DZIEN 87

Fri Jun 01 00:32:54 2007 UTC - 12 10.85 S - 125 33.25 E

(relacja Tomka dotyczy czwartku 31go maja, email wyslany w piatek)

Wspomienie swiezej ryby spowodowalo ze zabralem sie dzis za nowa przynete. Wczesniej odkrylem ze modne kolory to czerwony i zielony. Mamy duzo pstrokatych lin, odcialem kawalek i rozczochralem konce . Odcialem pilka do metalu kawalek olowiu, przewiercilem go na wylot, przewloklem przez niego koniec metalowej linki, potem przez ucho podwojnego haka i wrocilem koncem linki do otworu w olowiu, potem zaklepalem go tak by linka z hakiem nie miala szansy sie wysunac.... Teraz pozwolilem by moja artystyczna czesc(zakres 1-2 klasa szkoly podstawowej) uformowala zielono-czerwony wiechec, ktory umocowalem juzing’iem(cienki sznurek)do olowiu, tak ze kolorowa miotla okrywala hak z dwoma ostrzami. Wiazania nie wyszly ladnie, ale byly mocne.. Zrobilem ucho na drugim koncu metalowej linki i zagniotlem je mala miedziana rurka. Teraz poszedlem z nowym kalmarem-oszustem na rufe i do ocalalego z ostatniego pogramu kawalka zylki dowiazalem cienki ale mocny sznurek i wrzucilem przynete do wody. Po jakims czasie wyciagnalem wszystko na poklad by sprawdzic jak nasz “kalmar” sie trzyma. Wezly wygladaly cacy, wiec wypuscilem wszystko z powrotem. Gdy sie odwracalem uslyszalem ciche “brzdek”....i zobaczylem fruwajaca pusta koncowke zylki... Nastepna przyneta musi byc zdecydowanie mniej atrakcyjna, moze sam hak i nadzieja ...(?)


DZIEN 86

Wed May 30 22:43:29 2007 UTC - 11 13.83 S - 127 31.89 E
Wielka czarna chmura wali na nas, za chwile bedzie prysznic i pranie. Mimo odsalacza, czekam z praniem na deszcz, dopiero tu widac ile cennej slodkiej wody zuzywa nawet najmniejsze pranie. Wczoraj generator znowu dostal zadyszki, ta stara choroba ciagnie sie za nami jak niechciany maly potworek prawie od poczadku rejsu. Pogrzebalem troche przy silniku i tym razem doszedlem do wniosku ze to musi byc pmpa podajaca paliwo ze zbiornika. Kiedy generator zwolnil, wlaczylem pompke elektryczna uzywana przy odpowietrzaniu systemu i odkrecilem srubke do odpowietrzania na pompie wtryskowej, nie leciala z niej ani ropa, ani powietrze (z powietrzem nie wiadowmo) chociaz w filtrze , tuz przed felerna pompa, cisnienie paliwa bylo duze. Wychodzi wiec ze psujaca sie pompa nie podaje wystarczajacej ilosci paliwa do pompy wtryskowej. Narazie generator chodzi, chociaz wiem ze niedlugo problem powroci. Postanowilem ze gdy to nastapi, wylacze z systemu felerna pompe i w jej miejsce podlacze pompe elektryczna, zasilajaca w tej chwili podgrzewacz kabiny... To powinno rozwiazac problem. Duzo dzis o pompach w Morskich Opowiesciach. Coast Guard nadal codziennie nas sprawdza, ale przestali zaczepiac. Byc moze wojennie nastawieni francuzi oduczyli ich kilka dni temu zadawania pytan porzadnym zeglarzom plynacym spokojnie z dala od ich wybrzeza...


