DZIEN 87
Fri Jun 01 00:32:54
2007 UTC - 12 10.85 S - 125 33.25 E
(relacja Tomka
dotyczy czwartku 31go maja, email wyslany w piatek)
Wspomienie swiezej
ryby spowodowalo ze zabralem sie dzis za nowa przynete. Wczesniej
odkrylem ze modne kolory to czerwony i zielony. Mamy duzo
pstrokatych lin, odcialem kawalek i rozczochralem konce . Odcialem
pilka do metalu kawalek olowiu, przewiercilem go na wylot,
przewloklem przez niego koniec metalowej linki, potem przez ucho
podwojnego haka i wrocilem koncem linki do otworu w olowiu, potem
zaklepalem go tak by linka z hakiem nie miala szansy sie wysunac....
Teraz pozwolilem by moja artystyczna czesc(zakres 1-2 klasa szkoly
podstawowej) uformowala zielono-czerwony wiechec, ktory umocowalem
juzing’iem(cienki sznurek)do olowiu, tak ze kolorowa miotla okrywala
hak z dwoma ostrzami. Wiazania nie wyszly ladnie, ale byly mocne..
Zrobilem ucho na drugim koncu metalowej linki i zagniotlem je mala
miedziana rurka. Teraz poszedlem z nowym kalmarem-oszustem na rufe i
do ocalalego z ostatniego pogramu kawalka zylki dowiazalem cienki
ale mocny sznurek i wrzucilem przynete do wody. Po jakims czasie
wyciagnalem wszystko na poklad by sprawdzic jak nasz “kalmar” sie
trzyma. Wezly wygladaly cacy, wiec wypuscilem wszystko z powrotem.
Gdy sie odwracalem uslyszalem ciche “brzdek”....i zobaczylem
fruwajaca pusta koncowke zylki... Nastepna przyneta musi byc
zdecydowanie mniej atrakcyjna, moze sam hak i nadzieja ...(?)
DZIEN 86
Wed May 30 22:43:29
2007 UTC - 11 13.83 S - 127 31.89 E
Wielka czarna chmura wali na nas, za chwile bedzie prysznic i
pranie. Mimo odsalacza, czekam z praniem na deszcz, dopiero tu widac
ile cennej slodkiej wody zuzywa nawet najmniejsze pranie. Wczoraj
generator znowu dostal zadyszki, ta stara choroba ciagnie sie za
nami jak niechciany maly potworek prawie od poczadku rejsu.
Pogrzebalem troche przy silniku i tym razem doszedlem do wniosku ze
to musi byc pmpa podajaca paliwo ze zbiornika. Kiedy generator
zwolnil, wlaczylem pompke elektryczna uzywana przy odpowietrzaniu
systemu i odkrecilem srubke do odpowietrzania na pompie wtryskowej,
nie leciala z niej ani ropa, ani powietrze (z powietrzem nie
wiadowmo) chociaz w filtrze , tuz przed felerna pompa, cisnienie
paliwa bylo duze. Wychodzi wiec ze psujaca sie pompa nie podaje
wystarczajacej ilosci paliwa do pompy wtryskowej. Narazie generator
chodzi, chociaz wiem ze niedlugo problem powroci. Postanowilem ze
gdy to nastapi, wylacze z systemu felerna pompe i w jej miejsce
podlacze pompe elektryczna, zasilajaca w tej chwili podgrzewacz
kabiny... To powinno rozwiazac problem. Duzo dzis o pompach w
Morskich Opowiesciach. Coast Guard nadal codziennie nas sprawdza,
ale przestali zaczepiac. Byc moze wojennie nastawieni francuzi
oduczyli ich kilka dni temu zadawania pytan porzadnym zeglarzom
plynacym spokojnie z dala od ich wybrzeza...
DZIEN 85
Tue May 29 21:39:11
2007 UTC - 10 38.86 S - 128 55.96 E
Po dlugim bezrybiu, maly tunczyk wzial sie w koncu na gumowego
robaka. Mielismy wczoraj z Wackiem uczte, a i dzis jest troche na
bis. Nie byl az taki maly. Zrobilem filety wycinajac starannie
czesci wokol kregoslupa, gdzie gromadzi sie krew, mieso z tego
miejsca jest za bardzo "rybie". Umyte kawalki skropilem sokiem z
cytryny, ktory lagodzi posmak "tranu", przyprawilem sola czosnkowa,
rozrobilem troche jajek z proszku i wymieszalem je z umytymi
filetami, obtoczylem w bulce tartej i 30 min po zlowieniu ryba byla
na patelni. Taka rybe nazywamy swieza. Mimo ze to tunczyk, smakowal
pysznie, od dawna nie jadlem swiezej ryby. Po zlapaniu go wczoraj
wyjalem "wedke" z wody, dzis wloze znow i poprosze Mame Ocean o
wiecej...Po wielkim zarciu , podczas ladowania baterii ogladalem "Terminatora".
Wacek usiadl obok, oparl sie o mnie i robil wrazenie ze tez patrzy,
w pewnym momencie, gdy pojawil sie terminator Wacek zaczal na niego
warczec... heheh, usmialem sie. Psy podobno nie widza obrazu na
ekranie. Wczoraj Coast Guard przez dobre 5 min wolal jakis Francuski
okret wojenny, ale ten ich olal, nie odpowiedzial. Wolali go z
samolotu, ktory przelecial potem nad nami. Pewnie byli na wodach
miedzynarodowych i postanowili nie zawracac sobie glowy
Australijskim Coast Guard'em.
DZIEN 84
Mon May 28 23:46:23
2007 UTC - 10 16.40 S - 130 19.39 E
Zegnamy Arafura i witamy Timor Sea. Melodyjna, ciekawie brzmiaca
nazwa, Timor kojarzy sie ze starozytnym azjatyckim wojownikiem.
Jesli to jego nowa posiadlosc, to miejmy nadzieje ze zabawia syreny
w swoim haremie i nie bedzie sie nami fatygowal, zreszta Mama Ocean
nad nami czuwa, nie smialby wyciagnac miecza...
Probowalem wczoraj zainstalowac maly inverter, po to by nie wlaczac
duzego, gdy uzywam laptopa. Tylko z samego faktu ze zyje , zzera
1.5A w 24V, wiec 3A w typowej 12V’oltowej instalacji. Kupilem kiedys
200 W’atowy maly inwerter, zmieniajacy napiecie z 24V na 220V,
wczoraj rano zrobilem instalacje, podprowadzilem przewod w okolice
mojego ulubionego miejsca przy stole, na koncu linii zainstalowalem
maly bezpiecznik. Inverter zapiszczal radosnie i zaswiecil zielona
lede oznajmiajac ze wszystko z nim cacy. Gdy jednak podlaczylem
komputer, zawyl cos zalosnie i zdechl. Maxymalny pobor mocy laptopa
to 140W, wiec duzo ponizej jego zachwalanych mozliwosci... Potem
zobaczylem gdzies w rogu maly napis, ktory wszystko wyjasnil: „Made
in China"... Po raz kolejny obiecalem sobie solennie ze nigdy, nawet
gdyby rozdawano za darmo, nie wezme do reki nic (poza mlotkiem, mam
jeden mosiezny i ma sie dobrze) co w znoju i technicznej ignorancji
wypocila klasa robotnicza Chin Ludowych.
DZIEN 83
Mon May 28 00:32:28
2007 UTC - 10 13.32 S - 131 54.01 E
(relacja
Tomka dotyczy niedzieli, email nadszedl w poniedzialek, zwiekszajaca sie
roznica czasu, powoduje ze emaile wyslane wieczorem otrzymujemy, gdy
u nas zaczyna sie kolejny dzien)
Plyniemy na zachod, w
okolicy 130*E zaczniemy powoli wykrecac na poludnie. Wstepny plan to
lagodnym lukiem zejsc w okolice Madagaskaru i na 30* S, miejmy
nadzieje z wiatrem, skierujemy sie w strone Przyladka Dobrej Nadziei...
