ryzem.
Wczoraj wymieszalem jedna puszke z suszonymi ziemniakami,
dodalem troche suszonych jajek, jakiegos suszonego zielska i
zrobilem z tego kotlety.
Kotlety przypominaly troche placki ziemniaczane i zdechla
rybe. Wacek dlugo i podejrzliwie je obwachiwal, w koncu wyniosl je
gdzies na poklad, pewnie zakopal w zwinietym sztakslu...
Zachowal sie jak pies ogrodnika, a pod dnem czekaja na zarcie nasze
gownojady...
W koncu kotlety i tak wyladuja za burta, albo wyschna na kamien,
albo spadnie deszcz i zaczna sie psuc.
Wyglada na to ze gownojady i tak sie na te placki zalapia, musza
tylko poczekac.
Kiedys kotlet z suszonymi kartoflami byl tunczykiem, polowal
na ryby latajac i inne stworzenia, ktore miescily mu sie do pyska.
Ktoregos dnia pomylil sie i polknal sztuczna krewetke z duzym hakiem.
Leniwie rozciagniety na rufie kutra rybak, obserwowal 10 rozlozonych
na dlugich wysiegnikach "wedek", zobaczyl zahaczonego tunczyka,
wlaczyl hydrauliczny kolowrotek, wyjal tunczyka z wody, szybkim
ruchem wyhaczyl przynete z pyska i wrzucil go do rynny ktora
jak po zjezdzalni zjechal do ladowwni, zraszanej zasolonym do granic
nasycenia, schladzanym do -15C deszczem, ktory sprawnie i szybko
zamraza nawet najwiekszego tunczyka...
Potem juz w przetworni ostry noz zrobil z niego zgrabne filety, a
nieforemne kawalki i odpadki miesa wyladowaly w duzej kadzi,
zostaly zagotowane i powkladane do puszek. Teraz w postaci kotletow z
suszonymi ziemniakami, po przygodzie z Wackiem, wysuszony na
pokladzie, bedzie zjedzony przez male rybki gownojady, ktore predzej
czy pozniej, bo przeciez taki ich los, znajda sie brzuchu jakiegos
tunczyka .
I kiedy tylko otworze nowa puszke z tunczykiem, cala zabawa zacznie
sie od nowa...
Historie kola rozpoczac mozna wszedzie...
DZIEN 342
Mon
Feb 11 15:59:01 2008 UTC - 18 50.35 S - 96 0.59 W
Od rana cos mi tu smierdzi. Wacek latal po mnie w nocy, wystawilem
go do sterowki, ale wyglada na to ze "zamarkowal" sprawe i
najpierw postawil gdzies mine.
Nie moge jej znalezc, chociaz w okolicy stolu nawigacyjnego
rozchodzi sie dyskretny zapach gowna.
Gdyby postawil ja na pokladzie, a potem ja, lub fala splukala by ja
za burte, to, co tu i teraz smierdzi, dla kilku gownojadow - malych
rybek i mikroskopijnego kraba, ktore z nami podruzuja, stanowiloby
nie lada gratke, "kawal dobrego miecha..."
Dobro i zlo to pojecia subiektyne, nie znaczy to jednak, ze w
naszym prywatnym siwecie takie np. gowno nie ma swojego prawdziwego
zapachu.
Nieustannie przewija sie przez nasze zycie, te pozornie biegunowo
rozne "zwierzatka"
Jedno sie nam podoba i nazywamy je dobre, inne - zle i smierdzace,
czasem przenikaja sie nawzajem, i nie mozna ich odroznic...
Niemniej, kiedy dokladniej sie ktoremus przyjrzec, takiej np.
"smierdzacej minie" , mogloby sie okazac, ze mimo tego, ze tu i
teraz nam zawadza i smierdzi, w innym miejscu i w innym czasie ktos
moglby sie w tym "cacku" rozkochac.
Dla takiego zuczka gnojarka...kupa Wacka wydalaby sie pewnie polem
truskawek, mogloby na nim wyrosnac wiadro pieczarek albo piekna roza,
gdyby tylko znalazlo sie w odpowiednim miejscu i w odpowiednim
czasie...