DZIEN 85

Tue May 29 21:39:11 2007 UTC - 10 38.86 S - 128 55.96 E
Po dlugim bezrybiu, maly tunczyk wzial sie w koncu na gumowego robaka. Mielismy wczoraj z Wackiem uczte, a i dzis jest troche na bis. Nie byl az taki maly. Zrobilem filety wycinajac starannie czesci wokol kregoslupa, gdzie gromadzi sie krew, mieso z tego miejsca jest za bardzo "rybie". Umyte kawalki skropilem sokiem z cytryny, ktory lagodzi posmak "tranu", przyprawilem sola czosnkowa, rozrobilem troche jajek z proszku i wymieszalem je z umytymi filetami, obtoczylem w bulce tartej i 30 min po zlowieniu ryba byla na patelni. Taka rybe nazywamy swieza. Mimo ze to tunczyk, smakowal pysznie, od dawna nie jadlem swiezej ryby. Po zlapaniu go wczoraj wyjalem "wedke" z wody, dzis wloze znow i poprosze Mame Ocean o wiecej...Po wielkim zarciu , podczas ladowania baterii ogladalem "Terminatora". Wacek usiadl obok, oparl sie o mnie i robil wrazenie ze tez patrzy, w pewnym momencie, gdy pojawil sie terminator Wacek zaczal na niego warczec... heheh, usmialem sie. Psy podobno nie widza obrazu na ekranie. Wczoraj Coast Guard przez dobre 5 min wolal jakis Francuski okret wojenny, ale ten ich olal, nie odpowiedzial. Wolali go z samolotu, ktory przelecial potem nad nami. Pewnie byli na wodach miedzynarodowych i postanowili nie zawracac sobie glowy Australijskim Coast Guard'em.


DZIEN 84

Mon May 28 23:46:23 2007 UTC - 10 16.40 S - 130 19.39 E
Zegnamy Arafura i witamy Timor Sea. Melodyjna, ciekawie brzmiaca nazwa, Timor kojarzy sie ze starozytnym azjatyckim wojownikiem. Jesli to jego nowa posiadlosc, to miejmy nadzieje ze zabawia syreny w swoim haremie i nie bedzie sie nami fatygowal, zreszta Mama Ocean nad nami czuwa, nie smialby wyciagnac miecza...
Probowalem wczoraj zainstalowac maly inverter, po to by nie wlaczac duzego, gdy uzywam laptopa. Tylko z samego faktu ze zyje , zzera 1.5A w 24V, wiec 3A w typowej 12V’oltowej instalacji. Kupilem kiedys 200 W’atowy maly inwerter, zmieniajacy napiecie z 24V na 220V, wczoraj rano zrobilem instalacje, podprowadzilem przewod w okolice mojego ulubionego miejsca przy stole, na koncu linii zainstalowalem maly bezpiecznik. Inverter zapiszczal radosnie i zaswiecil zielona lede oznajmiajac ze wszystko z nim cacy. Gdy jednak podlaczylem komputer, zawyl cos zalosnie i zdechl. Maxymalny pobor mocy laptopa to 140W, wiec duzo ponizej jego zachwalanych mozliwosci... Potem zobaczylem gdzies w rogu maly napis, ktory wszystko wyjasnil: „Made in China"... Po raz kolejny obiecalem sobie solennie ze nigdy, nawet gdyby rozdawano za darmo, nie wezme do reki nic (poza mlotkiem, mam jeden mosiezny i ma sie dobrze) co w znoju i technicznej ignorancji wypocila klasa robotnicza Chin Ludowych.


DZIEN 83

Mon May 28 00:32:28 2007 UTC - 10 13.32 S - 131 54.01 E

(relacja Tomka dotyczy niedzieli, email nadszedl w poniedzialek, zwiekszajaca sie  roznica czasu, powoduje ze emaile wyslane wieczorem otrzymujemy, gdy u nas zaczyna sie kolejny dzien)

 

Plyniemy na zachod, w okolicy 130*E zaczniemy powoli wykrecac na poludnie. Wstepny plan to lagodnym lukiem zejsc w okolice Madagaskaru i na 30* S, miejmy nadzieje z wiatrem, skierujemy sie w strone Przyladka Dobrej Nadziei...
Wackowi zaczela dupa rosnac, ograniczylem mu troche jedzenie. Zezarl widocznie rybe latajaca z pokladu, bo w nocy postawil kilka stefanow, min. w okolicy maszynowni, rano cudem udalo mi sie je wyminac...
Delfiny odwiedzaja nas kilka razy dziennie jakby sprawdzaly czy wszystko z nami w porzadku... Dla Wacka to wielka atrakcja, obszczekuje je, wacha i nie spuszcza z oka, pilnuje swego terytorium.