Wackowi zaczela dupa rosnac, ograniczylem mu troche jedzenie. Zezarl
widocznie rybe latajaca z pokladu, bo w nocy postawil kilka stefanow,
min. w okolicy maszynowni, rano cudem udalo mi sie je wyminac...
Delfiny odwiedzaja nas kilka razy dziennie jakby sprawdzaly czy
wszystko z nami w porzadku... Dla Wacka to wielka atrakcja,
obszczekuje je, wacha i nie spuszcza z oka, pilnuje swego terytorium.
DZIEN 82
Sun May 27 01:42:53
2007 UTC - 10 1.71 S - 133 37.34 E
(relacja
Tomka dotyczy soboty, email nadszedl w niedziele, zwiekszajaca sie
roznica czasu, powoduje ze emaile wyslane wieczorem otrzymujemy, gdy
u nas zaczyna sie kolejny dzien)
Wczoraj odwiedzily nas
delfiny, plasaly przed dziobem caly dzien. Przygladalem sie im dlugo
i myslalem dlaczego to robia, zostaly z nami caly dzien zamiast
polowac na ryby albo bujac sie gdzies leniwie w sloncu... Obserwujac
je prawie caly dzien doszedlem do wniosku, ze plyniecie przy burcie,
przeplywanie przed dziobem i plasy sprawiaja im przyjemnosc.
Wyraznie ozyly gdy wyszedlem na dziob z kamera. Byl wsrod nich stary
weteran z nadgryziona pewnie przez rekina pletwa, kilka malych
delfinkow, ze 20 innych, i jeden ktory co chwile przekrecal sie
lekko na bok i przygladal nam ciekawie ...Po poludniu "oblecial" nas
Coast Guard, pogadali chwile i znow zrobilo sie cicho.
Patrzylem na bandere, wlasciwie na tle innych bander nie jest
specjalnie ladna; bialo - czerwona, lecz wrysowany w nia bialy orzel
w koronie ozywia i nadaje sile, sprawia ze jest najpiekniejsza i
moja. Na "wygnaniu", pomiedzy obcymi, dziwnie mowiacymi i
zachowujacymi sie dziwnie ludzmi, ten orzel na bialo - czerwonym tle
dawal mi poczucie przynaleznosci i sily. Jedynie z daleka mozna
dostrzec jej piekno, z bliska to tylko bandera...Przynosi takze z
soba zapach mokrego lasu i poranna mgle nad Jeziorakiem, wspomnienie
pierwszej milosci siedzacej mi na kolanach w parku i zapach
normalnego chleba, smak bialej kielbasy i wspanialy pasztet mojej
mamy...Nie zamienilbym mojej bandery na zadna inna, nawet gdyby ta
inna wyszywana byla zlotem i obietnicami ...
Ps: Okolo 10 rano na pozycji 10 00 40 S i 133 57 230 E zobaczylismy
tankowiec niosacy jakas dziwna, pstrokata bandere ... Ktos pomalowal
go na zolto a potem napisal na burcie "STOLT TANKERS" i "S" na
kominie. Pogadalem chwile z oficerem wachtowym, potem krotkie "good
luck" i po chwili plynacy 30 wezlow tankowiec zniknal za horyzontem...
Ps2: Beatko plywam tylko kiedy nie ma wiatru i jacht prawie stoi,
gdybym musial wejsc do wody w innych okolicznosciach, to postawilbym
Luke w dryfie, czyli zdjalbym wszystkie zagle i wtedy bardzo wolno
dryfowala by z wiatrem i nie byloby mozliwosci zeby mi uciekla. Piwa
jeszcze 4 kartony po 24 ... Do konca jeszcze troche ale zobaczysz
jak szybko zleci...


DZIEN 81
Fri May 25 23:35:46
2007 UTC - 10 9.57 S - 135 38.59 E
Ladowalem wieczorem
baterie, oznaczalo to rowniez seans filmowy, wczoraj ogladalem
Armagedona, dobrze zrobiony film, doskonala obsada , no i lez
wyciskacz ...
Zdaje sie ze efektem ubocznym samotnego zeglowania jest
nadwrazliwosc...
Wychodzilem co jakis czas na poklad by sprawdzic otoczenie i za
ktoryms razem gdy wychylilem sie ze sterowki, poczulem jak serce mi
staje. Tuz za rufa prawie razily swiatla nawigacyjne jakiegos
pieprzonego giganta. Bylo juz ciemo, pomiedzy bialymi swiatlami
zobaczylem takze czerwone, wiec idzie na nas.. Jednym skokiem
znalazlem sie przy tablicy rozdzielczej, wlaczylem wszystkie swiatla,
lacznie z pokladowymi, uzywanymi tylko przy pracy na pokladzie,
zlapalem za mikrofon VHF (radio malego zasiegu) i zaczalem wolac: "tu
jednostka zaglowa Luka, na pozycji 10°08.74'
S i 135°49.23'
E wola statek kontenerowy za moja rufa, czy mnie widzisz?".
Powtorzylem wolanie jeszcze raz i wtedy uslyszalem: "- tak
Luka, widze cie, utrzymuj swoj obecny kurs, miniemy sie ok". Spokoj
z jakim oficer wachtowy kontenerowca to powiedzial, spowodowal ze i
ja troche sie uspokoilem, wlaczylem radar, i kiedy sie rozgrzal,
spostrzeglem iz mimo, ze wydawalo sie ze kontenerowiec miesza juz
zylki z przyneta ktore ciagne za rufa, minie nas w odleglosci prawie
pol mili. To i tak dla mnie o wiele za blisko, bede chyba musial na
tym zatloczonym Arafura trzymac wlaczony radar z funkcja "obserwatora"
, ktora uruchamia system co 15 lub 20 min, sprawdza horyzont i jesli
jest czysto zapada w drzemke i po 20 minutach budzi sie znowu. W
nocy snilo mi sie stado kontenerowcow mrugajacych do mnie wielkimi
czerwonymi swiatlami, w pewnym momencie wstalem i reszte nocy
spedzilem w sterowce sluchajac z ipod-a opowiesci o elfach,
krasnoludkach i dobrych wrozkach...
DZIEN 80
Thu May 24 22:57:58
2007 UTC - 10 4.84 S - 137 48.31 E
Wczoraj w nocy natura urzadzila nam niezwykly pokaz „sztucznych
ogni”.
Polnocna czesc nieba rozjasniala eksplozjami swiatla odcinajac sie
niemozliwie jaskrawood czarnego jak smola nieba. Wspaniale widowisko,
kazdy wybuch tworzyl nowa kompozycjeksztaltow i rzezbil na ulamek
sekundy obrazy grozy. Probowalem zrobic tej odleglej burzy zdjecia,
ale oczywiscie nic tego nie wyszllo. Teraz mysle ze powinienem
wlaczyc kamere...Plyniemy spokojnie na zachod, wiatr przyjaznie
dmucha od zadu, piwa mam jeszcze na miesiac, zycie jest piekne.
Wujo moj, Jan z Gostolina twierdzi ze dupa ze mnie nie literat, a
czy zeglarz to sie okaze...
Coast Guard "oblecial nas" znowu, jakby sprawdzal czy nie zmieniamy
kursu, wlasciwie na
upartego weszloby tu ze 20 groznych uchodzcow, albo ze dwie tony
kokainy...
DZIEN 79
Wed May 23 22:54:31
2007 UTC - 10 19.81 S - 139 34.82 E
Dzis zepsul sie jeden komputer, ciesze sie teraz ze Beata
wmusila we mnie drugi taki sam. Przycisk do wlaczania to jedyny
dowod ze jeszcze zyje, ale poza swiatelkiem w przycisku nic innego
sie nie dzieje.(otwiera sie jeszcze CD room) Wczoraj znowu oblatywal
nas Coast Guard, tym razem od razu zawolali nas po imieniu i pytali
czy mamy zamiar dobijac do jakiegos portu w Australii. Wciaz
oddalamy sie od tras zeglugowych, nadlozymy troche drogi kierujac
sie do wyjscia na Morze Indyjskie, bo trasy te ida po najkrotszej
linii, ale za to nie bedzie mi sie snilo ze zdrapuje farbe z
jakiegos kontenerowca...