DZIEN 341
Sun
Feb 10 16:59:55 2008 UTC - 20 21.18 S - 95 6.57 W
Dzis miniemy 20 stopien S, co oznacza dla nas oficjalne wejscie w
strefe pasatow.
Plyniemy na ľ genuy, wystawionej bomem.
Na motyla dluzej plynac sie nie da, chyba ze zmienimy kurs na
Markizy.
W nocy nic sie wydarzylo, ale spalem niespokojnie, budzilem sie
czasem co 20 minut, oswietlalem poklad i sprawdzalem czy wystawiona
prowokacyjnie genua jeszcze tam jest.
Zastanawialem sie dzis rano, jak inaczej wygladalby ten rejs, gdybym
nie mial na pokladzie ksiazek.
Mamy kilka tysiecy ksiazek na dyskach i ponad 700 nagranych w
formacie MP3, do niedawna przesiadywalem jak gosc na wygodnym fotelu
w sterowce, machinalnie obserwowalem otoczenie i sluchalem nagranych
ksiazek.
Gdy jedna sie skonczyla, z podnieceniem szukalem nowej, odpowiedniej
do nastroju. Czasem przerabialem jakas z tekstu na MP3 i czytala ja
wtedy dla mnie slodkim glosem Agata z programu do czytania
Expressivo.
Agata bezkrytycznie, z wrodzonym programowo wdziekiem czytala kazdy
tekst.
Ktoregos dnia urzadzilem sobie zabawe i kazalem jej czytac przez
siebie napisane, pikantne kawalki...
Wyrecytowala je dla mnie swoim uroczym glosem, bez zajakniecia
hehehe.
Niedawno zajechalem ostatni player i z koniecznosci wrocilem do
papieru i zakladek.
Odkrylem przy okazji ze czas na okulary, chyba sie starzeje „brzuch
mi rosnie, skora blednie, psuja mi sie zeby przednie”.
Gdyby nie ksiazki, musialbym naprawde tu siedziec, jak w zbudowanym
wlasnymi rekami areszcie.
Dzieki ksiazkom, wiekszosc kazdego dnia spedzam "poza jachtem", a
przynajmniej ten najwazniejszy ja, wedruje swobodnie po calym
swiecie.
Nie potrzeba tajemnej wiedzy, ani wrodzonych talentow, zeby
podrozowac poza wlasnym cialem, wystarczy zajmujaca ksiazka i troche
koncentracji.
Dzieki ksiazkom zachowalem balans pomiedzy samotnoscia na Oceanie,
osamotnieniem i swiatem ktory zostal za rufa, a ktory teraz znowu
sie do nas zbliza...
Codziennie wchodze w czyjs swiat, wedrowalem z Michael Baigent i
jego kumplami, tropem Swietego Gralla, z Kmicicem wysadzilismy
najwieksza kolumbryne pod murami Cestochowy, i rozkladalem swiat na
pojedyncze clony z Ken’em Wilber’em, a potem od nowa go zlozylismy.
Kto wie, gdyby nie moje ksiazki, byc moze po rzuceniu kotwicy w
Ensenadzie, zamiast do detysty, Beata skierowalaby mnie najpierw na
pertraktacje z psychiatra.
DZIEN 340
Sat
Feb 09 15:29:43 2008 UTC - 21 58.33 S - 93 55.01 W
Dzis wieje jak wczoraj, jutro bedzie wialo jak dzisiaj, pasaty...
Wydawaloby sie, ze cos na takiej niezmiennosci mozna zbudowac, ale
to tylko zludzenie...
Co jakis czas pojawia sie w tym zeglarskim raju huragan, i wyrownuje
wszystko jak wal drogowy.
Wlasciwie proby zbudowania w zyciu czegos trwalego to zludzenie,
zmarnowana energia, chyba ze budujemy dla samej przygody w budowanie.
Wszystko podlega nieustannym przemianom i jedyne w co warto
inwestowac, to my sami, nasze marzenia.
Ktos madry stwierdzil kiedys, ze zycie nalezy traktowac jak dojrzaly
do zjedzenia owoc.
Carpe Diem.
