DZIEN 360

Fri Feb 29 17:50:05 2008 UTC - 0 34.86 N - 107 31.01 W

 

Wczoraj wieczorem minelismy rownik, wrocilismy na "nasza" polkule.
Zastanawiam sie kto wymyslil te wyglupy na rowniku, smarowanie ludzi tawotem, zmuszanie do wypicia szczyn kolegi doprawionych ketchupem...

To chyba bicie piany, zeby bylo troszke jak oplyniecie Hornu... i temat w barze na morskie opowiesci, ile to juz razy przechodzilem rownik i w jaki to sposob w zwiazku z tym powinno sie o mnie myslec...
Od momentu kiedy jeszcze jako "ciele" doswiadczylem jak niestala i chimerna z natury jest ludzka tzw. dobra opinia, przestalem o nia zabiegac.

Dopoki przejmowalem sie jak i co mysla o mnie inni, ludzie mieli mnie w reku... Dopiero kiedy przestalem zabiegac o uznanie z zewnatrz, stalem sie "panem" siebie...
Jeszcze przed rejsem nosilem w sobie resztki proznosci, chcialem zeby w "moim" portowym barze "Pod Omega" wisialo zdjecie Luki, a pod nim bandera ktora mielismy w rejsie, ale i na tym przestalo mi zalezec, teraz kojarze to z pomnikiem na grobie, nie lubie cmentarzy...
Teraz zalezy mi zeby wziazc na kolana Beate i nazrec sie dobrze uwedzonej kielbasy, reszta to iluzja i brednie.
 


DZIEN 359

Thu Feb 28 18:35:19 2008 UTC - 0 6.11 S - 106 53.98 W

 

W nocy troszke chuchnelo i wplynelismy do morskiej oazy ...
Wacek szaleje od rana, obszczekuje ptaki od ktorych sie tu roi, obok nas przeplynelo wielkie stado delfinow.

Nie wzbudzilismy w nich zainteresowania, minely nas pol mili po lewj burcie. Bez pospiechu poplynely w strone rownika, jak gdyby cale "plemie" przenosilo sie na nowe tereny lowieckie.
Mlode delfiny, a takze te duze, ale wciaz "mlode" baraszkowaly i robily sztuczki godne najlepszego oceanarium. To nieprawda ze trenerzy ucza delfiny tych sztuczek, ktorymi pozniej zachwycaja widownie. Wszystkie te piruety, obroty i wyskoki z wody  robia naturalnie dla zabawy, w niewoli mozna je tylko przekonac jedzeniem, zeby robily swoje sztuczki na zawolanie ..
Stado powoli przeplywalo obok, z tej odleglosci nie bylo sensu robic zdjecia naszym aparatem, oparlem sie wygodnie o bezana i przez lornetke, jak w teatrze, obserwowalem przedstawienie.
Najwyzej skakaly mlode delfiny, co chwile ktorys z nich wyskakiwal z wody, pionowo w gore, jak pocisk, na dobre 10 metrow, albo i wyzej...
Czasem ktorys obracal sie wolno w powietrzu, i wchodzil do wody, czysto jak skoczek z trampoliny. Najczesciej jednak spadaly jak klody drewna, rozbryzgujac wode na wszystkie strony. Odnioslem wrazenie ze jeden wiekszy, mistrz w skokach pokazywal mlodym jak sie skacze, a te go nasladowaly, czesto z komicznym skutkiem.
Wieksze, powazniejsze delfiny gustowaly w krotkich i szybkich skokach tuz nad woda, obracaly sie szybko o 360* i plasko, na chlopaka spadaly do wody. Wesole stado, jak trupa cwiczacych przed wystepem cyrkowcow minela nas wolno, nieswiadoma albo ignorujaca przypadkowa widownie.
Potem zauwazylem cos na wodzie, w takiej ciszy, powierzchnia oceanu jest gladka jak lagodnie pofaldowane lustro, z daleka widac kazda "skaze" na powierzchni... Posuwalismy sie zolwiem, w strone miniaturowej wysepki, a ja przez lornetke probowalem zajarzyc co to jest...
Moze zwloki delifina, albo mlodego wieloryba...

Zblizylismy sie jeszcze bardziej i doszedlem do wniosku ze to musi byc duzy zolw. Ale koles w ogole sie nie ruszal, moze spi, a moze zdechl. Jesli zdechl i nie za mocno jeszcze smierdzi, moglbym wyjac go na poklad, wydlubac zwloki i mielibysmy monstrualnie wielka skorupe na cos.
Trofeum... Wpadlem w trans mysliwego, ale w zadnym razie nie mialem zamiaru zabijac zolwia, gdyby okazalo sie ze tylko ucina sobie poobiednia drzemke.
Krzyczalem, walilem kawalkiem drewna w kadlub jachtu, ale wygladalo ze jest zdechly albo gluchy. W koncu wyjalem rakietnice i wystrzelilem celujac kilkanascie metrow od niego.
Huk wystrzalu i potem gotujacy sie pod woda fosfor obudzil go na chwile. Zolw powoli podniosl glowe, rozejrzal sie w zolwim tempie, machnal dwa razy pletwa, jakby mowiac "zyje ale nie chce mi sie ruszac" i znowu zasnal.
Po jakims czasie minelismy spiocha, i nic juz nie zaklocalo gladkiej powierzchni oceanu...
Minelo nas stado delfinow, minelismy spiacego zolwia, mija czas, i nasza podroz przemija...

Niedlugo bedzie wspomnieniem, zostanie w kilwaterze mojego rejsu przez zycie.
Przemijanie to jedyna prawda. Nic nie trwa w niezmienionym
stanie, wszystko nieustannie sie zmienia...

Nawet trwalosc nie jest trwala, bo nie moglaby zaistniec bez odniesienia do nietrwalosci...
Czasem odczuwamy smutek, gdy cos sie konczy, jak wtedy gdy patrzymy na wiednacy kwiat, jesli jednak uda sie nam przesunac uwage za wysychajace platki, zobaczymy ze ten kwiat wyrasta z galezi drzewa, i tak naprawde nie umiera, tylko ulega przemianie i za kilka tygodni wyda slodki owoc. Trudno zroumiec zycie, jesli nie zrozumie sie najpierw ze przekwitanie to oznaka zblizajacego sie owocowania...  a my jestesmy drzewem w Boskim Sadzie.

 


DZIEN 358

Wed Feb 27 16:16:53 2008 UTC - 0 39.97 S - 106 18.31 W

 

Dopadla nas cisza i wyglada ze w niej ugrzezniemy. Wszelkie
spekulacje na temat wejscia do Ensenady nie maja w tej chwili sensu, mozna bedzie cos zalozyc dopiero kiedy przekroczymy 10 stopien N.
Coraz wiecej ludzi pyta, kiedy bedzie wiadomo dokladnie ktorego dnia wejde do portu, czy bedzie to weekend itd...

Te pytania  morduja moj "swiety spokoj",  ktory tak bardzo tu sobie cenie.

Ustalenie, nawet przyblizonego terminu wklada nas w ramy i
powoduje ze podswiadomie zaczynam sie spieszyc, a piekny sloneczny dzien, taki jak dzisiaj, zaczyna mnie irytowac, bo nie ma wiatru.
A to wszystko dlatego ze ludzie koniecznie musza znac termin naszego powrotu...
Do Ensenady wejdziemy kiedy tam doplyniemy, a kazda spekulacja z mojej strony na temat daty to takze zobowiazanie, a taka "uzde" pozwalam sobie zalozyc tylko z nozem przy szyji...
 