DZIEN 82

Sun May 27 01:42:53 2007 UTC - 10 1.71 S - 133 37.34 E
(relacja Tomka dotyczy soboty, email nadszedl w niedziele, zwiekszajaca sie  roznica czasu, powoduje ze emaile wyslane wieczorem otrzymujemy, gdy u nas zaczyna sie kolejny dzien)

 

Wczoraj odwiedzily nas delfiny, plasaly przed dziobem caly dzien. Przygladalem sie im dlugo i myslalem dlaczego to robia, zostaly z nami caly dzien zamiast polowac na ryby albo bujac sie gdzies leniwie w sloncu... Obserwujac je prawie caly dzien doszedlem do wniosku, ze plyniecie przy burcie, przeplywanie przed dziobem i plasy sprawiaja im przyjemnosc. Wyraznie ozyly gdy wyszedlem na dziob z kamera. Byl wsrod nich stary weteran z nadgryziona pewnie przez rekina pletwa, kilka malych delfinkow, ze 20 innych, i jeden ktory co chwile przekrecal sie lekko na bok i przygladal nam ciekawie ...Po poludniu "oblecial" nas Coast Guard, pogadali chwile i znow zrobilo sie cicho.  Patrzylem na bandere, wlasciwie na tle innych bander nie jest specjalnie ladna; bialo - czerwona, lecz wrysowany w nia bialy orzel w koronie ozywia i nadaje sile, sprawia ze jest najpiekniejsza i moja. Na "wygnaniu", pomiedzy obcymi, dziwnie mowiacymi i zachowujacymi sie dziwnie ludzmi, ten orzel na bialo - czerwonym tle dawal mi poczucie przynaleznosci i sily. Jedynie z daleka mozna dostrzec jej piekno, z bliska to tylko bandera...Przynosi takze z soba zapach mokrego lasu i poranna mgle nad Jeziorakiem, wspomnienie pierwszej milosci siedzacej mi na kolanach w parku i zapach normalnego chleba, smak bialej kielbasy i wspanialy pasztet mojej mamy...Nie zamienilbym mojej bandery na zadna inna, nawet gdyby ta inna wyszywana byla zlotem i obietnicami ...

Ps: Okolo 10 rano na pozycji 10 00 40 S i 133 57 230 E zobaczylismy tankowiec niosacy jakas dziwna, pstrokata bandere ... Ktos pomalowal go na zolto a potem napisal na burcie "STOLT TANKERS" i "S" na kominie. Pogadalem chwile z oficerem wachtowym, potem krotkie "good luck" i po chwili plynacy 30 wezlow tankowiec zniknal za horyzontem...

Ps2: Beatko plywam tylko kiedy nie ma wiatru i jacht prawie stoi, gdybym musial wejsc do wody w innych okolicznosciach, to postawilbym Luke w dryfie, czyli zdjalbym wszystkie zagle i wtedy bardzo wolno dryfowala by z wiatrem i nie byloby mozliwosci zeby mi uciekla. Piwa jeszcze 4 kartony po 24 ... Do konca jeszcze troche ale zobaczysz jak szybko zleci...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


DZIEN 81

Fri May 25 23:35:46 2007 UTC - 10 9.57 S - 135 38.59 E

Ladowalem wieczorem baterie, oznaczalo to rowniez seans filmowy, wczoraj ogladalem Armagedona, dobrze zrobiony film, doskonala obsada , no i lez wyciskacz ...
Zdaje sie ze efektem ubocznym samotnego zeglowania jest nadwrazliwosc...
Wychodzilem co jakis czas na poklad by sprawdzic otoczenie i za ktoryms razem gdy wychylilem sie ze sterowki, poczulem jak serce mi staje. Tuz za rufa prawie razily swiatla nawigacyjne jakiegos pieprzonego giganta. Bylo juz ciemo, pomiedzy bialymi swiatlami zobaczylem takze czerwone, wiec idzie na nas.. Jednym skokiem znalazlem sie przy tablicy rozdzielczej, wlaczylem wszystkie swiatla, lacznie z pokladowymi, uzywanymi tylko przy pracy na pokladzie, zlapalem za mikrofon VHF (radio malego zasiegu) i zaczalem wolac: "tu jednostka zaglowa Luka, na pozycji 10
°08.74' S i 135°49.23' E wola statek kontenerowy za moja rufa, czy mnie widzisz?".  Powtorzylem wolanie jeszcze raz i wtedy uslyszalem:  "- tak Luka, widze cie, utrzymuj swoj obecny kurs, miniemy sie ok". Spokoj z jakim oficer wachtowy kontenerowca to powiedzial, spowodowal ze i ja troche sie uspokoilem, wlaczylem radar, i kiedy sie rozgrzal, spostrzeglem iz mimo, ze wydawalo sie ze kontenerowiec miesza juz zylki z przyneta ktore ciagne za rufa, minie nas w odleglosci prawie pol mili. To i tak dla mnie o wiele za blisko, bede chyba musial na tym zatloczonym Arafura trzymac wlaczony radar z funkcja "obserwatora" , ktora uruchamia system co 15 lub 20 min, sprawdza horyzont i jesli jest czysto zapada w drzemke i po 20 minutach budzi sie znowu. W nocy snilo mi sie stado kontenerowcow mrugajacych do mnie wielkimi czerwonymi swiatlami, w pewnym momencie wstalem i reszte nocy spedzilem w sterowce sluchajac z ipod-a opowiesci o elfach, krasnoludkach i dobrych wrozkach...