Kazdy czlowiek jest autorem i powodem wlasnych "wzlotow i upadkow",
a kluczem do tego, czego doswiadczymy jutro, jest to jak czujemy i
myslimy dzisiaj i jakie w tym stanie ducha podejmiemy decyzje.
Optymista i pesymista, obaj kiedys umra, ale jakze inaczej
doswiadcza zycia...
DZIEN 339
Fri
Feb 08 16:13:13 2008 UTC - 23 17.01 S - 92 48.45 W
Filip zjadl wczoraj kawalek piersi z kurczaka, moze jeszcze troche z
nami pobedzie...
Jestesmy w pasacie, chyba juz nas nie wypusci az do rownika, a tam
liczymy na spotkanie z jego polnocnym bratem, i mamy nadzieje ze
obejdzie sie bez "wyrzucania koni".
Moglibysmy teraz plynac znacznie szybciej, ale autopilot pracowalby
wtedy na caly gwizdek, a to nasz jedyny sternik. Sterowanie
jachtem w ktorym kil nie biegnie przez cala dlugosc kadluba (full
kill) jest trudne na kursie z wiatrem.
Wszystkie kadluby ze skroconymi, waskimi balastami na kursie pelnym,
maja tendecje do "myszkowania", plyniecia wezykiem.
Pomijajac sile wiatru, srodek ozaglowania w takich warunkach
powinien byc jak najblizej dziobu, a powierzchnia zagli odwrotnie
proporcjonalna do wielkosci fali.
Do takich wnioskow doprowadzila nas wyjaca pompa autopilota, a w
kazdym razie dobranie odpowiednich zagli zamykalo jej "gebe".
Sterowanie reczne od dawna nie dziala i autopilot to nasz jedyny
zalogant, ktory potafi w tych okolicznosciach sterowac Luka.
Zwracamy baczna uwage zeby nam sie kolega nie przemeczyl i aby zagle
dobrze balansowaly Luke...
W kocu musi nas dowiezc do samej Ensenady...
W naszym swiecie szybkosc z jaka plyniemy jest sprawa trzeciorzedna.
Najwazniejsze to doplynac, nastepnie plynac wygodnie, dopiero potem
ewentualnie szybko.
Pomiedzy "wygodnie" i "szybko" prawie zawsze istnieje konflikt, ale
poza okolicami P.Good Hope i Horn, "wygodnie"
zawsze wygrywalo z "szybko"
Plyniemy pod fokiem na bomie po nawietrznej i sztakslem na motyla.
Luka buja sie jak kaczka, ale to uroki kursu z wiatrem.
Zostala jeszcze jedna flaszka nalewki "a'la Luka", chyba trzeba
bedzie wstawic nowy zacier, ale tym razem zrobimy wino, dodamy do
baniaka drzemu... hehe.
Destylowanie wspominam jak zly sen, pewnie duzo gorzaly ulotnilo sie
nieszczelna raczka w szybkowarze...
Ciekawe czy takie wino na drozdzach ma jakies witaminy, moze okaze
sie przyjazne dla mojego zamaltretowanego konserwami przewodu
pokarmowego.
W nocy za burta cos cwiczylo glebokie wydechy, mamy mocny
reflektor, ale to cos chyba nie chcialo byc znalezione, wynurzalo
sie w roznych miejscach i natychmiast znikalo.
Obie wedki w wodzie, moze dzis cos sie wydarzy.
DZIEN 338
Thu
Feb 07 14:50:33 2008 UTC - 24 45.94 S - 91 32.44 W
Wiatr „zmeznial”, miejmy nadzieje ze tojuz pasat...
Beata placze, ja jestem smutny, nasz Filip umiera.
To on mial plynac ze mna w rejs, ale zestarzal sie w miedzyczasie
( 8 lat ), i zostal w domu...
Ma raka, schudl 15 funtow, nic nie je, weterynarz rozlozyl rece...
Nie cierpi i oby tak zostalo, jest tylko coraz slabszy, zycze mu
spokojnej drogi do psiego raju...
DZIEN 337
Wed
Feb 06 16:20:35 2008 UTC - 25 50.06 S - 90 46.69 W
W nocy ruszylismy z miejca. Mamy slaby, ale staly wiatr z
poludniowego wschodu, moglby juz z nami zostac i zmienic sie w pasat.