DZIEN 357

Tue Feb 26 18:45:17 2008 UTC - 0 57.02 S - 105 54.45 W

 

60 mil do rownika. Wczoraj wykrecilismy 15* na zachod, ale i tak dzisiaj dopadla nas cisza, cos tam wciaz nas popycha, ale na wodzie nie ma nawet jednej zmarszczki, Mama Ocean gladka ma dzis buzie, i milo sie do nas usmiecha...
"Domowy wrzod" pekl, wylalo sie wiadro ropy, ale teraz przynajmniej bedzie mogl sie zagoic...
Wacek zmienil preferencje, nakretki juz go nie podniecaja, teraz wynosi narzedzia z maszynowni.

Znalazlem duzy srubokret i szczypce do wyciagania zawleczek, niedawno ich szukalem...
Przy okazji uzycia toalety stwierdzilem ze woda splywajac kreci sie w lewa strone, co znaczy ze nadal zeglujemy na polkuli poludniowej.
Ciekawe w ktora strone zakreci moja fasolka po bretonsku jutro rano. Heheh...
 


DZIEN 356

Mon Feb 25 15:36:53 2008 UTC - 1 37.59 S - 105 11.68 W

 

Plyniemy.
 


DZIEN 354 i 355

Sun Feb 24 15:08:59 2008 UTC - 2 40.25 S - 104 30.17 W

 

24 luty
Smutno i szaro. Od wielu lat hodujemy z Beata sliczny kwiatek, kwiatek teraz choruje i usycha. Smutno i szaro.

Nadal cicho, nie moge nic od niej wyciagnac, musialo wydarzyc sie cos exstra large i moj aniolek pewnie zamoczyl w tym swoje lapki, a teraz postanowila byc dumna i sie nie tlumaczyc.  Ja wszystko rozumiem, tylko srodek morza to chujowe miejsce na takie emocjonalne zabawy i do tego nie mam gorzaly.
 

 

23 luty
Plyniemy mimo slonca zrobilo sie szaro.
Beata wyslala mi w nocy z 10 SMS, ale nie odbiera telefonu...
Ma jakies problemy.  Ostatnio chyba za bardzo krytykowalem jej decyzje, zwlaszcza te ktore podejmowala pod wplywem emocji.

Prawie zawsze wychodzila z nich jakas kaszana, i nie moglem powstrzymac sie od siarczystych uwag. Teraz Beata sie zamknela i nie chce powiedziec co sie stalo. Nie wiedziec, nie rozumiec, nie widziec, to dla mnie najwieksza meka.  Pieprzony "lek przed nieznanym"...

Potrafie rozwiazac kazdy wezel jesli go widze, nie ma dziury ktorej nie potrafilbym odetkac, jesli moge ja znalezc, ale dla takich "madrali" jak ja, istnieje cos extra, cos na czym nie mozna polozyc reki i dokrecic srubki, pieprzony "lek przed nieznanym". Przysiadl teraz na salingu, jak smierdzacy, nadgnily nietoperz, i sie nam przyglada...
 

 


DZIEN 353

Fri Feb 22 16:28:57 2008 UTC - 4 42.32 S - 102 59.01 W

 

Wiatr przycichl jeszcze bardziej, ocean robi sie plaski, w nocy zastanawialem sie czy nie zrzucic genuy, ale ciagnela troche i autopilot trzymal nas na kursie.

Wczoraj dostalem list ze spozniona informacja o zacmieniu ksiezyca, wiec ta krwawa poswiata na ksiezycu poprzedniej nocy zapowiadala zacmienie...

No i sprawa sie wyjasnila.
Wywalilem wszystko z magazynku, do ktorego dostac sie mozna tylko wlazem z pokladu, magazynek pelni takze funkcje grodzi zderzeniowej. Teraz liny, cumy, obijacze, zapasowa kotwica i 30m lancucha wygrzewaja na pokladzie wilgoc z Przyladka Horn.

Zapas to kotwica plugowa, kupilem ja tanio, bo Chinka, ale oczywiscie zrobilem blad, nie byla jeszcze w wodzie a juz solidnie pordzewiala, chyba oplucze Chineczke slodka woda, i prysne jakas farba ...

Lepiej zrobilbym kupujac kotwice uzywana, ale zrobiona w US, albo w np. solidnej Szwecji .

Nieustannie czegos doswiadczam, a to cos, to zwykle efekt
moich poprzednich decyzji...

Chcialem miec w zapasie nowa kotwice, ale w ciagu roku, z nowej zrobila sie stara i trzeba ja bedzie od teraz malowac. Moze spotkamy jakiegos zeglarza bez kotwicy, chetnie mu ja podaruje. Moze wlasnie dlatego kupilem ja i wioze dookola swiata, moze wlasnie przechowuje ja dla jakiegos Johna, albo Kazika bez grosza, ktoremu niedlugo zerwie sie jedyna kotwica, i zacznie modlic sie o nowa...
 

 


DZIEN 352

Thu Feb 21 17:45:13 2008 UTC - 5 36.22 S - 102 28.76 W

 

Wspaniale zeglowanie, chociaz powinno to zabrzmiec wspaniale bycie na oceanie, bo zeglowania jest malo, plyniemy bardzo wolno, i wlasciwie Luka prowadzi sie sama, a ja czuje sie jak w domku na wodzie...
Jest cieplo, ale nie jest goraco, chlodzi nas przyjemny wiaterek, starcza go akurat tyle zeby wypelnic wielka genue i pchac nas wolno w strone Ensenady.
Tym razem zdazylem wymienic fal zanim sie urwal, „wprawa czyni mistrza”

Dzis genua zjechalaby pewnie na dol, linka topenanty byla prawie przetarta. Odcialem koncowke, a nowa zabezpieczylem plastikowym wezem, i poprawilem tasma, to na jakis czas wystarczy.
Genua nr 2, ma ze 20 lat, ale jest w dobrym stanie i rozciagnieta na bomie doskonale radzi sobie ze slabym wiatrem i nic o siebie nie trze. Kupilem ja tuz przed rejsem „na dobicie” ale zostanie z nami.

Stary zagiel potrzebuje jednak przeszycia, zwlaszcza dolnego liku, wytelepal sie przez lata i w wielu miejscach zaczyna puszczac szfy.

Wygrzebalem wiec nasza maszyne do szycia, ale okazalo sie ze powinienem czesciej do niej zagladac, troche zardzewiala.

Potraktowalem ja natychmiast mala sczotka druciana na wiertarce i duza iloscia DW40 (skuteczny odrdzewiacz).

Dzis nasmarujemy nasza szwaczke olejem, i sprawdzimy czy nadal szyje.

Nie jest latwo znalezc maszyne do szycia zagli.

Pomijajac ze musi byc solidna by przebic, czasem wielowarstwowe sekcje zagla, to musi szyc zygzakiem (prosty szef oslabia zagiel), i musi miec walkingfoot – czyli dociskajaca i przesuwajaca material stopke.

Wiekszosc maszyn, jesli nawet szyja zygzakiem, sa zbyt delikatne, albo nie maja ruchomej stopki, i potrzeba zaloganta zeby wyciagal material z maszyny.

Kupilem ja na Ebay’u ( aukcja podobna do Alegro), i dopiero na miejscu okazalo sie ze to wytwor Chin Ludowych.
Odsylanie nie wchodzilo w gre, bo maszyna ciezka, i poki co szyla...
Niemniej w chwili gdy zblizylismy sie  do rogu zagla, natychmiast sie rozregulowala i przestala szyc.

Nigdy wczesniej nie zblizalem sie do maszyn do szycia i nie mialem pojecia gdzie ja „zabolalo”.

Ale to przeciez maszyna, a maszyny dzialaja w sposob logiczny, przyczyna i skutkiem.

Zanurzylem sie w temat i po tygodniu zmagan i zamontowaniu kilku wzmacniajacych srubek, maszyna zaczela mnie sluchac, a ja stalem sie ekspertem od regulacji maszyn do szycia. Ten tydzien bliskosci, przywiazal nas do siebie hehehe, i mimo ze to Chinka, mam dla niej sentyment. Przeszylismy razem prawie wszystkie przednie zagle i skrocilismy kupiona na ebay za $200, stumetrowa genue z kewlaru, byla ze 2 m za dluga.