DZIEN 80

Thu May 24 22:57:58 2007 UTC - 10 4.84 S - 137 48.31 E
Wczoraj w nocy natura urzadzila nam niezwykly pokaz „sztucznych ogni”.
Polnocna czesc nieba rozjasniala eksplozjami swiatla odcinajac sie niemozliwie jaskrawood czarnego jak smola nieba. Wspaniale widowisko, kazdy wybuch tworzyl nowa kompozycjeksztaltow i rzezbil na ulamek sekundy obrazy grozy. Probowalem zrobic tej odleglej burzy zdjecia, ale oczywiscie nic tego nie wyszllo. Teraz mysle ze powinienem wlaczyc kamere...Plyniemy spokojnie na zachod, wiatr przyjaznie dmucha od zadu, piwa mam jeszcze na miesiac, zycie jest piekne.
Wujo moj, Jan z Gostolina twierdzi ze dupa ze mnie nie literat, a czy zeglarz to sie okaze...
Coast Guard "oblecial nas" znowu, jakby sprawdzal czy nie zmieniamy kursu, wlasciwie na
upartego weszloby tu ze 20 groznych uchodzcow, albo ze dwie tony kokainy...


DZIEN 79

Wed May 23 22:54:31 2007 UTC - 10 19.81 S - 139 34.82 E
Dzis zepsul sie jeden komputer, ciesze sie teraz ze Beata wmusila we mnie drugi taki sam. Przycisk do wlaczania to jedyny dowod ze jeszcze zyje, ale poza swiatelkiem w przycisku nic innego sie nie dzieje.(otwiera sie jeszcze CD room) Wczoraj znowu oblatywal nas Coast Guard, tym razem od razu zawolali nas po imieniu i pytali czy mamy zamiar dobijac do jakiegos portu w Australii. Wciaz oddalamy sie od tras zeglugowych, nadlozymy troche drogi kierujac sie do wyjscia na Morze Indyjskie, bo trasy te ida po najkrotszej linii, ale za to nie bedzie mi sie snilo ze zdrapuje farbe z jakiegos kontenerowca...
Mam wrazenie ze filtry odsalacza wody zapchaja sie tu szybko, woda jakby troche metna, pewnie z powodu malej glebokosci.Zdaje sie ze niedlugo bede mogl powiedziec „z niejedngo morza wode pilem”


DZIEN 78

Tue May 22 22:18:17 2007 UTC - 10 42.33 S - 141 14.36 E

Plyniemy juz po Morzu Arafura, plytko prawie jak na Jezioraku. Fale sa krotkie a woda metna... Glebokosc w tej chwili 19m. Za kazdym razem gdy patrze na echosonde, mam wrazenie ze zaraz bedziemy w cos walic. Szafirowy, gleboki Pacyfik zostal po tamtej stronie... Tuz po wyjsciu z ciesniny jest kilkumilowy, gleboki jak na ta okolice, bo az 25m kanal. Wlasnie w niego weszlismy kiedy gigant tankowiec plynacy za mna, z australijskim akcentem powiedzial grzecznie zebym z niego spadal bo wali 35 wezlow, i za 10 min bedzie tamtedy przechodzil, a dla niego to jedyna w tym miejscu droga. Gdybym nie zdazyl zwiac pewnie nie zadrapalbym mu nawet farby. Po chwili zapytal jakie mam zanurzenie, gdy odpowiedzialem 2 m, stwierdzil ze moge tu plynac jak chce poniewaz wtej chwili jest 3 metrowy przyplyw. Przemknal obok jak duch, mrugnal swiatlami pozycyjnymi i poczestowal zapachem dymu z komina. Rano spowiadalismy sie Australijskiemu Coast Guard, stwierdzili ze maja o nas duzo informacji, majac pewnie na mysli nasze przejscie ciesniny, i gdy odpowiedzialem na pytania typu skad, dokad, i jaka bandera , zyczyli powodzenia i odlecieli...
Jeszcze w ciesninie przplywalismy obok wraka zaglowca, smutny to widok.
Wielkie brazowe cialo lezace na boku jako przestroga...