Mam wrazenie ze filtry odsalacza wody zapchaja sie tu szybko, woda
jakby troche metna, pewnie z powodu malej glebokosci.Zdaje sie ze
niedlugo bede mogl powiedziec „z niejedngo morza wode pilem”
DZIEN 78
Tue May 22 22:18:17
2007 UTC - 10 42.33 S - 141 14.36 E
Plyniemy juz po Morzu
Arafura, plytko prawie jak na Jezioraku. Fale sa krotkie a woda
metna... Glebokosc w tej chwili 19m. Za kazdym razem gdy patrze na
echosonde, mam wrazenie ze zaraz bedziemy w cos walic. Szafirowy,
gleboki Pacyfik zostal po tamtej stronie... Tuz po wyjsciu z
ciesniny jest kilkumilowy, gleboki jak na ta okolice, bo az 25m
kanal. Wlasnie w niego weszlismy kiedy gigant tankowiec plynacy za
mna, z australijskim akcentem powiedzial grzecznie zebym z niego
spadal bo wali 35 wezlow, i za 10 min bedzie tamtedy przechodzil, a
dla niego to jedyna w tym miejscu droga. Gdybym nie zdazyl zwiac
pewnie nie zadrapalbym mu nawet farby. Po chwili zapytal jakie mam
zanurzenie, gdy odpowiedzialem 2 m, stwierdzil ze moge tu plynac jak
chce poniewaz wtej chwili jest 3 metrowy przyplyw. Przemknal obok
jak duch, mrugnal swiatlami pozycyjnymi i poczestowal zapachem dymu
z komina. Rano spowiadalismy sie Australijskiemu Coast Guard, stwierdzili ze maja o nas duzo informacji, majac pewnie na mysli
nasze przejscie ciesniny, i gdy odpowiedzialem na pytania typu skad,
dokad, i jaka bandera , zyczyli powodzenia i odlecieli...
Jeszcze w ciesninie przplywalismy obok wraka zaglowca, smutny to
widok.
Wielkie brazowe cialo lezace na boku jako przestroga...

DZIEN 77
Tue May 22 00:31:22
2007 UTC
9 59.86 S - 143
4.28 E
(relacja Tomka
dotyczy poniedzialku, email nadszedl we wtorek, zwiekszajaca sie
roznica czasu, powoduje ze emaile wyslane wieczorem otrzymujemy, gdy
u nas zaczyna sie kolejny dzien)
Nie taka straszna ta
Ciesnina Toresa. Najstraszniej wyglada w morskich opowiesciach i gdy
potem wchodzi sie w nia po raz pierwszy i po ciemku. W nocy
wszystkie koty czarne. Latarnie morskie prawie ocieraja sie o burty,
choc migaja do nas z 2 lub 3 mil, i wszedzie czaja sie ostre rafy. Gdy wzeszlo slonce okazalo sie ze Ciesnina Toresa to urocze male
„morze” z setkami piaszczystych wysp porosnietych palmami i dzungla.
Bez problemu mozna zajsc jakas od nawietrzenej, rzucic kotwice i
spac do rana. Plynie sie jednak nie najgorzej, wiec grzejemy dalej...
„ Tylko te noce takie dlugie...”
DZIEN 76
Sun May 20 22:17:23
2007 UTC - 10 7.51 S - 145 5.37 E
Mimo ze do Ciesniny
jeszcze z 90 mil, juz zrobilo sie ciasno. Plyniemy wyznaczona droga
wodna nazywana „Przejscie Pandory”. Tlok na niej poki co umiarkowany,
od wczoraj minelismy trzy wiekoludy. Jeden tuz przed zmierzchem,
tankowiec, nazywal sie Century River i mial wielka litere K na
kominie. Te olbrzymy plyna bardzo szybko i od pojawienia sie na
horyzoncie do chwili gdy sa na trawersie nie mija na ogol wiecej niz
20-30 min. W nocy ciemno, wielkoludy sa zawsze dobrze oswietlone,
ale gdyby to odemnie zalezalo chwilowo wyslalbym je wszystkie na
poludnie Australii... Jak to napisal pewien kolega zeglarz, ktory z
powodu spoznienia zalogi przeprowadzal kiedys samotnie jacht do
jakiegos portu - „tylko te noce sa takie glugie...” Dzis w nocy
wejdziemy pewnie w Ciesnine...
DZIEN 75
Sat May 19 21:39:51
2007 UTC - 11 24.65 S - 146 25.97 E
Dzis szaro i pada, ale
to przyjemna odmiana po dniach piekacego slonca. To miala byc
ostatnia przespana noc przed Ciesnina, ale tuz po zmroku zauwazylem
jakis poblask przed nami na horyzoncie. Kiedys zrobila mnie tak w
konia wschodzaca gwiazda. Tym razem jednak blask dlugo sie nie
zmienial... Minelo kilka godzin nim wyjasnilo sie ze to rybak
zwabiajacy kalmary wielkimi sodowymi lampami. Potem przygladalem sie
(jesli mozna przygladac sie czemus noca) gdy co jakis czas wygasza
swiatla i wymyka sie z sieci ktora okrazyl zgromadzone wokol burt
kalmary, naplywajace do oswiecajacego wode kutra, jak cmy do zarowki.
Potem pewnie zamykal dno i bok siatki i wyciagnal je na poklad... .
Szczerze mowiac, wolalbym na ta ciesnine miec sprawne kolo sterowe,
ale coz, podobno nie mozna miec wszystkiego, w kazdym razie nie w
jednym momencie. Nie pozostaje mi nic innego tyko cieszyc sie ze
autopilot dziala bez zarzutu...
Przygotuje dzis kotwice do rzucenia, chociaz szczerze zamierzam jej
nie uzywac..
Wacek od dluzszego czasu nic nie pogryzl, nie zrobil, jak to ma
czasem w zwyczaju kupy w maszynowni, pachnie cisza przed burza...
Fri May 18 21:40:58
2007 UTC - 12 13.75 S - 148 7.35 E
Od kilku dni czuje ze
cos psuje moje dobre samopoczucie, jak gdyby ktos zaklocal gladka
tafle lsniacego jeziora rzucajac do niego kamyki. To chyba niepokoj
zwiazany z Ciesnina Toresa... Od paru dni przygladam sie jej i
analizuje droge ktora bedziemy szli, poswiecam jej duzo czasu,
po to by czasem niechcacy, nieuwaznie czegos nie pominac, jakiejs
milutkiej, najezonej ostrymi rafami wysepki, albo kamyka wystajacego
troszke z wody, lub takiego ze schowana tuz pod powierznia ostra
glowka..
Mialem dzis kolorowe sny, snila mi sie jaks urocza wyspa do ktorej
dobilem i okazalo sie ze spotkalem na niej wielu znajomych, potem
snila mi sie moja piersza milosc Halina, w sytuacjach ktorych nie
bede tu opisywac (Beatko ty snisz mi sie co noc i jeszcze ladniej),
sny dzielily sie na czesci, gdy budzilem sie by sprawdzic kurs i
otoczenie. Musialy byc wszystkie dobre, bo gdy w koncu wstalem dlugo
jeszcze czulem ich przyjemny smak.
DZIEN 73
Thu May 17 22:33:37
2007 UTC - 12 45.24 S - 149 52.65 E
Zeglowanie po Morzu
Koralowym o tej porze roku to wakacje, jest cieplo lecz nie goraco,
nieustaje umiarkowanie silny wiatr z poudniowego wschodu, chociaz
cieszylbym sie gdyby wykrecil na wschodni kiedy dojdziemy do
Ciesniny Toresa, jesli nie skreci, przez wiekszosc tego kamienistego
lejka bedziemy szli ostro do wiatru, choc moze jakies lokalne
zaburzenia spowoduja ze pasat troche wykreci...