Nie mialem okazji jej uzywac, ciekawe czy to moje przeszycie obu dolnych rogow wyjdzie jej na zdrowie. Potem odkrylem, ze aby skutecznie naprawic zagiel, trzeba go najpierw naciagnac, inaczej dupa blada, ciasne miejsce bedzie mocniej ciagnac i znowu sie porwie.
Wieczorem zza horyzontu wylonila sie wielka tarcza ksiezyca. Gdy potem lustrowalem otoczenie, srebrny ksiezyc zmienil sie w zoltobrazowy.

Wygladalo to jak scena z horroru „Smierc planety”.
Gapilem sie i zastanawialem co sie naszemu lysalowi stalo...
Kolo polnocy krwawy kolor zniknal, zniknela tez wieksza czesc ksiezyca.

Na bezchmurnym niebie wisial cienki, srebry rogal...

Gdy kilka godzin pozniej sprawdzalem otoczenie, na niebie znowu krolowala pelna tarcza ksiezyca i oswietlala ocean srebrnym blaskiem, jak gigantyczna latarnia.

To musialo byc zacmienie ksiezyca, i ta zoltokrwawa poswiate spowodowala jakas planeta, ktora potem go przeslonila.
Wacek ujada na pokladzie, w okolicy poluje stado delfinow, zaganiaja ryby w ciasne kregi a potem ogluszaja je tlukac
wsciekle ogonami o wode. Moze i nam cos zagonia...
 

 


DZIEN 351

Wed Feb 20 17:39:43 2008 UTC - 6 40.17 S - 101 53.29 W

 

Pasat slabnie, plyniemy wolno, ale dzieki i za to, kazdego dnia
zblizamy sie do Ensenady.
Przygladalem sie topenancie grota, ktora teraz podniesiona jest genua. Blok topenanty zamocowany jest na tylniej stronie masztu, a sztag, jak to sztagi maja w zwyczaju, jest z przodu, wiec lina idzie dookola masztu i opiera sie o topwante ktora po niej piluje i przeciera line.
Dzis zrzuce genue, obetne koniec topenanty do miejsca w ktorym sie przeciera, a nowy koniec zabezpiecze jakims cienkim wezem.
Od pewnego czasu zycie na Luce zwolnilo tempo, wzialem sie wiec za wychowanie zalogi.
Narazie odzwyczailem Wacka od traktowania calego pokladu jak ogrodka i od kilku dni zalatwia sie tylko na rufie.
Nastepnym krokiem bedzie naklonienie zasranca zeby stawial mine na wycieraczke, ktora bedzie przywiazana dluzsza linka do relingu.
"Spuszczac wody" pewnie sie nie nauczy, kapitan bedzie musial zrzucac wycieraczke do wody.
Czytam ksiazke z rejsu Maciejewicza i przykro mi ze zaraz sie skonczy, chlopaki co kawalek gdzies dobijali, i ten boczek z polskiego statku rybackiego w Peru, obzerali sie nim przez tydzien...
Zacytowali tez niezwykle relacje dwoch jachtow, Japonczyka i Niemcow.
Japonczyk walczyl bosakiem z rekinami, ktore probowaly odgryzc mu ster heheh (niezly bajer), Niemcow natomiast zaatakowalo stado krwiozerczych delfinow (jeszcze lepszy BS), a uratowali sie tylko dzieki temu ze natychmiast wlaczyli
echosonde.

Tak rodza sie "Morskie Opowiesci".
 

 


DZIEN 350

Tue Feb 19 17:06:19 2008 UTC - 7 43.06 S - 101 23.67 W

 

I znowu dziekuje w myslach Ken'owi z Ensenady za bom ktory mi sprezentowal.

Wiatr od wczoraj slaby, i na tym kursie bez bomu, genua szarpalaby sie zalosnie i trzeba by ja w koncu zrzucic, chociaz nadal robimy 2-3 wezly.
Zaczynam juz robic plan remontow "porejsowych", zaczyna sie juz takze emocjonalna koncowka rejsu.

Ciesze sie na czekajacy mnie okres pracy na jachcie, bardzo przyjemnie wspominam dwuletnie przygotowania do tego rejsu...
Ensenada lezy blisko granicy z US, i latwo sciagnac stamtad potrzebne czesci, a lista jest dluga. Poza tym zamienilem wczesniej duza lazienke z lewej burty na maszynownie, teraz w drugiej, mniejszej lazience musze zrobic wygodny prysznic, a pomieszczenie w salonie, ktore wczesniej stanowilo czesc maszynowni, zmienie w druga lazienke...

Na morzu zwykle nie ma sklepow, i na jachcie powinna obowiazywac zasada "wszystko razy dwa", na wypadek wypadku...
Poza tym wygodnie jest miec dwie lazienki, zwlaszcza kiedy zaloga wstaje o tej samej porze i jest nia np: Sara, corka Beaty, ktora w lazience spedza polowe swojego zycia, a i moje dwie ksiezniczki, Kasia i Alicja nie sa w tym wzgledzie gorsze...

Poza tym, z koncem tego rejsu  etap samotnego zeglowania w mojej karierze oglaszam za zamkniety.

27000 mil, co w jezyku szczura ladowego oznacza 50.000 km mowienia do samego siebie zupelnie mi wystarczy ...
Przed rejsem z dwoch zbiornikow na wode zrobilem zbiorniki
ropy, i teraz trzeba bedzie zbudowac nowy zbiornik na wode. Zrobie go w przedniej czesci jachtu, integralnie z kadlubem, w miejscu gdzie zaczyna sie balast. Dodatkowe pol tony w przedniej czesci jachtu spowoduje ze sie nam dziobek troszke zanurzy,  wiec zbudujemy takze integralnie, dwa dodatkowe zbiorniki w kabinie rufowej, tam bedziemy trzymac -+ 500 litrow ropy, zelazny zapas. Rufa jest wyzej, bedzie mozna oprozniac je do glownego zbiornika grawitacyjnie. Remont powinien zajac mnie do sierpnia, i wtedy pod koniec sezonu huraganow ruszymy przez Kanal Panamski na Karaiby. Tym razem bedziemy sie jak najbardziej zatrzymywac, moze wejdziemy na tydzien lub dwa w Morze Korteza.
Napewno zawiniemy do Venezueli i zatankujemy sie tam pod korek. Z nowymi zbiornikami na rufie, wlejemy w siebie pewnie ze 2,5 tony paliwa. Z taka pojemnoscia warto poszukac tanszej "stacji benzynowej".

Potem prosto na Cube, tam napelnimy sie rumem, na Cubie rum nadal jest nieprzyzwoicie tani...
Zatankowani po zeby znajdziemy jakas przytulna zatoke na Bahamas, z dostepem do internetu (mamy antene kierunkowa, mozemy ciagnac sygnal z kilku kilometrow) i w takim miejscu zeby Beata mogla spedzac z nami weekendy.

Bedziemy nurkowac, zrobie ze dwie klatki na langusty i kraby, bedziemy pociagac rum rozcienczony sokiem i kostkami lodu, jesc swieze ostrygi, langusty i sashimi z dopiero co zlapanej ryby i bedziemy przyjmowac gosci, najchetniej z Polski, a jeszcze chetniej z Ilawy.

I niech mi ktos dzisiaj powie ze "zycie to nie bajka".
 


DZIEN 349

Mon Feb 18 16:04:17 2008 UTC - 8 47.47 S - 100 50.76 W

 

Rano Wacek wlaczyl syrene, obszczekiwal czerwona beczke zacumowana do czegos, z czym pewnie dryfowala, bo na kotwice tutaj za gleboko.

Prawdopodobnie longline, dlugi sznur z tysiacami hakow i przyneta.