Jutro powinno dmuchac troszke mocniej, bedziemy szybciej plynac,
moze zlapiemy swieza rybe. Nie bede juz suszyl kawalkow ryby, na
dobra sprawe nie da sie potem tego jesc... Mamy ocet na pokladzie,
bedziemy marynowac. W jakim stosunku powinienem rozmieszac ocet z
woda? Czy wode z octem trzeba przegotowac? I co dodac jeszcze, sol,
cukier ?
Zmeczylem w koncu ksiazke Paulo Coelho pt; „Pielgrzym” i mam po niej
zgage..
„Poznasz drzewo po owacach jego”...
Owoce z tego drzewa wygladaja ladnie z daleka, gdy sie im jednak
dokladnie przyjrzec traca kolor, a jesc ich w zaden sposob sie nie
da.
Pan Coelho bez zenady poutykal kawalki z ksiazek Carlosa Castanedy,
w Rzymsko Katolicka tradycje, ulozyl ten pasztet na starym
szlaku pielgrzymek i pokryl calosc wlasnymi przemysleniami, ktore
oglednie rzecz biorac sa naiwne i wielu miejscach tworza irytujaca
kombinacje prawdy i majakow schizofrenika .
Ksiazka w takiej formie bylaby moze do przyjecia gdyby uprzedzono
czytelnika ze poza tlem historycznym cala reszta to owoc wyobrazni
Pana Coelho.
Nasz autor codziennie rozmawia z wlasnym demonem – jesli to nie
fikcja literacka, w takim razie schizofrenia. Z jakichs przyczyn nie
polubil obrazu czystej, bezwarunkowej milosci, ktora pokazal nam
Jezus, i podzielil ja na kawalki. Jeden kawalek ma nas trawic, drugi
moze byc naszym wrogiem, a ten trzeci wspomaga pewnie trawienie...
I ta „Dobra Walka”, w swiecie Pana Coelho, dobra nawet po
trupach.
Polprawda to wyrachowane klamstwo...
Np. piszac o Templariuszach - „Templariusze blyskawicznie
zgromadzili nieoszacowane bogactwa, a majatek ten czesto sluzyl
wyplacaniu okupow, za wolnosc moznych chrzescijan pojmanych przez
muzulmanow”. – probowal przekonac czytelnikom, ze byli aniolami w
zbrojach.
Prawdziwe w tym zdaniu jest tylko slowo „moznych” .
Zainteresowani latwo zorientuja sie w historii zakonu, ze
Templariusze jako pierwsi wprowadzili system weksli i czekow
podroznych, i zeby taki „szlachetny” wykup mogl dojsc do skutku,
rodzina uwiezionego musiala najpierw wplacic odpowiednio
oprocentowana sume w najblizszym zakonie, i dostarczyc zaszyfrowany
weksel .
Bezinteresownie nie wykupywano nikogo, nawet wlasnych rycerzy.
Templarisze w zawrotnym tempie gromadzili bogactwo, nie pozbywano
sie jednak niczego.
Szkaradna jest taka mieszanina prawdy i bredni. Nie mozna jej ani
zaakceptowac, ani odrzucic...
DZIEN 336
Tue
Feb 05 13:32:35 2008 UTC - 26 16.56 S - 90 23.25 W
Cisza, stoimy w miejscu.
Spedzilem wczoraj pol dnia pod woda, ale efekt kiepski. Wcisnalem w
vszpare wokol walu kawalek gumy ze starego lozyska, ale to lozysko
bylo z „innej bajki”, guma okazala sie za gruba. Probowalem ja
szlifowac, ale wytloczenia byly zbyt glebokie i rozpadala sie zanim
zeszlifowalem ja do wlasciwego rozmiaru. Udalo mi sie wcisnac na
sile waski pasek, reszte odcialem. Wal nie klekocze, ale
dluzej niz na 5 min. gwarancji nie daje.
Woda jest gladka jak szklo, Wacek wlaczyl alarm, do burty podplynela
plaszczka z dwoma pilotami na grzbiecie, przysiaglbym ze sie nam
przyglada...