Wyglada ze swiezych ryb w tym rejsie nie bedzie.. . W nocy jakas
rybka pociagnela ze soba caly zestaw, lacznie z zylka. Musialo byc
male monstrum , bo nowa zylka miala wytrzymalosc 90kg. Mam jeszcze
jeden stary komplet, ciagniemy go za soba, ale cos mi mowi ze jutro
rano juz go tam nie bedzie. Nie mam zamiaru sie przy tym upierac,
zycie wmusilo we mnie pewnien schemat - jesli cos co probuje zrobic
i nie wychodzi, to staram sie zrobic to inaczej, ale jesli nadal nie
wychodzi, przestaje to robic w ogole. Mimo ze "przestaje robic"
zabrzmi dla wielu zbyt permanetnie, okazuje sie, ze jesli tylko
zmienimy troche nawyki mysleniowe, przestac robic mozna prawie
wszystko... . W tym wypadku nie byloby to nawet trudne, na pokladzie
mamy duzo ryb, sardynki w sosie pomidorowym, tunczyk w oleju i
wodzie, paprykarz szczecinski, osmiornica w pomidorach, ostrygi
wedzone , a takze wedzone szprotki w oleju z Rygi, te niestety juz
sie koncza. A gdyby nas przyparlo do muru (to jeszcze jedna zaleta
plywania swobodnego,czytaj: bez pospiechu i sponsora Pana Warzechy
od sedesow, ktorego trzeba by zapytac o zgode.. ), mozemy stanac na
kotwicy przy jakiejs bezludnej rafie i poklusowac ...
DZIEN 72
Wed May 16 22:18:34
2007 UTC - 12 54.92 S - 151 54.92 E
Siedze w sterowce na
swoim fotelu, nogi wyciagnalem miedzy szprychami kola sterowego i
oparlem na pulpicie z wskaznikami slinka, ciagne browar i mysle
jakie to morze jest piekne, zwlaszcza gdy swiat znowu kreci sie w "moja"
strone... Pompa autopilota pomrukuje cicho, a ja czuje totalne
pojednanie z poblyskujacymi w sloncu falami.
Ciekawe ze wiekszosc samotnych zeglarzy od pewnego momentu rejsu
zmuszona byla sterowac recznie po awarii samosteru... Wyglada na to,
ze ja jestem zmuszony uzywac autopilota i szczerze mowiac nie mam
nic przeciwko temu. Przeczytalem dzis ksiazke nakazana mi przez
Beate jako lekture obowiazkowa pt. "Tam gdzie spadaja anioly" D.
Terakowskiej, i niewiem czy to spowodowana samotnoscia nadwrazliwosc,
ale wzruszalem
sie wiele razy, i to w niepodobny dla mnie sposob, czytajac o chorej
dziewczynce i jej upadlym aniole strozu, i jak to pomagajac sobie
nawzajem powrocili na strone swiatla. Uwazam ze bardzo ladnie i
madrze P.Terakowska podeszla do tematu dobra i zla. Czuje ze po tej
lekturze troche bardziej lubie tego swojego "czarnego zgreda" ktory
szepce mi jesli tylko go slucham:"nie dasz rady czlowieku, a w ogole
po co to robisz..." itd. Dawno nauczylem sie go ignorowac, teraz
jednak zaczynam uwazac go za cos wlasnego i niech tam sobie mendzi,
jesli juz taka jego natura.
DZIEN 71
Tue May 15 14:59:51
2007 UTC - 13 13.94 S - 154 17.46 E
Tuz po polnocy Luka
stanela pod wiatr, zagle zaczely lopotac i dopiero po chwili
uslyszalem przebijajacy sie przez lopot zagli halas pracujacej
nieustannie pompy autopilota. Wychylilem kurs na polnoc, tak by miec
chwile zanim Luka ponownie wyostrzy i polecialem po mlotek. To znowu
ta skrzyneczka z zaworami pod pompa kola sterowego. Znowu zawiesil
sie zawor zwrotny i przepuszcza cisnienie, ktore wytwarza pompa
autopilota. Zaczalem ostukiwac ja mlotkiem, po ktoryms razie pompa
autopilota stanela, ale za chwile sytuacja sie powtorzyla. To byl
znak ze czas rozwiazac sprawe permanetnie (choc poza smiercia
permanencji nie ma, ale i to wzgledne). Zwinalem genule i postawilem
foka marszowego, wybralem go na blache i Luka ze sterem wychylonym
na nawietrzna poczela wolniutko isc pod wiatr, co oddalalo nas od
rafy czajacej sie w ciemnosci, kilkadziesiat mil po zawietrznej.
Oczywiscie pierwsza rzecza jaka przyszla mi do glowy to poskarzyc
sie zonie. Dosc szybko Beata przyslala mi schemat tej skrzyneczki z
zaworami i proponowane przez kanadyjska firme, ktora ja
wyprodukowala, sugestie jak rozwiazac problem. Nie bylo tam nic
szczegolnego , choc ludzilem sie ze wytlumacza mi jak naprawic sama
skrzyneczke, okazalo sie ze juz takich nie robia i namawiali na
wymiane calej pompy. Poza tym sugerowali odciecie dwoma zaworami
kola sterowego z systemu, co i tak mialem w planie. Po otrzymaniu
drugiej informacji ze kolo sterowe nie bedzie dzialac bez tej
skrzynki z zaworami (kombinowalem zeby ja zupelnie wywalic i w to
miejsce wstawic dwa zawory, wybieralbym wtedy manualnie: sterowanie
reczne lub autopilotem) wzialem sie do roboty. Szczesliwie mialem
dwa zawory, ktore nadawaly sie do tego doskonale. Po dwoch godzinach
jechalismy znowu w kierunku Ciesniny Toresa do ktorej dzielilo nas
670 mil.
DZIEN 70
Tue May 15 01:04:53
2007 UTC - 13 17.12 S - 155 42.79 E
(data wyslania e-maila,
rzeczywisty dzien:poniedzialek)
Dzisiejsza
noc byla niespokojna, silny od kilku dni wiatr podnosi morze coraz
wyzej. Dmucha z poludniowego wschodu, grzejemy baksztagiem i co
jakis czas klaniamy sie morzu gleboko, gdy Luka zjezdza z wiekszej
fali...Mimo ze jestesmy daleko od raf i kamieni spalem niespokojnie,
snilo mi sie ze stalismy przy kei, odplyw postawil Luke na stepce i
ta wywrocila sie , potem ktos zajal moje miejsce przy kei, i gdy
szukalem nowego w ciasnej marinie, stracilem kontrole nad sterem i
silnikiem...Obudzil mnie obracajacy sie wal silnika, ktory powinien
byc zablokowany. Wiekszosc jachtow teraz ma hydrauliczne przekladnie
biegow, ktorych nie mozna zablokowac zsotawiajac je na wstecznym,
tak jak bylo to mozliwe z przekladniami mechanicznymi. Mimo to
producenci nowych jachtow sugeruja by zostawiac skrzynie biegow na
wstecznym i pozwolic walowi obracac sie podczas zeglugi. Nie lubie
tego rozwiazania, po pierwsze; unieruchomiona sruba stawia
mniejszy opor wodzie niz sruba ktora sie obraca, poza tym
nieustannie wyrabiaja sie lozyska skrzyni biegow i gumowe lozysko
podtrzymujace wal, nie wspominajac o nieustannym wyciu i stukaniu.
Niektorzy zakladaja na wal paski klinowe i napedzaja nimi
alternatory... daj im Panie zdrowie...