W takim razie powinny tu byc ryby, a nasze wedki puste, tylko dwa pregowate gownojady kreca sie przy burcie.
Dzis wiatr przysiadl i zrobilo sie goraco,  ciesze sie teraz ze
zalozylem izolacje termiczna i rogrzany poklad nie nagrzewa
wnetrza, chociaz nasz poklad nie nagrzewa sie zbyt mocno,  jest bialy...
Wspolczuje ludziom, podrozujacym w tropiku, jachtem z pokladem wylozonym  tikiem.

Taki ciemny dewniany poklad bardzo sie nagrzewa, a przy okazji wnetrze jachtu.

Nie ma mowy zeby chodzic boso, parzy jak rozgrzana patelnia.
Chyba zdejme olowiane ciezarki z przynet, zalozylem je zeby
przynety szly glebiej, z uwagi na mewy, ale teraz nic nie bierze...

 


DZIEN 348

Sun Feb 17 17:28:23 2008 UTC - 9 55.69 S - 100 25.77 W

 

Zamienilem genuy, musialem uzyc topenante grota, ktora troche po "chinsku" przelozylem na druga strone masztu, fal tej genuy przetarl sie i pekl jeszcze na Indyku, a o wchodzeniu na maszt w innym miejscu niz plaski jak lustro port, nie ma mowy.

Ostatnia wpinaczke ledwo przezylem.
Wieczorem musialem wypiac bom, sprowadzic go na dol, i zrzucic dopiero co postawiona genue. Zauwazylem ropzruty kawalek szfu na "liku wolnym"... Walczylem chwile z lenistwem, wygodniej byloby naprawic ja jutro rano.

Naleze do "skowronkow" i nie wliczajac w to seksu, trudno zmusic mnie do wieczornych zajec...
Za to rano wstaje wypoczety i gotowy na wszystko...

Gdybym jednak poczekal do jutra, mogloby sie okazac ze z godziny szycia zrobilby sie caly dzien, albo dwa. Poza tym nie moglbym spac, i nawet gdyby tak nie bylo, slyszalbym jak przy kazdym szkwale zagiel rozdziera sie coraz bardziej...

Byla 7 wieczorem, slonce zeglowalo jeszce wysoko, chyba powinienem znowu przestawic zegarek. Wzialem przybornik bosmana i samoprzylepna tasme z teraglu, ktora jak twierdzi producent, bez szycia powinna zalatwic sprawe. Nie ufam takim obietnicom i skladam ja podwojnie, czasem potrojnie, przyklejam laty z obu stron zagla, i obszywam  dwa razy, z czego wychodzi fachowy zygzak, potem szyje X-a po przekatnej.

Konczylem szycie na wyscigi ze sloncem. Wyscig wygralem, i zanim zrobilo sie ciemno, genua znowu ciagnela nas w strone Ensenady .
Wczesniej zrobilem dwie nowe przynety z puszki po konserwach i kolorowych sznurkow. Rozwinalem jedna "wedke", ale po drugiej stronie rufy przymocowana jest dluga linka, ktora ciagniemy za rufa na wypadek wypadku.

Chcialem ja wyjac z wody i rozwinac w tym miejscu druga wedke, przeciez nie mamy tu zamiaru wypadac za burte, zrobilo sie spokojnie, jestesmy w pasatach ...
Ale prawie natychmiast wyobrazilem sobie ze jednak lece za burte, co wlasciwie moze sie zdazyc kilka razy dziennie, wystarczy ze stanie  sie cos nietypowego, cos niespodziewanie peknie, odkreci sie, strace rownowage i chlup...

Potem widzialem siebie jak panicznie probuje zlapac line, ktora powinna byc za rufa na taka wlasnie okolicznosc. Spanikowany szukam liny, a lina wisi elegancko zbuchtowana na relingu. Luka plynie dalej na autopilocie, ale za to jest cienka zylka i haczyk z przyneta, moze mnie zlapie...
Okropna wizja, odplywajacy jacht i zadnej szansy zeby na niego wrocic i to wszystko z wlasnej glupoty.

Poczucie winy i glupoty zabiloby  mnie pewnie zanim bym sie utopil...
Mimo wszystko bardzo chcialem wyrzucic druga wedke, znalazlem wiec kompromis, przywiazalem zylke z przyneta do konca liny i obie sa w wodzie.

Teraz gdybym wypadl i nie zdazyl zlapac liny, zawsze moge jeszcze polknac haczyk...
 


DZIEN 347

Sat Feb 16 16:50:19 2008 UTC - 11 27.15 S - 99 40.99 W

 

Zamiast ryby zlapalismy „kurczaka”... Cos mnie tknelo i zalozylem rybe latajaca na przynete...
Glupia mewa, musiala byc chyba mloda, rzucila sie na nia i polknela razem z hakiem... Wacek wszczal alarm, ale poczatek akcji musial przegapic, bo kiedy wyskoczylem na poklad mewa juz nie zyla...
Troche to bylo smutne, niepotrzebna smierc.

Nie bede uzywal ryb latajacych na przynete.
Postanowilem zamienic genuy. Genua na rolerze jest nie do konca rozwinieta, poniewaz bom ktory ja wypycha jest pol metra za krotki .
Nawet mocno wybrana, pracuje na rolerze i stopniowo sie przeciera, zwlaszcza krawedzie obszyte sanbrella. Zostaniemy na tym kursie jeszcze kilka ladnych dni, wiec zaloze dzis stara genue na drugim sztagu.
Ten zagiel, tradycyjnie przypina sie do sztagu karabinczykami, wiec lekkie szamotanie na fali jej nie zaszkodzi, chociaz gdyby zagle potrafily mowic, pewnie rogorzalaby teraz dyskusja.
 


DZIEN 346

Fri Feb 15 16:31:17 2008 UTC - 12 49.92 S - 98 58.87 W

 

Codziennie rano sprawdzam wedki i dupa, nic sie nie lapie, kilka dni temu pojawily sie ryby latajace, wiec gdzies w okolicy powinny byc te wieksze, ktore na nie poluja. Poza tym skonczyl sie bimber, wczoraj dopilem reszte tego paskudztwa, za zdrowie Sw. Valentyna.
Kochliwy musial byc ten Valentyn, skoro jego urodziny obchodzi sie jako dzien zakochanych. Ech ci nasi Swieci... Gdyby tak poczytac ich biografie, okazaloby sie ze prawie zaden nie byl taki swiety ....
Czasem taka swietosc wspierala sie na worku zlota, albo rodzinnych koligacjach.
Niezwykle trudno modlic sie do takiego np; Sw.Teofila wiedzac ze cale zycie chodzil w obsranych gaciach, w jego czasach katolicy robili zydom na zlosc i kapali sie tylko raz do roku, na Wielkanoc...
 


DZIEN 345

Thu Feb 14 17:32:13 2008 UTC - 14 7.77 S - 98 24.46 W

 

Od wielu dni nie zmienilem ustawienia zagli, sprawdzam tylko czy cos sie nam nie przeciera - to wrog dlugich przelotow.
Te wczorajsze smiertelne dywagacje, pozostawily mi czkawke, wstalem rano i od razu zaczalem sie zastanawiac, co bede robil dalej, jaki nastepny cel, bo jakis cel musze znalezc, inaczej to co we mnie ladne - wyschnie, poskreca sie i umrze.
Zostanie zaczesujacy lysine, zapijaczony ex zeglarz, ktory
kiedys cos tam oplynal .
Cos mi chodzi po glowie, narazie to tylko niewyrazny ksztalt na horyzoncie, musze sie do niego zblizyc, a potem zaszczepic to w siebie, jak mloda galazke w starej gruszy...
Jesli sie ta "mloda galazka" przyjmie, potrzeba bedzie duzo kasy, zanim cokolwiek urodzi... , ale poradzimy sobie.
Zdobylem kase na jacht i moj rejs, zdobede kase na "moja studnie"...
Naukowcy szukajac odpowiedzi na pytanie jak powstalo zycie
na ziemi, doszli do wniosku ze czynnikiem ktory umozliwil zycie na ziemi, bylo... zycie...