DZIEN 335
Mon
Feb 04 14:01:35 2008 UTC - 26 17.02 S - 90 26.76 W
Cisza ,stoimy w miejscu.
Potwierdzila sie zasada "w zyciu niczemu nie nalezy sie dziwic..."
Wszedlem wczoraj do wody i okazalo sie gumowa czesc lozyska
podpierajacego wal, zniknela. Cynkowe zabezpieczenie walu przed
elektroliza, troche juz nadzarte, bylo tuz przy lozysku, wiec gumowa
tuleja nie wysunela sie raczej w ta strone, pewnie obracajacy sie
wal przesunal ja
do srodka tunelu.
Trudno mi ta nowa sytuacje zaakceptowac...
Po perturbacjach z chlodnicami oleju, pompa wtryskowa,
peknietymi usczelkami skrzyni biegow, wydawalo sie ze mamy w
maszynowni "rozejm", i o wlasnych silach wejdziemy do portu w
Ensenadzie...
Ale w tej sytacji nie ma mowy o uzywaniu silnika do napedu, wal
wykrzywilby sie natychmiast (jesli jeszcze sie wykrzywil), nastepnie
rozwalilby wjscie z tunelu, a potem sruba wycielaby pewnie dziure w
dnie. Wczoraj zrobilem totalny burdel w maszynowni szukajc czegos co
moglbymn rowniemiernie upchac w mosiezna tuleje wokol walu.
Dobrze bylo miec swiadomosc ze chociaz na krotko, na kilka minut
mozna uzyc silnika, chociaby po to, by nas kawalek przesunac.
W tej chwili kazdy moglby nas rozjechac, bujamy sie jak beczka na
martwej fali. Woda jest ciepla, wyczyscilem wczoraj dno, poszlo
szybciej niz poprzednim razem, niemniej znowu zaczelismy zarastac.
Ten maly kompresor jest super, umozliwia nurkowanie do 20 m (z moja
pojemnoscia pluc pewnie 10m), wazy ze 2 kg, wyczynowo nurkowac sie z
nim nie da, ale do okazjonalnych prac przy dnie jachtu w zupelnosci
wystrcza..
DZIEN 334
Sun
Feb 03 14:26:21 2008 UTC - 26 19.65 S - 90 25.42 W
Cisza. Wczoraj troche dmuchnelo, ale wieczorem zdechlo.
Mamy 2 l. gorzaly, ale to byla makabra.
Stalem caly dzien przy goracej kuchence z mokrym recznikiem w reku,
palily sie trzy razy...
Eksperyment z duzym garnkiem nie wyszedl, nie bylem w stanie
uszczelnic pokrywy.
Uzylismy wiec szybkowaru, ale okazalo sie ze amerykanskie
szybkowary maja trzy zawory bezpieczenstwa, pewnie w obawie przed
sprawami o odszkodowania, gdyby taki maly parowy granat jednak
wybuchl...
Na miejsce jednego wstawilem koncowke do ktorej zamocowalem
gumowy waz, drugi uszczelnilem. Jeden zawor bezpieczenstwa zupelnie
wystarczy.
Mimo to gdzies przy raczce minimalnie przeciekalo, ale to minimalnie
wystarczylo, zeby garnek zapalil sie trzy razy... Szesc razy
napelnialem szybkowar i szesc razy zacier musial sie prawie
zagotowac. Nie bede juz nigdy destylowal na jachcie, to
niebezpieczne i przy okazji wypompowalem prawie cala butle
gazu. Zanim zaczalem destylowac, sprobowalem zacieru i okazalo sie
ze smakowal zuplenie znosnie, gdybym wczesniej dodal drzemu, bylby
jeszcze lepszy.
Wieczorem chlodzilem sie na pokladzie, zmeczony upalem kuchni z
puszka soku pomidorowego i szklanka czegos tak okropnego, ze sam
zapach wywolywal morska chorobe.
Wacek wszczal alarm na horyzoncie pojawil sie okret, okazalo
sie ze to statek przewozacy jachty, widzialem go w Ensenadzie. Ma
charakterystyczna, nienaturalnie wysoka burte, jest wydrazony w
srodku i ma otwierana rufe.