Wiec obudzil mnie halasujacy wal, dotarlem do maszynowni i po
chwilowej inspekcji zablokowalem go tymczasowo. Zauwazylem jednak ze
hamulec zalozony jeszcze przez poprzedniego wlasciciela rozpada sie
na kawalki. Bede musial zablokowac dzis wal jakos inaczej,
wymontowac hamulec, sprawdzic co peklo i jakos go naprawic...
Zadzwonil wlasnie budzik, ktory wszczyna alarm codziennie o 9:30 UT
(czas Grynich ), przypomina o radiu. O tej porze powinienem miec
schadzke z
Robertem Krasowskim, ale z powodu wyjatkowo kiepskiej
propagacji w tym roku, udalo sie nam pogadac tylko raz. Spojrzalem
teraz z sympatia na telefon satelitarny, ktory ignorujac plamy na
sloncu i chimery propagacji laczy nas ze swiatem szczurow ladowych
niezawodnie, nie wspominajac o codziennym odbieraniu prognozy pogody
i poczty od mojego aniolka i przyjaciol.
DZIEN 69
Sun May 13 22:03:15
2007 UTC - 13 37.11 S - 158 55.37 E
Znowu wakacje, cieply
wiatr z zadu, plyniemy 6-7 wezlow na wystawionej bomem genui.
Predkosc okreslam w przyblizeniu, poniewaz w miejsce logu
zamontowalem extra sonde... Smigielka logu nieustannie zarastaja,
trzeba je wyjmowac, woda chlusta wtedy do srodka, a i tak pokazuja
szybkos jachtu do powierzchni wody. Log to rzecz niezbedna przy
nawigowaniu zliczeniowym, my uzywamy jednego z cudow XX wieku GPS,
ktory min. pokazuje predkosc, z jaka poruszamy sie w stosunku do dna
morskiego. Wiec gdy bedziemy plynac 6 wezlow przez jedna godzine to
przeplyniemy 6 mil, ktore bedzie mozna odznaczyc na mapie, w
przypadku szybkosci mierzonych w stosunku do powierzchni wody,
trzeba jeszcze odjac, lub dodac do tych 6 mil szybkosc pradu
morskiego i dryf, ktoremu w mniejszym lub wiekszym stopniu podlega
wszystko, co wystaje i nie wystaje z wody, za wyjatkiem wysp i raf
koralowych. Zapowiada sie dzien bez slonca, wiec czas nadrobic
zaleglosci na pokladzie. Trzy dziurki w zaglach czekaja do
artystycznego zalatania, to jakas wada materialu, wiec nie naszyje
chamskich lat. Wytne je w ksztalcie kolek i przez srodek kazdego
przewleke kawalek jaskrawej nitki, beda pokazywaly w jaki sposob
ukladaja sie strugi powietrza na plaszczyznie zagla.Poza tym
wszystko jest dzis ladne "wiatr na wantach piosenke gra a fale sa
tak biale"...
DZIEN 68
Sat May 12 23:21:10
2007 UTC - 13 37.61 S - 160 57.56 E
Jestemy juz na Morzu Koralowym, wieczorem sie rozdmuchalo,
szlismy prawie ostro do wiatru, tak by minac w bezpiecznej
odleglosci rozciagnieta na poludnie rafe, ponizej wyspy Rennell...
Wiec podrzucalo nami i fala systematycznie moczyla poklad. Wacek,
dopoki nie zwolnilem go z wachty i wygonilem pod poklad, biegal jak
oszalaly wzdluz burty i z za siatki rozpietej na relingach walczyl z
wpadajacymi bryzgami, nie oszczedzal sie, caly ociekal slona woda,
ale postawiony pionowo kikut ogona oswiadczal ze zwyciezyl...Nad
ranem obudzila mnie nieustannie pracujaca pompa autopilota,
slyszalem ja nawet przez rozgadana na fali Luke i gwizdanie wiatru...To
nie moglo byc nic dobrego. Wstalem, i gdy obijajac sie o sciany
doszedlem do sterowki, autopilot wlaczyl alarm, darl sie nie mogac
utrzymac kursu... .Pompa jednak nadal pompowala na najwyzszych
obrotach. Dzialo sie cos niedobrego. Wylaczylem pompe, obawialem sie
ze pracujac non-stop spali silnik. Sterowalem recznie i analizowalem
sytuacje, pewnie silownik ktory porusza trzonem steru przepuszcza
gdzies w srodku cisnienie... i w tej chwili bez mojego udzialu woda,
napierajac widocznie na pletwe sterowa, (wciaz grzalismy 8 wezlow),
skrecila ja o 20 stopni na lewo. Skorygowalem kurs, ale w tej
samej chwili ster wychylil sie ponownie. Probujac zostac na kursie,
zmuszony bylem prawie nieustannie krecic kolem w prawo. Zaswitala mi
mysl, na silowniku znajduje sie zawor , jesli sie go otworzy pozwala
na swobodny przeplyw plynu hydraulicznego przed silownikiem,
pewnie cos go troche otworzylo...Zlapalem latarke i skoczylem do
salonu, otworzylem dzwi do kabiny rufowej, podnioslem podloge,
dostalem sie do zaworu i kilka razy zamknalem go i otworzylem. Luka
w tym czasie stanela dziobem do wiatru i wygladalo ze ma ochote
zrobic zwrot. Nadal niezle wialo, taki niekontrolowany zwrot to nic
ladnego. Dopadlem steru i machnalem go w calosci na prawa burte.
Niestety, kiedy tylko przestalem krecic, czujnik wskazujacy
wychylenie steru znowu polecial na lewo. Krecac wiec dalej w
prawo pomyslalem "przegrane"... to pewnie silownik puszcza plyn,
morze dzis bylo wzburzone, pompa autopilota jechala cala noc na
najwyzszych obrotach i cinienie zerwalo pewnie jakies uszczelki na
tloku silownika. Nie sadze zebym mogl go w moim warsztaciku rozebrac,
a gdyby nawet, to przeciez nie mam nowych uszczelek. Klapa, trzeba
bedzie dobic gdzies w Australii i naprawic silownik. Poprzedni
wlasciciel jachtu twierdzil ze tuz przezd sprzedaza wyremontowal
caly uklad sterowania, wiec wymienilem tylko przewody hydrauliczne i
uwierzylem ze w tym miejscu wszystko zagra. Ale przeciez nie moge
dobic, to ma byc rejs non-stop, mam zapasowy autopilot, elektryczny,
ale to moj plan "B", a innego juz nie mam. Pchac sie w reszte swiata
bez mozliwosci sterowania recznego i jednym zlozonym przezemnie z
uzywanych czesci autopilotem, to glupawe.. . Pomyslalem chwile, a
moze to skrzynka z zaworami zwrotnymi, tuz pod pompa kola sterowego,
jest pelna zaworkow, koleczek i sprezynek. Ma nie pozwalac by
cisnienie, ktore wytwarza pompa autopilota obracalo kolem sterowym,
moze to w niej cos sie zawiesilo, zacielo i nie pozwala utrzymac
cisnienia w silowniku. Wykrecilem kurs na prawie z wiatrem,
wlaczylem autopilot i polecialem do maszynowni po mlotek, pompa wyla
nieustannie. Zlapalem za mlotek i walnalem w skrzynke, raz z prawej
, raz z lewej, potem dla rownowagi z dolu iiiiiii pompa autopilota
stanela, po chwili bzyknela krotko, i znowu, bzzz, bz, bz, bzzz, bzz
,bz.. . Coz to za piekna muzyka...,nie zamienilbym jej teraz nawet
na samego Ennio Morricone.. Wszystko zaczelo znowu dzialac. Coz za
ulga, plyniemy dalej ...... Wiec to nie silownik, teraz nawet gdyby
okazalo sie ze ktoregos dnia skrzynka znowu sie zatnie i kuracja
mlotkiem jej nie pomoze, zawsze moge zalozyc dwa zawory na przewody,
ktore pewno znajde gdzies w maszynowni i wylaczyc z systemu kolo
sterowe. Autopilot bedzie dzialal, nie bede mogl tylko sterowac
recznie, czego i tak nie mam zamiaru robic, w rzeczywistosci ktora
przez wiele lat dla siebie kreowalem, nie jestem niewolnikiem kola
sterowego, LUKA radzi sobie sama z kursem, ja czytam ksiazki, albo
podciety gapie sie na nocne niebo i ulepszam gwiazdozbior,
dokladajac tu i owdzie jakas gwiazdke...