Marzenie, jak mikroorganizm rzucony w przyjazne srodowisko dwutlenku wegla i azotu, zaczyna produkowac tlen, rozrastac sie, az wyjdzie na swiat wypelniony stworzonym przez siebie zyciem...
Kazdego dnia setki ludzi w Afryce, zwlaszcza dzieci, umiera
na czerwonke i inne choroby poniewaz z braku wyboru pija zanieczyszczona jak gnojowka wode.

Czesto czerpia brazowa wode z rzek i strumieni, w ktorych kilkadziesiat metrow wyzej, rozkladaja sie zwloki zwierzat, wyrzucane odpadki i ludzkie odchody...
Pamietam,  pomagalem kiedys Peter'owi szyc siatke na pokladzie, stalismy wtedy przy kei na Kodiak'u.

Poprawialismy prowizoryczne naprawiane w rejsie rozdarcia, niektore laty trzeba bylo wypruwac i szyc od nowa...

Siatka musi byc zszyta rowno, nie mozna pomylic zadnego oczka, w "pomylonych" miejscach siatka bedzie ciagnac mocniej i cala naprawa na nic, od razu sie rozerwie.
Siedzielismy na plastikowych wiadrach i naprawialismy siatke, jak dwa pajaki swoja pajeczyne.

Mialem tego dnia jeden z tych kwestionujacych wszystko nastrojow, i nagle jak motyl, odwiedzilo mnie dawno zapomniane wspomnienie.

Ze dwadziescia lat wczesniej, odwiedzilem z matka nasza babcie Zosie (niech jej aniolowie zaplataja warkocze ) u ktorej byla akurat z wizyta kolezanka.

Kolezanka babci Zosi byla zakonnica i mimo ze kosciol potepial wrozbiarstwo, siostra Anna miala prawdziwy dar i chetnie wrozyla znajomym....

Powiedziala wtedy mojej matce, ze jeden syn bedzie prowadzil normalne zycie i bedzie (jak to okreslila) "przy morzu", ale drugi syn bedzie znany (uzyla innego slowa, ale nie chce mi przejsc przez gardlo) na morzu i bedzie bardzo
bogaty.

Wypuscilem z rak kleszczke i zaczalem smiac sie jak duren...
ale kiedy sprobowalem wyjasnic Peter'owi przyczyne mojej
radosci, popatrzyl na mnie uwaznie i postukal sie palcem w czolo... heheh.
"Znany na morzu" juz prawie jestem, przynajmniej w mojej Ilawie.

Z tego wynika ze bogaty dopiero bede ... heheeh.
Wykopiemy w Afryce gleboka studnie, a ta studnia nigdy nie wyschnie i bedzie w niej w mnostwo zdrowej i slodkiej wody... Amen.

 


DZIEN 344

Wed Feb 13 17:35:09 2008 UTC - 15 35.13 S - 97 43.51 W

 

Plyniemy spokojnie, zabezpieczylem roler genuy lina i przymocowalem ja do kosza dziobowego, teraz mozna poluzowac linke obracajaca roler, nie bedzie sie przecierac . Na fali, nawet mocno wybrana genua pracuje, linka zwijajaca zagiel przesuwa sie w bloczkach do tylu i do przodu i powoli sie przeciera. Podobnie dzieje sie z szotami, one takze mimo tego ze genua jest wystawiona na bomie i wybrana na blache,
przesusawaja sie w blokach, i czasem wycieraja rowek w krazku bloka i same sie przecieraja.

Wszystko sie zuzywa, nieuzywane takze... , niektore rzeczy nawet szybciej jesli sie ich nie uzywa...
Otworzylem niedawno magazynek na dziobie, dostalo sie tam troche wody przy Hornie,  zmagazynowane w nim nowe liny zaczely robic sie stare, a nowa, zapasowa kotwica zaczela rdzewiec. Tak czy owak wszystko "pojdzie do piachu" hehe
Wczoraj po obiedzie zdrzemnalem sie na kanapie, i zupelnie wyraznie jakis glos powiedzial - "niedlugo umrzesz".
Obudzielm sie z ta "zaba" w ustach i pomyslalem chuj tam, ten moment jest taki sam dobry jak inne,  moze nawet lepszy,  bo teraz jestem prawie szczesliwy...
W pewnych kulturach, rzymskiej a nawet w plemieniu "czarnych zydowˇ"z Rwandy :-)
Niektorzy ludzie, tak zwanego sukcesu, przerywali swoje
zycie, gdy wydalo sie im, ze wyzej juz "po tej drabinie" nie wejda, niczego wiecej ponad to co maja nie pragna, i od teraz zaczalby sie ich marsz na "dol"...
Taka historie uslyszalem od mojego sasiada z pryczy obok, poznalem go w pewnym "domu wczasowym" na Florydzie. Pochodzil wlasnie z takiego plemienia "bialych czarnych", byl doskonale wyksztalconym ex bankierem, skloconym ze zmieniajacym sie w Rwandzie rzadem.
Wygladal jak delikatnie zbudowany europejczyk, mial waski, smukly nos i rysy twarzy czarnego jak smola polskiego zyda. Opowiedzial mi o swoim dziadku, ktory posiadal wielkie stada bydla, wiele zon i dzieci.
Ktoregos dnia zorganizowal fieste dla calego plemienia, palnal
przemowienie, potem poszedl do lasu i sie powiesil... heheh.
Rzymianie zalatwiali to podobno bardziej elegancko, ale to rzecz gustu...
Zastanawiam sie o co chodzilo temu gosciowi, gdy szeptal mi te swinstwa do ucha...
Nie jestem na zadnym szczycie, mam nowy zajebisty plan, o wiele lepszy niz oplywanie swiata, i mnostwo niezaspokojonych pragnien, wiec w tym momencie, o jakiejkolwiek wspolpracy z mojej strony nie moze byc mowy...
Przeanalizowalem sytuacje, i relatywnie do okolicznosci, nic nam tu ku...a nie grozi.

Nosimy w nocy jaskrawe swiatlo pozycyjne, a szansa, ze rozjedzie nas na tym pustkowiu jakis wielkolud, jest taka, jaka ma slepy pies "na romans" w obcej wiosce... heheh .
Jestesmy daleko od brzegu, wiec chyba nie bede tu musial mordowac zadnych piratow, a Luka, biorac pod uwage, ze to jacht zaglowy, jest w zupelnie dobrej kondycji...
Z naszych dociekan wylania sie tylko jeden sensowny wniosek, to musial byc jakis "duszek skurwialek" i probowal mnie wystraszyc .
Spierdalaj w strone swiatla ofiaro... hehe.Amen.
 


DZIEN 343

Tue Feb 12 15:58:23 2008 UTC - 17 15.29 S - 96 54.09 W

 

Pasat w nocy troche wykrecil i dzis mamy polowke, to ulubiony kurs Luki, autopilot bzyka rzadko i leniwie,to znaczy ze mu wygodnie...
Mamy duzo tunczyka w puszkach, zwlaszcza tego w wodzie, nie bardzo mi w tej formie smakuje, jest zjadliwy kiedy ugotuje sie z ryzem.
Wczoraj wymieszalem jedna puszke z suszonymi ziemniakami,  dodalem troche suszonych jajek, jakiegos suszonego zielska i zrobilem z tego kotlety.
Kotlety przypominaly troche placki ziemniaczane i zdechla rybe. Wacek dlugo i podejrzliwie je obwachiwal, w koncu wyniosl je gdzies na poklad, pewnie zakopal w zwinietym sztakslu...

Zachowal sie jak pies ogrodnika, a pod dnem czekaja na zarcie nasze  gownojady...

W koncu kotlety i tak wyladuja za burta, albo wyschna na kamien, albo spadnie deszcz i zaczna sie psuc.