DZIEN 77

Tue May 22 00:31:22 2007 UTC

 9 59.86 S - 143 4.28 E

 

(relacja Tomka dotyczy poniedzialku, email nadszedl we wtorek, zwiekszajaca sie  roznica czasu, powoduje ze emaile wyslane wieczorem otrzymujemy, gdy u nas zaczyna sie kolejny dzien)

 

 

Nie taka straszna ta Ciesnina Toresa. Najstraszniej wyglada w morskich opowiesciach i gdy potem wchodzi sie w nia po raz pierwszy i po ciemku. W nocy wszystkie koty czarne. Latarnie morskie prawie ocieraja sie o burty, choc migaja do nas z 2 lub 3 mil, i wszedzie czaja sie ostre rafy. Gdy wzeszlo slonce okazalo sie ze Ciesnina Toresa to urocze male „morze” z setkami piaszczystych wysp porosnietych palmami i dzungla. Bez problemu mozna zajsc jakas od nawietrzenej, rzucic kotwice i spac do rana. Plynie sie jednak nie najgorzej, wiec grzejemy dalej... „ Tylko te noce takie dlugie...”
 


 

DZIEN 76

Sun May 20 22:17:23 2007 UTC - 10 7.51 S - 145 5.37 E

Mimo ze do Ciesniny jeszcze z 90 mil, juz zrobilo sie ciasno. Plyniemy wyznaczona droga wodna nazywana „Przejscie Pandory”. Tlok na niej poki co umiarkowany, od wczoraj minelismy trzy wiekoludy. Jeden tuz przed zmierzchem, tankowiec, nazywal sie Century River i mial wielka litere K na kominie. Te olbrzymy plyna bardzo szybko i od pojawienia sie na horyzoncie do chwili gdy sa na trawersie nie mija na ogol wiecej niz 20-30 min. W nocy ciemno, wielkoludy sa zawsze dobrze oswietlone, ale gdyby to odemnie zalezalo chwilowo wyslalbym je wszystkie na poludnie Australii... Jak to napisal pewien kolega zeglarz, ktory z powodu spoznienia zalogi przeprowadzal kiedys samotnie jacht do jakiegos portu - „tylko te noce sa takie glugie...” Dzis w nocy wejdziemy pewnie w Ciesnine...

 

 

 


DZIEN 75

Sat May 19 21:39:51 2007 UTC - 11 24.65 S - 146 25.97 E

Dzis szaro i pada, ale to przyjemna odmiana po dniach piekacego slonca. To miala byc ostatnia przespana noc przed Ciesnina, ale tuz po zmroku zauwazylem jakis poblask przed nami na horyzoncie. Kiedys zrobila mnie tak w konia wschodzaca gwiazda. Tym razem jednak blask dlugo sie nie zmienial... Minelo kilka godzin nim wyjasnilo sie ze to rybak zwabiajacy kalmary wielkimi sodowymi lampami. Potem przygladalem sie (jesli mozna przygladac sie czemus noca) gdy co jakis czas wygasza swiatla i wymyka sie z sieci ktora okrazyl zgromadzone wokol burt kalmary, naplywajace do oswiecajacego wode kutra, jak cmy do zarowki.
Potem pewnie zamykal dno i bok siatki i wyciagnal je na poklad... .
Szczerze mowiac, wolalbym na ta ciesnine miec sprawne kolo sterowe, ale coz, podobno nie mozna miec wszystkiego, w kazdym razie nie w jednym momencie. Nie pozostaje mi nic innego tyko cieszyc sie ze autopilot dziala bez zarzutu...
Przygotuje dzis kotwice do rzucenia, chociaz szczerze zamierzam jej nie uzywac..

Wacek od dluzszego czasu nic nie pogryzl, nie zrobil, jak to ma czasem w zwyczaju kupy w maszynowni, pachnie cisza przed burza...