DZIEN 67
Sat May 12 02:10:45
2007 UTC - 12 56.52 S - 163 11.72 E
(data wyslania e-maila,
rzeczywisty dzien:piatek)
Od dwoch dni mamy pelne zagle. W nocy wiatr stezal i przechylil
nas troche, szczesliwie moja kanapowa koja jest na zawietrznej,
spalem jak Pan Jezus w lodzi rybaka, a Mama Ocean bujala nas do snu.
Rano zrefowalem zagle, wiatr przestal zartowac i dmucha teraz ze 30
wezlow... Wieczorem naladowalem baterie i zrobilem wode, siadlem na
pokladzie i ciagnac browar wpatrywalem sie w gwiazdy, pomyslalem ze
niezle byloby dolozyc jedna gwiazde w srodku Krzyza Poludnia, bylby
wtedy zgrabniejszy, mozna by tez wyprostowac troche dyszel duzego
wozu, i wtedy poczulem ogarniajace mnie szczescie i wdziecznosc dla
Stworcy za to, ze nie pozwolil mi zwatpic i stchorzyc, i ze jestem
tu i teraz, i ciesze sie moim odnalezionym skarbem. Wydaje sie, ze
mimo tego huraganu ktory wepchnal mnie kiedys na „rafe”,
mialem w zyciu szczescie, choc byc moze i ten epizod z „rafa” byl
czescia wiekszego planu...Wuj moj, dla odmiany twierdzi ze „szczescie
trzeba sobie zorganizowac”. Ludzie jednak przychodza na ten swiat
wyposazeni w roznorakie, ale zarazem scisle okreslone „narzedzia”...Mozna
sie w koncu zorganizowac i nauczyc jakos wycinac lipowe lyzki
siekiera, albo scinac drzewo dlutem. Zdecydowanie wazniejsza jednak
jest determinacja by pozostac na wlasnej drodze zycia...O ile
latwiej i szczesliwiej byloby zyc, nawet kiepsko zorganizowanemu
drwalowi, gdyby nie wmowiono mu ze jest rzezbiarzem. Wyobrazmy
sobie, ile trudu i rozczarowan czeka na drodze drwala, ktory bedzie
udawal rzezbiarza i wycinal toporem drewniane lyzeczki lub misterne
odpustowe krzyzyki, albo zycie wrazliwego rzezbiarza, scinajacego
dlutem drzewa i jego trud bez szans na satysfakcje i niezaleznosc,
ktorej kazdy nas w mniejszym lub wiekszym stopniu koniecznie
potrzebuje... .
Poroniony obraz..., a jednak wielu ludzi zyje, nie zdajac sobie
sprawy z faktu, ze wedruja nie swoja droga... Obydwom naszym
bohaterom rzeczy w zyciu beda przychodzic z trudem, to wlasnie im
bedzie wiac ten przyslowiowy wiatr w oczy, bez „usmiechu losu”, bo
idac nie swoja droga, spotkaja podarki nie do siebie adresowane. A
jednak „narzedzia” z ktorymi sie rodzimy daja mozliwosc i prawo
kazdemu bez wyjatku aby byl w zyciu szczesliwy, jesli tylko czemus
lub komus nie uda sie wykopac nas z naszej wlasnej drogi. Co, lub
kto w takim razie, jest tym dywersantem ? Kto wykoleja nasze zycia...?
Rodzice wtlaczajac dzieciom wlasne niespelnione ambicje, kosciol,
wszechobecne „karly” zdecydowane walczyc do krwi z kazdym, kto
sprobuje ich przerosnac, wlasne leki...Tyle tych smokow i straszydel
nad glowka malej istotki, ze az dziw bierze jak niektorym z nas
udaje sie od nich oswobodzic i wejsc w zycie bez plecaka
wypelnionego kamieniami uprzedzen i lekow przed zyciem, jakiego
pragnalby dla nas Ten, ktory nas nim obdarowal...
DZIEN 66
Fri May 11 01:17:34
2007 UTC - 12 21.71 S - 165 33.47 E
(data wyslania e-maila,
rzeczywisty dzien:czwartek)
Zapowiada sie leniwy dzien, wiatr doskonaly na szkolna wycieczke
lub na ryby, mozna by tez rozlozyc stoliki na pokladzie i urzadzic
male przyjecie. Nie powinienem jednak na niego narzekac, bo uslyszy
i poleci gdzies sobie , albo zlosliwie wykreci sie tylkiem .. .
Mielismy wczoraj wieczor szantowy, slonce zachodzilo na czerwono a
ja wzruszalem sie do lez sluchajac Ryczacych Dwudziestek
spiewajacych pelna tesknoty piosenke-szante o moim miescie..
-I przez deszcz, gdzie moj dom
-biegnac noca droga swa
-wzdloz wieziennych scian
-do fontanny
Od kad pamietam moja Ilawe , przez cala mlodosc, codziennie
chodzilem wzdluz wieziennych scian "do fontanny". Mieszkalem tuz
przy wysokich szarych murach wieziennych, stanowily czesc mojej
codziennosci , wiec teraz nie zastanawiajac sie co soba reprezentuja
obudzily teskonote za moim miastem..
Ktos madry powiedzial ze najlepszym miejscem dla zycia dla kazdego
czlowieka, jest miejsce w ktorym sie urodzil... Z perspektywy
wloczegi, ktory, goniac marzenia, wiekszosc doroslego zycia spedzil
z dala od swojego miasta , czuje gleboko prawde tych slow.
Gdzies po drodze poznalem tez inna , a teraz widze ja jeszcze
wyrazniej , ze zapragniecie czegos to przyczyna , a rzeczywistym
celem jest droga wiodaca do spelnienia . Cel okresla jedynie (jesli
odwazymy sie na nia wstapic) droge ktora przejdziemy, to czego na
niej doswiadczymy i to co nas na niej spotka - na tym polega to male
Boskie oszustwo. Wydaje sie, ze zloto ktore uda nam sie znalezc(lub
nie uda) to skarb, ale tak naprawde skarbem jest koniecznosc
dokonywania wyborow , ktore w drodze zmuszeni jestemy podejmowac
nieustannie . Droga narzuca czeste wybory ktore musimy podejmowac, i
co nieuniknione konfrontuje takze z owocami naszych decyzji. I tak
na zasadzie doswiadczania na przemian, raz przyjemnych dla nas
rzeczy, raz nieprzyjemnych, uczymy sie wybierac tylko te dla nas
dobre.., a to co jest dobre dla nas, dobre jest rowniez dla Niego,
stworzyl nas przeciez na wlasny wzor i podobienstwo.. Wiec nie ma
sie czego obawiac, kazdy kto odwazy sie wejsc na ta "droge" znajdzie
"skarb", poniewaz jest nim juz sama droga... , a gdy bedac juz na
niej, nie pozwolimy sie nikomu wystraszyc, na jej koncu bedzie
czekalo nasze zloto... ( I tu musze wspomiec mojego wujka , ktory
pocieszal mnie w jakims liscie wyslanym do dola w ktorym wtedy
lezalem, stwierdzil w nim ze "skarbow piratow juz nie ma", no coz
nie byl szczery, lub nic o ich istnieniu nie wiedzial..)