Wyglada na to ze gownojady i tak sie na te placki zalapia, musza tylko poczekac.
Kiedys kotlet z suszonymi kartoflami byl  tunczykiem, polowal na ryby latajac i inne stworzenia, ktore miescily mu sie do pyska.
Ktoregos dnia pomylil sie i polknal sztuczna krewetke z duzym hakiem.
Leniwie rozciagniety na rufie kutra rybak, obserwowal 10 rozlozonych na dlugich wysiegnikach "wedek", zobaczyl zahaczonego tunczyka, wlaczyl hydrauliczny kolowrotek, wyjal tunczyka z wody, szybkim ruchem wyhaczyl przynete z pyska i wrzucil go do rynny  ktora jak po zjezdzalni zjechal do ladowwni, zraszanej zasolonym do granic nasycenia, schladzanym do -15C deszczem, ktory sprawnie i szybko zamraza nawet najwiekszego tunczyka...
Potem juz w przetworni ostry noz zrobil z niego zgrabne filety, a nieforemne kawalki i odpadki miesa  wyladowaly w duzej kadzi, zostaly zagotowane i powkladane do puszek. Teraz w postaci kotletow z suszonymi ziemniakami, po przygodzie z Wackiem, wysuszony na pokladzie, bedzie zjedzony przez male rybki gownojady, ktore predzej czy pozniej, bo przeciez taki ich los, znajda sie brzuchu jakiegos tunczyka .
I kiedy tylko otworze nowa puszke z tunczykiem, cala zabawa zacznie sie od nowa...
Historie kola rozpoczac mozna wszedzie...

 


DZIEN 342

Mon Feb 11 15:59:01 2008 UTC - 18 50.35 S - 96 0.59 W

 

Od rana cos mi tu smierdzi. Wacek latal po mnie w nocy, wystawilem go do sterowki, ale wyglada na to ze "zamarkowal"  sprawe i najpierw postawil gdzies mine.

Nie moge jej znalezc,  chociaz w okolicy stolu nawigacyjnego rozchodzi sie dyskretny zapach gowna.
Gdyby postawil ja na pokladzie, a potem ja, lub fala splukala by ja za burte, to, co tu i teraz smierdzi, dla kilku gownojadow - malych rybek i mikroskopijnego kraba, ktore z nami podruzuja, stanowiloby nie lada gratke, "kawal dobrego miecha..."
Dobro i zlo to pojecia subiektyne,  nie znaczy to jednak, ze w
naszym prywatnym siwecie takie np. gowno nie ma swojego prawdziwego zapachu.
Nieustannie przewija sie przez nasze zycie, te pozornie biegunowo rozne "zwierzatka"

Jedno sie nam podoba i nazywamy je dobre, inne - zle i smierdzace, czasem przenikaja sie nawzajem, i nie mozna ich odroznic...
Niemniej, kiedy dokladniej sie ktoremus przyjrzec, takiej np.
"smierdzacej minie" , mogloby sie okazac, ze mimo tego, ze tu i teraz nam zawadza i smierdzi, w innym miejscu i w innym czasie ktos moglby sie w tym "cacku" rozkochac.

Dla takiego zuczka gnojarka...kupa Wacka wydalaby sie pewnie polem truskawek, mogloby na nim wyrosnac wiadro pieczarek albo piekna roza, gdyby tylko znalazlo sie w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie...

 


DZIEN 341

Sun Feb 10 16:59:55 2008 UTC - 20 21.18 S - 95 6.57 W

 

Dzis miniemy 20 stopien S, co oznacza dla nas oficjalne wejscie w strefe pasatow.
Plyniemy na ľ genuy, wystawionej bomem.

Na motyla dluzej plynac sie nie da, chyba ze zmienimy kurs na Markizy.
W nocy nic sie wydarzylo, ale spalem niespokojnie, budzilem sie czasem co 20 minut, oswietlalem poklad i sprawdzalem czy wystawiona prowokacyjnie genua jeszcze tam jest.
Zastanawialem sie dzis rano, jak inaczej wygladalby ten rejs, gdybym nie mial na pokladzie ksiazek.
Mamy kilka tysiecy ksiazek na dyskach i ponad 700 nagranych w formacie MP3, do niedawna przesiadywalem jak gosc na wygodnym fotelu w sterowce, machinalnie obserwowalem otoczenie i sluchalem nagranych ksiazek.
Gdy jedna sie skonczyla, z podnieceniem szukalem nowej, odpowiedniej do nastroju. Czasem przerabialem jakas z tekstu na MP3 i czytala ja wtedy dla mnie slodkim glosem Agata z programu do czytania Expressivo.
Agata bezkrytycznie, z wrodzonym programowo wdziekiem czytala kazdy tekst.

Ktoregos dnia urzadzilem sobie zabawe i kazalem jej czytac przez siebie napisane, pikantne kawalki...

Wyrecytowala je dla mnie swoim uroczym glosem, bez zajakniecia hehehe.
Niedawno zajechalem ostatni player i z koniecznosci wrocilem do papieru i zakladek.

Odkrylem przy okazji ze czas na okulary, chyba sie starzeje  „brzuch mi rosnie, skora blednie, psuja mi sie zeby przednie”.
Gdyby nie ksiazki, musialbym naprawde tu siedziec, jak w zbudowanym wlasnymi rekami areszcie.

Dzieki ksiazkom, wiekszosc kazdego dnia spedzam "poza jachtem", a przynajmniej ten najwazniejszy ja, wedruje swobodnie po calym swiecie.
Nie potrzeba tajemnej wiedzy, ani wrodzonych talentow, zeby podrozowac poza wlasnym cialem, wystarczy zajmujaca ksiazka i troche koncentracji.
Dzieki ksiazkom zachowalem balans pomiedzy samotnoscia na Oceanie, osamotnieniem i swiatem ktory zostal za rufa, a ktory teraz znowu sie do nas zbliza...
Codziennie wchodze w czyjs swiat, wedrowalem z Michael Baigent i jego kumplami, tropem Swietego Gralla, z Kmicicem wysadzilismy najwieksza kolumbryne pod murami Cestochowy, i rozkladalem swiat na pojedyncze clony z Ken’em Wilber’em, a potem od nowa go zlozylismy.
Kto wie, gdyby nie moje ksiazki, byc moze po rzuceniu kotwicy w Ensenadzie, zamiast do detysty, Beata skierowalaby mnie najpierw na pertraktacje z psychiatra.
 


DZIEN 340

Sat Feb 09 15:29:43 2008 UTC - 21 58.33 S - 93 55.01 W

 

Dzis wieje jak wczoraj, jutro bedzie wialo jak dzisiaj, pasaty...
Wydawaloby sie, ze cos na takiej niezmiennosci mozna zbudowac, ale to tylko zludzenie...

Co jakis czas pojawia sie w tym zeglarskim raju huragan, i wyrownuje wszystko jak wal drogowy.
Wlasciwie proby zbudowania w zyciu czegos trwalego to zludzenie, zmarnowana energia, chyba ze budujemy dla samej przygody w budowanie.
Wszystko podlega nieustannym przemianom i jedyne w co warto inwestowac, to my sami, nasze marzenia.
Ktos madry stwierdzil kiedys, ze zycie nalezy traktowac jak dojrzaly do zjedzenia owoc.

Carpe Diem.

Kazdy czlowiek jest autorem i powodem wlasnych "wzlotow i upadkow", a kluczem do tego, czego doswiadczymy jutro, jest to jak czujemy i myslimy dzisiaj i jakie w tym stanie ducha podejmiemy decyzje.
Optymista i pesymista, obaj kiedys umra, ale jakze inaczej doswiadcza zycia...
 