W porcie zanurza sie jak suchy dok, jachty wplywaja, nawet te
wielkie, i potem wynurza sie, razem z "pasazerami". Wygodny sposob
podrozowania dla ludzi, ktorzy chca zeglowac np; po Morzu
Srodziemnym, ale nie chca, lub nie moga tam doplynac, jesli
oczywiscie ich na to stac. Przewiezienie 17m jachtu z Mexyku do
jakiegos portu na Morzu Srodziemnym kosztuje oko 70 tysiecy $.
Pozniej ladowalem baterie, wlaczylem silacza, plynelismy powoli,
deasle nie lubia pracowac bez obciazenia ...
Baterie sie juz prawie naladowaly, nagle cos zaczelo lomotac.
Pomyslalem ze to cos z silnikiem, ale zanim dolecialem do maszynowni,
zdalem sobie sprawe ze halasuje wal, sruba napedowa. Wylaczylem
silnik, zrobilo sie przyjemnie cicho, polalem wiecej tego paskudztwa,
i siedzac na pokladzie zastanawialem sie skad to lomotanie...
Jutro wejdziemy do wody i obejrzymy srube.
Mozliwosci sa nastepujace;
- poluznily sie sruby mocujace i kontrujace srube ( bardzo malo
prawdopodobne)
- odlamala sie jedna lopata sruby, ale nie pamietam uderzenia ( malo
prawdopodobne)
- oslona cynkowa ktora zalozylem na wale jeszcze na Atlantyku
odpadla i gumawa czesc lozyska podtrzymujacego wal na wylocie tunelu,
tym razem calkowicie sie wysunela
(mozliwe, ale bardzo bym sie zdziwil )
- zlapalismy w srube jakas line i okrecila sie na wale ( oby... tego
problemu moznaby sie latwo pozbyc)
Dopije kawe i skacze do wody, mam nadzieje ze w poblizu nie
kreci sie jakas duza, wyglodniala ryba z trzema rzedami ostrych
zebow...
DZIEN 333
Sat
Feb 02 13:16:31 2008 UTC - 27 2.23 S - 89 54.39 W
Cisza na morzu, moze dzis wskoczymy do wody, poskrobiemy troche,
znowu zarastamy na linii wodnej. Po poludniu powinno cosik powiac...
Destylator prawie gotowy, uzylem wielkiego gara do gotowania krabow,
szybkowar wydal mi sie za maly, mamy prawie 25 l zacieru do
podgrzania. Wywiercilem dziurke w pokrywce, wstawilem koncowke do
wezyka, na krawedzi pokrywki przykleilem uszczelke. Uzyjemy 3 par
samozaciskowych kleszczy i kilka malych zaciskow stolarskich do
docisniecia pokrywy, powinno byc szczelnie .
DZIEN 332
Fri
Feb 01 14:43:51 2008 UTC - 27 16.07 S - 89 37.63 W
Dzis cisza, przesuwamy sie jednak powoli, autopilot odzywa sie co
jakis czas krotkimi bzyknieciami pompy.
Slonce od rana, znowu plaza.
Wyglada ze drozdze wyzdychaly. Na podstawie tego co wiem z
instrukcji domowego bimbrownika, ktorych dostalem wiele, drozdze
musialy umrzec od nadmiaru alkoholu. Drugiego dnia po rozmieszaniu
zacieru uszczelnilem bimbrownie i zalozylem rurke z odrobina wody w
kolanku,
wszystko potem slicznie przez kilka dni bulgotalo. Ostatnie dwa dni bulgotanie w rurce zwalnialo, wczoraj podejrzewalem nieszczelny
korek, wiec dla pewnosci oblepilem go ciastem, ale niczego to nie
zmienilo .
Dmuchnalem solidnie w rurke, podejrzewajac ze jest zapchana, i potem
bulgotalo chwile, ale to tylko wyrownywalo sie cisnienie po moim
dmuchnieciu.
Przed chwila odkrecilem korek, zacier smierdzi jak podle wino...
Dzis przygotujemy jachtowy zestaw destylacyjny i jutro bedziemy
podgrzewac.

|