"Poszukiwanie zlota, to sztuczka Pana Boga by wyprawic nas w droge"
A moze to Buddysci maja racje twierdzac, ze to wlasnie nasze
pragnienia sa przyczyna wszelkiego zla, moze wiec powinnismy wyrzec
sie marzen, przestac pragnac, moze szczesliwy to ten, kto nie
doswiadcza rozczarowan i goryczy niespelnienia, a wiec nie
cierpi..Gdybysmy jednak nie cierpieli, nie wiedzielibysmy rowniez
czym jest milosc... .
To strach i cierpienie bedac w swojej istocie czyms odwrotnym niz
milosc wskazuje droge do tego wszystkiego czym nie jest i zwraca nas
ku Niej..
DZIEN 65
Wed May 09 21:49:26
2007 UTC - 12 13.79 S - 167 12.63 E
Jakis skurwialy rekin
znowu obcial metalowe linki z przynetami, od 30 godzin niezle dmucha,
mialem wiec uzasadniona nadzieje ze po nocnym szarzowaniu
znajdziwemy jakas przystojna rybe na koncu linki.... Ta ktora
zlapala sie ostatnio byla pyszna... Zalozylem nowe przynety, nie ma
juz tych "chwytliwych", znalazlem jakies stare, sfatygowane, mysle z
czego by tu je zaczac produkowac, jesli te skurwialki beda je w taki
sposob obrabiac niedlugo zabraknie nawet nawet zylki. Idziemy nadal
skosnie na poludnie, choc gdyby nie centrum nizu ktore wlasnie tak
sie przesuwa, moglibysmy wyprostowac kurs na zachod, ale tam znowu
dopadnie nas cisza (coraz bardziej lubie nasz weather fax). Wczoraj
postawilem grota i gdy dociagalem fal, jedna warstwa linki owinietej
na kabestanie przeskoczyla na druga, a ja skoncentrowany na topie
masztu dociagalem fal az kabestan zatrzeszczal. Probowalem potem
jakos ten zwoj liny wyszarpnac, ale szybko zrozumialem ze to
beznadziejne i sprawe rozwiazalem nozem, teraz czeka mnie zalozenie
nowego flalu i wszystko bedzie sliczne jak przedtem.
...Od pewnego czasu slysze jak ktos do mnie mowi - Tomek.. albo hej,
lub jakies inne ludzkie dzwieki.. Gdyby nie ksiazki napisane przez
samotnych zeglarzy, dopatrywalbym sie w tym poczatkow schizofrenii...
Pogoda dzis piekna, wiatr, slonce, grzejemy ostrym polwiatrem, Luka
pochylila sie lekko na zawietrzna i taranuje nadbiegajace fale, a
Wacek walczy z nimi obszczekujac zajadle.
DZIEN 64
Tue May 08 20:54:45
2007 UTC - 11 22.98 S - 169 23.56 E
Wieczorem passat ozyl,
wieje teraz z poludniowego wschodu, walimy na zachod polwiatrem na
zrefowanej genui i bezanie, zastanawiam sie nad grotem. Wacek znowu
pogryzl przynety, chyba zaloze mu kaganiec...
DZIEN 63
Mon May 07 20:39:04
2007 UTC - 11 20.23 S - 170 45.99 E
Wczoraj passat
zwariowal, dzisiaj umarl.. . Cicho dzis i spokojnie, slonce nagrzewa
poklad, gdyby nie maly wiatraczek, ktory zmontowalem ktoregos dnia z
zapasowych czesci, nie daloby sie wytrzymac pod pokladem. Teraz maly
przyjaciel niestrudzenie wypelnia salon przyjemna bryza i gdyby nie
zdechlak, ktory kaze klaniac sie nam, raz lewa , raz prawa burta,
mozna by powiedziec ze stoimy w samym srodku raju. Poplywam dzisiaj,
woda jest tu wspaniala, krystalicznie czysta i ciepla, moze spotkam
syrenke (oby nie ta z pletwa na grzbiecie i trzema rzedami zebow)
DZIEN 62
Sun May 06 22:32:26
2007 UTC - 10 55.63 S - 170 59.11 E
Wieczorem wiatr
zwariowal. Przyciagnal z soba wielka czarna chmure a potem bez
zenady odwrocil sie o 180 stopni i zaprzeczajac odwiecznym prawom
natury poczal dmuchac z zachodu z sila 15-20 wezlow. Zachodni passat
to jakis bekart, splodzony przez morska Chimere. Gnalismy cala noc
na poludnie i rano znalezlismy sie w okolicy uroczych, obiecujacych
kobiety, wino i spiew - atoli, ale ja zastanawiam sie tylko, jakby
je z tym wynaturzencem na plecach wyminac... Rano wiatr troche
oslabl, ale nadal nie pozwala plynac na zachod, dryfujemy na
poludnie pod samym bezanem, odkrylem ze wybrany bezan niezle trzyma
Luke 30* od linii wiatru. Kolo poludnia odwiedzil nas samolot.
Nadlecial z zachodu, zatoczyl kolo i zniknal tam gdzie sie pojawil.
Byl to jakis sredniej wielkosci samolot transportowy, z silnikami
smiglowymi, caly szary, bez okien i najmniejszego oznaczenia.
Przyjrzalem mu sie dosc dokladnie przez lornetke, lecial nisko i
okrazal nas szerokim kolem. Pomachalem mu reka, liczylem chyba ze
pilot otworzy okno i odmacha, potem doszedlem do wniosku ze ped
powietrza wylamalby mu pewnie reke ze stawu... Poztanowilem wiec nie
miec mu tego za zle. Znow zjadlbym rybe, przygotowywalem wczoraj
moja najbardziej lowna przynete, odplatalem ja wraz z poczatkiem
zylki i gdy wyrzucilem koncowke by rozplatac reszte, przyneta
zniknela w szafirowej glebinie. Wacus bawil sie tu wczoraj i
przegryzl zylke, stracilem najlepsza przynete. Potrzebne mi byly
trzy glebokie oddechy zeby nie kopnac go za to w dupe ... .
Sprawdzilem pogode, tu gdzie jestesmy bedzie cisza.. Schodzimy dalej
na poludnie.

DZIEN 61
Sat May 05 20:15:01
2007 UTC - 10 0.43 S - 170 48.22 E
Ranek przywital nas z
ryba na haku. Wystawialem Wacka zeby sie odlal i spostrzeglem ze cos
holujemy. Tym razem wydalem duzo zylki wiec z takiej odleglosci
rownie dobrze mogl to byc kawalek kielbia. Odzwyczailem sie juz
prawie od ryb, ostatnio plynelismy zbyt wolno by oszukac jakas
kawalkiem kolorowego plastiku. Ryby robia sie w konia gdy plyniemy
szybciej niz 5 wezlow. Zaczalem zwijac zylke i po chwili
wiedzialem ze mamy
rybe. Byla srebrna, smukla, wydluzony pysk i trzy rzedy ostrych
zebow, 70cm, szarpala sie niemilosiernie. Po kilku minutach z wprawa
rybaka zamienilem ja na filety, a poranna kawe wypilem dopiero gdy
biale filety marynowaly sie w posiekanym czosnku (ostatnim) i w soku
z cytryny.
Lunch byl wspanialy, ryba panierowana jajkiem (w proszku) i bulka
tarta mogla by uszczesliwic najbardziej zadeklarowanego swiniojada...Zyczliwi
donosza ze "Zagle" przelamaly w koncu nieufnosc, bedaca jak sadze
cecha rzetelnego dziennikarstwa, wspominajac na swych szacownych
lamach o zeglarzu z Ilawy... . Rownoczesnie napisal do mnie
Jean-Luc
Van Den Heede, Francuz ktory takze oplynal swiat z E-W bez dobijania,
samotnie, niestety mial pecha poniewaz plynal na czas...