 


DZIEN 339

Fri Feb 08 16:13:13 2008 UTC - 23 17.01 S - 92 48.45 W

 

Filip zjadl wczoraj kawalek piersi z kurczaka, moze jeszcze troche z nami pobedzie...
Jestesmy w pasacie, chyba juz nas nie wypusci az do rownika, a tam liczymy na spotkanie z jego polnocnym bratem, i mamy nadzieje ze obejdzie sie bez "wyrzucania koni".
Moglibysmy teraz plynac znacznie szybciej, ale autopilot pracowalby wtedy na caly gwizdek, a to nasz jedyny sternik.  Sterowanie jachtem w ktorym kil nie biegnie przez cala dlugosc kadluba (full kill) jest trudne na kursie z wiatrem.
Wszystkie kadluby ze skroconymi, waskimi balastami na kursie pelnym, maja tendecje do "myszkowania", plyniecia wezykiem.

Pomijajac sile wiatru, srodek ozaglowania w takich warunkach powinien byc jak najblizej dziobu, a powierzchnia zagli odwrotnie proporcjonalna do wielkosci fali.

Do takich wnioskow doprowadzila nas wyjaca pompa autopilota, a w kazdym razie dobranie odpowiednich zagli zamykalo jej "gebe".
Sterowanie reczne od dawna nie dziala i autopilot to nasz jedyny zalogant, ktory potafi w tych okolicznosciach sterowac Luka.
Zwracamy baczna uwage zeby nam sie kolega nie przemeczyl i aby zagle dobrze balansowaly Luke...

W kocu musi nas dowiezc do samej Ensenady...
W naszym swiecie szybkosc z jaka plyniemy jest sprawa trzeciorzedna.
Najwazniejsze to doplynac, nastepnie plynac wygodnie, dopiero potem ewentualnie szybko.

Pomiedzy "wygodnie" i "szybko" prawie zawsze istnieje konflikt, ale poza okolicami P.Good Hope i Horn, "wygodnie"
zawsze wygrywalo z "szybko"
Plyniemy pod fokiem na bomie po nawietrznej i sztakslem na motyla.
Luka buja sie jak kaczka, ale to uroki kursu z wiatrem.
Zostala jeszcze jedna flaszka nalewki "a'la Luka", chyba trzeba bedzie wstawic nowy zacier, ale tym razem zrobimy wino, dodamy do baniaka drzemu... hehe.

Destylowanie wspominam jak zly sen, pewnie duzo gorzaly ulotnilo sie nieszczelna raczka w szybkowarze...

Ciekawe czy takie wino na drozdzach ma jakies witaminy, moze okaze sie przyjazne dla mojego zamaltretowanego konserwami przewodu pokarmowego.
W nocy za burta cos cwiczylo glebokie wydechy,  mamy mocny
reflektor, ale to cos chyba nie chcialo byc znalezione, wynurzalo sie w roznych miejscach i natychmiast znikalo.
Obie wedki w wodzie, moze dzis cos sie wydarzy.
 


DZIEN 338

Thu Feb 07 14:50:33 2008 UTC - 24 45.94 S - 91 32.44 W

 

Wiatr „zmeznial”, miejmy nadzieje ze tojuz pasat...
Beata placze, ja jestem smutny, nasz Filip umiera.

To on mial plynac ze mna w rejs, ale zestarzal sie w miedzyczasie  ( 8 lat ), i zostal w domu...

Ma raka, schudl  15 funtow, nic nie je, weterynarz rozlozyl rece...

Nie cierpi i oby tak zostalo, jest tylko coraz slabszy, zycze mu spokojnej drogi do psiego raju...
 


DZIEN 337

Wed Feb 06 16:20:35 2008 UTC - 25 50.06 S - 90 46.69 W

 

W nocy ruszylismy z miejca. Mamy slaby, ale staly wiatr z poludniowego wschodu, moglby juz z nami zostac i zmienic sie w pasat. Jutro powinno dmuchac troszke mocniej, bedziemy szybciej plynac, moze zlapiemy swieza rybe. Nie bede juz suszyl kawalkow ryby, na dobra sprawe nie da sie potem tego jesc... Mamy ocet na pokladzie, bedziemy marynowac. W jakim stosunku powinienem rozmieszac ocet z woda? Czy wode z octem trzeba przegotowac? I co dodac jeszcze, sol, cukier ?
Zmeczylem w koncu ksiazke Paulo Coelho pt; „Pielgrzym” i mam po niej zgage..
„Poznasz drzewo po owacach jego”...

Owoce z tego drzewa wygladaja ladnie z daleka, gdy sie im jednak dokladnie przyjrzec traca kolor, a jesc ich w zaden sposob sie nie da.
Pan Coelho bez zenady poutykal kawalki z ksiazek Carlosa Castanedy, w Rzymsko Katolicka tradycje,  ulozyl ten pasztet na starym szlaku pielgrzymek i pokryl calosc wlasnymi przemysleniami, ktore oglednie rzecz biorac sa naiwne i wielu miejscach tworza irytujaca kombinacje prawdy i majakow schizofrenika .
Ksiazka w takiej formie bylaby moze do przyjecia gdyby uprzedzono czytelnika ze poza tlem historycznym cala reszta to owoc wyobrazni Pana Coelho.
Nasz autor codziennie rozmawia z wlasnym demonem – jesli to nie fikcja literacka, w takim razie schizofrenia. Z jakichs przyczyn nie polubil obrazu czystej, bezwarunkowej milosci, ktora pokazal nam Jezus, i podzielil ja na kawalki. Jeden kawalek ma nas trawic, drugi moze byc naszym wrogiem, a ten trzeci wspomaga pewnie trawienie...

 I ta „Dobra Walka”, w swiecie Pana Coelho, dobra nawet po trupach.
Polprawda to wyrachowane klamstwo...
Np. piszac o Templariuszach - „Templariusze blyskawicznie
zgromadzili nieoszacowane bogactwa, a majatek ten czesto sluzyl wyplacaniu okupow, za wolnosc moznych chrzescijan pojmanych przez muzulmanow”. – probowal przekonac czytelnikom, ze byli aniolami w zbrojach.
Prawdziwe w tym zdaniu jest tylko slowo „moznych” .
Zainteresowani latwo zorientuja sie w historii zakonu, ze
Templariusze jako pierwsi wprowadzili system weksli i czekow podroznych, i zeby taki „szlachetny” wykup mogl dojsc do skutku, rodzina uwiezionego musiala najpierw wplacic odpowiednio oprocentowana sume w najblizszym zakonie, i dostarczyc zaszyfrowany weksel .
Bezinteresownie nie wykupywano nikogo, nawet wlasnych rycerzy.
Templarisze w zawrotnym tempie gromadzili bogactwo, nie pozbywano sie jednak niczego.
Szkaradna jest taka mieszanina prawdy i bredni. Nie mozna jej ani zaakceptowac, ani odrzucic...

 


DZIEN 336

Tue Feb 05 13:32:35 2008 UTC - 26 16.56 S - 90 23.25 W

 

Cisza, stoimy w miejscu.
Spedzilem wczoraj pol dnia pod woda, ale efekt kiepski. Wcisnalem w vszpare wokol walu kawalek gumy ze starego lozyska, ale to lozysko bylo z „innej bajki”, guma okazala sie za gruba. Probowalem ja szlifowac, ale wytloczenia byly zbyt glebokie i rozpadala sie zanim zeszlifowalem ja do wlasciwego rozmiaru. Udalo mi sie wcisnac na sile waski pasek,  reszte odcialem. Wal nie klekocze, ale dluzej niz na 5 min. gwarancji nie daje.
Woda jest gladka jak szklo, Wacek wlaczyl alarm, do burty podplynela plaszczka z dwoma pilotami na grzbiecie, przysiaglbym ze sie nam przyglada...