Poinformowal nas ze oficjalnie 5 osob dotad oplynelo swiat w ten
sposob:
Chay Blyth,
Mike Golding,
Philippe Monet, On i kobieta
Dee
Caffari. Nieoficjalnie (niewiem czemu - albo oplynal,albo nie)
wspomial o jakims Niemcu, ktory przecial swoj slad w 2002r. Poniewaz
jestem szlachetnej natury, bez dociekan przyznaje Niemcowi prawo do
numeru 6 i chetnie namaluje na burcie Luki nr 7. Nawet golym okiem
widac ze 7 ma wiecej zagli na maszcie niz 6.. . Do tego Wacek bedzie
pierwszym psem w psiej historii ktory oplynie swiat non-stop. A i
nam zaden siwobrody w Polsce nie podskoczy...:-)

DZIEN 60
Fri May 04 20:36:45
2007 UTC - 9 54.58 S - 171 14.31 E
Dzien obfitowal w wydarzenia,
zwlaszcza gdy wziasc pod uwage, ze na
morzu nic na ogol
sie nie dzieje. Najpierw kolo poludnia na horyzoncie
pojawil sie jakis kuter,
przygladalem mu sie dugo, ale z takiej odleglosci, stojac na
rozchybotanym pokladzie, dlugo nie moglem zdecydowac co to za jeden.
Co kilka minut zmienial kurs jak gdyby sterowal nim pijany majtek.
Przygladalem mu sie troche, potem krzyknalem do niego przez VHF
(radio malego zasiegu). Przedstawilem sie grzecznie i starajc sie
aby to co mowie bylo dokladnie zrozumiale, zapytalem jak sie ma,
odpowiedzial chinszczyzna, zabarwiona angielskim "ja jestem chiny",
po czym nasza konwersacja umarla. Mimo jeszcze jednej proby by ja
ozywic, chinczyk milczal zawziecie. Pewnie to jedyne angielskie
zdanie jakie zapamietal. Gdy sie troche zblizyl okazalo sie ze
koledzy lowia ryby lub kraby, stawiajac na dno klatki z przyneta.
Przypomniala mi sie moja Alaska...Poczulem takze znajoma cykorie,
ktora odczuwam ostatnio, gdy zbilzamy sie do ladu... A jesli to
chinscy piraci, i podplyna cichutko ...Dzis w nocy Wacek spi na
pokladzie...Wieczorem kilka mil po prawej burcie zauwazylem obloczki
pylu wodnego,
wystrzeliwane co
jakis czas wysoko w gore..
Wieloryby... Plynely od nas dosc daleko i zastanawialem sie czy
warto zrzucic zagle i na katarynie podejsc blizej. Zanim sie
zdecydowalem pokazaly ogony i zniknely. Wybralem kompromis,
podebralem zagle i skierowalem Luke w miejsce gdzie zniknely. Po pol godzinie wynurzyly sie mile przed dziobem. Ponownie skorygowalem
kurs i po kwadransie mielismy je prawie na trawersie. Nie byly
najwiesze, lecz mimo to robily wrazenie. Poruszaly sie
majestatycznie i co chwile wydmuchiwaly wysoko chmury pylu wodnego.
Nagrywalem je, tracac w ten sposob okazje by sie im dokladnie
przyjzec, bylismy od nich ze 150 metrow gdy znow pokazaly ogony i
zanurkowaly...Rozgladalem sie jeszcze z godzine, rozumujac logicznie
ze to przeciez ssaki, i w koncu musza sie wynurzyc. Zrobily to
widocznie gdzies daleko a nie dlugo po tym zrobilo sie ciemno -
slonce na tych szerokosciach szybko nurkuje za horyzont...
DZIEN 59
Thu May 03 20:24:05
2007 UTC - 9 52.19 S - 172 3.41 E
Przechodzi nad nami wielka czarna chmura i zalewa poklad sciana wody,
przyprowadzila z soba szkwal, gnamy wiec na zlamanie bukszprytu a
LUKA skrzypi jak wypuszczony ze stajni, parskajacy radosnie zrebak.
Wczoraj mielismy roboty bosmanskie, "naprawilem" roztrzepane
koncowki falow i szotow, ktore Wacek bezlitosnie rozgryza, chociaz
nigdy nie moge go na tym przylapac. Wzmocnilem prawie oberwany
karabinczyk i kilka innych drobnych rzeczy. Pociagalem piwko, bylo
bradzo goraco a odrobina alkoholu rozszeza naczynia krwionosne i
powoduje latwiejsza wymiane ciepla. Siedzialem wiec oparty o maszt
owijajac sznurkiem inny sznurek pociagalem browarek a Andrzej
Korycki na tym odludziu spiewal juz tylko dla mnie o falach na plazy,
przynoszacych z daleka pozdrowienia, o zeglarzu ktory kierowal swoja
modlitwe nie tam gdzie powinien i o gitarze ktorej struny w magiczny
sposob pekaly zawsze gdy zeglarz zagladal w majtki portowym
dziewczynom. Szkoda ze Andrzejowa Muza nie szepta nic o samotnym
zeglarzu, ktory szuka czegos po swiecie...czegos co jest moze blisko...
.
To byl dobry dzien, za duzo nie przeplynelismy, ale to przeciez nie
regaty i dzieki Ci za to Panie, bo plyniencie szybkie, to za wszelka
cene, przypomina pelen obaw o erekcje, pospieszny sex skoncentrowany
jedynie na tym, by jak najszybciej doplynac do mety. Zeglowanie
swobodne dla odmiany, to milosc zapleciona intymnym zblizeniem, to
radosc z dostrzegania jej ksztaltow i kontemplacja
najdelikatniejszych odcieni - stad juz niedaleko do majaczacych za
horyzontem ogrodow Edenu.
DZIEN 58
Wed May 02 21:00:15
2007 UTC - 9 46.02 S - 172 52.89 E
Od rana, choc mozliwe
ze i w nocy, powoli mijamy duzo kawalkow drewna,
ubrudzonego styropianu, plazowego klapka z lewej nogi, starych butow
i wiele trudnych do zidentyfikowania kawalkow plastiku i drewna. Tak
moglyby wygladac szczatki tragedii na morzu, lub moze co bardziej
mozliwe, zaloga robila generalne porzadki na jakiejs lajbie.
Zaklocilo to drastycznie harmonie otoczenia. Szafirowo-krysztalowa
powierzchnia morza i kawalki brudnych odpadkow, jak nadgnily
kartofel na wykwintnym talerzu, albo pierdniecie podczas
romantycznego pocalunku. To smutne jak wielu ludzi na wzor kalek,
pozbawiona jest wrazliwosci na piekno i bezmyslnie zasmradza i
zasmieca to co ich zdaniem nie jest warte troski, za to bardzo
starannie wymiata na zewnatrz smieci z wlasnego barlogu.
Jednak Ktos madry, Kto
zna dobrze nasza parszywa nature tak urzadzil swiat, ze jestesmy w
stanie zaswiniac ziemie tylko do momentu, do ktorego nam na to
pozwoli. Nie jestesmy w stanie do konca jej zasmiecic i zniszczyc,
predzej juz ona zniszczy nas, a ci ktorzy zostana, uwrazliwieni na
jej piekno, lamiacym kosci kopniakiem, znowu zaczna sie do niej
modlic...
DZIEN 57
Tue May 01 19:04:29
2007 UTC - 9 44.93 S - 173 38.79 E
Zdaje sie wiatr
rowniez obchodzi Swieto Pracy, bo zniknal rano bez sladu. Stoimy
bokiem do martwej fali, buja z boku na bok niemilosiernie. Z daleka
musi to komicznie wygladac, kiedy na spokojnym morzu jacht
prawie nabiera wode burtami. Taka zdechla fala posiada magiczna sile
oczyszczajaca, oproznia bezlitosnie zoladki, nawet przywyklym do
morza wilkom morskim, jak np.slawnemu zeglarzowi angielskiemu
Nelson'owi, za ktorym jak cien lazil chlopiec okretowy z wiadrem...Mnie
i Wacka ten zdechlak nie wzrusza, poza tym ze chodzic trudno...
Polezymy wiec, w koncu to swieto...
|