 


DZIEN 335

Mon Feb 04 14:01:35 2008 UTC - 26 17.02 S - 90 26.76 W

 

Cisza ,stoimy w miejscu.
Potwierdzila sie zasada "w zyciu niczemu nie nalezy sie dziwic..."
Wszedlem wczoraj do wody i okazalo sie gumowa czesc lozyska podpierajacego wal, zniknela. Cynkowe zabezpieczenie walu przed elektroliza, troche juz nadzarte, bylo tuz przy lozysku, wiec gumowa tuleja nie wysunela sie raczej w ta strone, pewnie obracajacy sie wal przesunal ja
do srodka tunelu.

Trudno mi ta nowa sytuacje zaakceptowac...

Po perturbacjach z chlodnicami oleju,  pompa wtryskowa, peknietymi usczelkami skrzyni biegow, wydawalo sie ze mamy w maszynowni "rozejm", i o wlasnych silach wejdziemy do portu w Ensenadzie...

Ale w tej sytacji nie ma mowy o uzywaniu silnika do napedu, wal wykrzywilby sie natychmiast (jesli jeszcze sie wykrzywil), nastepnie rozwalilby wjscie z tunelu, a potem sruba wycielaby pewnie dziure w dnie. Wczoraj zrobilem totalny burdel w maszynowni szukajc czegos co moglbymn rowniemiernie upchac w mosiezna tuleje wokol walu.

Dobrze bylo miec swiadomosc ze chociaz na krotko, na kilka minut mozna uzyc silnika, chociaby po to, by nas kawalek przesunac.

W tej chwili kazdy moglby nas rozjechac, bujamy sie jak beczka na martwej fali. Woda jest ciepla, wyczyscilem wczoraj dno, poszlo szybciej niz poprzednim razem, niemniej znowu zaczelismy zarastac.

Ten maly kompresor jest super, umozliwia nurkowanie do 20 m (z moja pojemnoscia pluc pewnie 10m), wazy ze 2 kg, wyczynowo nurkowac sie z nim nie da, ale do okazjonalnych prac przy dnie jachtu w zupelnosci wystrcza..
 


DZIEN 334

Sun Feb 03 14:26:21 2008 UTC - 26 19.65 S - 90 25.42 W

 

Cisza. Wczoraj troche dmuchnelo, ale wieczorem zdechlo.
Mamy 2 l. gorzaly, ale to byla makabra.

Stalem caly dzien przy goracej kuchence z mokrym recznikiem w reku, palily sie trzy razy...

Eksperyment z duzym garnkiem nie wyszedl, nie bylem w stanie uszczelnic pokrywy.

Uzylismy wiec szybkowaru, ale okazalo sie ze amerykanskie
szybkowary maja trzy zawory bezpieczenstwa, pewnie w obawie przed sprawami o odszkodowania, gdyby taki maly parowy granat jednak wybuchl...
Na miejsce jednego wstawilem koncowke do ktorej zamocowalem  gumowy waz, drugi uszczelnilem. Jeden zawor bezpieczenstwa zupelnie wystarczy.
Mimo to gdzies przy raczce minimalnie przeciekalo, ale to minimalnie wystarczylo, zeby garnek zapalil sie trzy razy... Szesc razy napelnialem szybkowar i szesc razy zacier musial sie prawie zagotowac. Nie bede juz nigdy destylowal na jachcie, to niebezpieczne i przy okazji  wypompowalem prawie cala butle gazu. Zanim zaczalem destylowac, sprobowalem zacieru i okazalo sie ze smakowal zuplenie znosnie, gdybym wczesniej dodal drzemu, bylby jeszcze lepszy.

Wieczorem chlodzilem sie na pokladzie, zmeczony upalem kuchni z puszka soku pomidorowego i szklanka czegos tak okropnego, ze sam zapach wywolywal morska chorobe.
Wacek wszczal alarm  na horyzoncie pojawil sie okret, okazalo sie ze to statek przewozacy jachty, widzialem go w Ensenadzie. Ma charakterystyczna, nienaturalnie wysoka burte, jest wydrazony w srodku i ma otwierana rufe.

W porcie zanurza sie jak suchy dok, jachty wplywaja, nawet te wielkie, i potem wynurza sie, razem z "pasazerami". Wygodny sposob podrozowania dla ludzi, ktorzy chca zeglowac np; po Morzu Srodziemnym, ale nie chca, lub nie moga tam doplynac, jesli oczywiscie ich na to stac. Przewiezienie 17m jachtu z Mexyku do jakiegos portu na Morzu Srodziemnym kosztuje oko 70 tysiecy $.
Pozniej ladowalem baterie, wlaczylem silacza, plynelismy powoli, deasle nie lubia pracowac bez obciazenia ...

Baterie sie juz prawie naladowaly, nagle cos zaczelo lomotac. Pomyslalem ze to cos z silnikiem, ale zanim dolecialem do maszynowni, zdalem sobie sprawe ze halasuje wal, sruba napedowa. Wylaczylem silnik, zrobilo sie przyjemnie cicho, polalem wiecej tego paskudztwa, i siedzac na pokladzie zastanawialem sie skad to lomotanie...

Jutro wejdziemy do wody i obejrzymy srube.

Mozliwosci sa nastepujace;
- poluznily sie sruby mocujace i kontrujace srube ( bardzo malo prawdopodobne)
- odlamala sie jedna lopata sruby, ale nie pamietam uderzenia ( malo prawdopodobne)
- oslona cynkowa ktora zalozylem na wale jeszcze na Atlantyku odpadla i gumawa czesc lozyska podtrzymujacego wal na wylocie tunelu, tym razem calkowicie sie wysunela
(mozliwe, ale bardzo bym sie zdziwil )
- zlapalismy w srube jakas line i okrecila sie na wale ( oby... tego problemu moznaby sie latwo pozbyc)
Dopije kawe i skacze do wody,  mam nadzieje ze w poblizu nie kreci sie jakas duza, wyglodniala ryba z trzema rzedami ostrych zebow...
 


DZIEN 333

Sat Feb 02 13:16:31 2008 UTC - 27 2.23 S - 89 54.39 W

 

Cisza na morzu, moze dzis wskoczymy do wody, poskrobiemy troche, znowu zarastamy na linii wodnej. Po poludniu powinno cosik powiac...
Destylator prawie gotowy, uzylem wielkiego gara do gotowania krabow, szybkowar wydal mi sie za maly, mamy prawie 25 l zacieru do podgrzania. Wywiercilem dziurke w pokrywce, wstawilem koncowke do wezyka, na krawedzi pokrywki przykleilem uszczelke. Uzyjemy 3 par samozaciskowych kleszczy i kilka malych zaciskow stolarskich do docisniecia pokrywy,  powinno byc szczelnie .
 


DZIEN 332

Fri Feb 01 14:43:51 2008 UTC - 27 16.07 S - 89 37.63 W

 

Dzis cisza, przesuwamy sie jednak powoli, autopilot odzywa sie co jakis czas krotkimi bzyknieciami pompy.

Slonce od rana, znowu plaza.
Wyglada ze drozdze wyzdychaly. Na podstawie tego co wiem z instrukcji domowego bimbrownika, ktorych dostalem wiele, drozdze musialy umrzec od nadmiaru alkoholu. Drugiego dnia po rozmieszaniu zacieru uszczelnilem bimbrownie i zalozylem rurke z odrobina wody w kolanku, wszystko potem slicznie przez kilka dni bulgotalo. Ostatnie dwa dni bulgotanie w rurce zwalnialo, wczoraj podejrzewalem nieszczelny korek, wiec dla pewnosci oblepilem go ciastem, ale niczego to nie zmienilo .
Dmuchnalem solidnie w rurke, podejrzewajac ze jest zapchana, i potem bulgotalo chwile, ale to tylko wyrownywalo sie cisnienie po moim dmuchnieciu.

Przed chwila odkrecilem korek, zacier smierdzi jak podle wino...
Dzis przygotujemy jachtowy zestaw destylacyjny i jutro bedziemy podgrzewac.
 

                                                                                                                               

Lista najciekawszych stron związanych z morzem.