Fri May 18 21:40:58 2007 UTC - 12 13.75 S - 148 7.35 E

Od kilku dni czuje ze cos psuje moje dobre samopoczucie, jak gdyby ktos zaklocal gladka tafle lsniacego jeziora rzucajac do niego kamyki. To chyba niepokoj zwiazany z Ciesnina Toresa... Od paru dni przygladam sie jej i analizuje droge ktora bedziemy szli,  poswiecam jej duzo czasu, po to by czasem niechcacy, nieuwaznie czegos nie pominac, jakiejs milutkiej, najezonej ostrymi rafami wysepki, albo kamyka wystajacego troszke z wody, lub takiego ze schowana tuz pod powierznia ostra glowka..
Mialem dzis kolorowe sny, snila mi sie jaks urocza wyspa do ktorej dobilem i okazalo sie ze spotkalem na niej wielu znajomych, potem snila mi sie moja piersza milosc Halina, w sytuacjach ktorych nie bede tu opisywac (Beatko ty snisz mi sie co noc i jeszcze ladniej), sny dzielily sie na czesci, gdy budzilem sie by sprawdzic kurs i otoczenie. Musialy byc wszystkie dobre, bo gdy w koncu wstalem dlugo jeszcze czulem ich przyjemny smak.


DZIEN 73

Thu May 17 22:33:37 2007 UTC - 12 45.24 S - 149 52.65 E

Zeglowanie po Morzu Koralowym o tej porze roku to wakacje, jest cieplo lecz nie goraco, nieustaje umiarkowanie silny wiatr z poudniowego wschodu, chociaz cieszylbym sie gdyby wykrecil na wschodni kiedy dojdziemy do Ciesniny Toresa, jesli nie skreci, przez wiekszosc tego kamienistego lejka bedziemy szli ostro do wiatru, choc moze jakies lokalne zaburzenia spowoduja ze pasat troche wykreci...
Wyglada ze swiezych ryb w tym rejsie nie bedzie.. . W nocy jakas rybka pociagnela ze soba caly zestaw, lacznie z zylka. Musialo byc male monstrum , bo nowa zylka miala wytrzymalosc 90kg. Mam jeszcze jeden stary komplet, ciagniemy go za soba, ale cos mi mowi ze jutro rano juz go tam nie bedzie. Nie mam zamiaru sie przy tym upierac, zycie wmusilo we mnie pewnien schemat - jesli cos co probuje zrobic i nie wychodzi, to staram sie zrobic to inaczej, ale jesli nadal nie wychodzi, przestaje to robic w ogole. Mimo ze "przestaje robic" zabrzmi dla wielu zbyt permanetnie, okazuje sie, ze jesli tylko zmienimy troche nawyki mysleniowe, przestac robic mozna prawie wszystko... . W tym wypadku nie byloby to nawet trudne, na pokladzie mamy duzo ryb, sardynki w sosie pomidorowym, tunczyk w oleju i wodzie, paprykarz szczecinski, osmiornica w pomidorach, ostrygi wedzone , a takze wedzone szprotki w oleju z Rygi, te niestety juz sie koncza. A gdyby nas przyparlo do muru (to jeszcze jedna zaleta plywania swobodnego,czytaj: bez pospiechu i sponsora Pana Warzechy od sedesow, ktorego trzeba by zapytac o zgode.. ), mozemy stanac na kotwicy przy jakiejs bezludnej rafie i poklusowac ...


DZIEN 72

Wed May 16 22:18:34 2007 UTC - 12 54.92 S - 151 54.92 E

Siedze w sterowce na swoim fotelu, nogi wyciagnalem miedzy szprychami kola sterowego i oparlem na pulpicie z wskaznikami slinka, ciagne browar i mysle jakie to morze jest piekne, zwlaszcza gdy swiat znowu kreci sie w "moja" strone... Pompa autopilota pomrukuje cicho, a ja czuje totalne pojednanie z poblyskujacymi w sloncu falami. Ciekawe ze wiekszosc samotnych zeglarzy od pewnego momentu rejsu zmuszona byla sterowac recznie po awarii samosteru... Wyglada na to, ze ja jestem zmuszony uzywac autopilota i szczerze mowiac nie mam nic przeciwko temu. Przeczytalem dzis ksiazke nakazana mi przez Beate jako lekture obowiazkowa pt. "Tam gdzie spadaja anioly" D. Terakowskiej, i niewiem czy to spowodowana samotnoscia nadwrazliwosc, ale wzruszalem sie wiele razy, i to w niepodobny dla mnie sposob, czytajac o chorej dziewczynce i jej upadlym aniole strozu, i jak to pomagajac sobie nawzajem powrocili na strone swiatla. Uwazam ze bardzo ladnie i madrze P.Terakowska podeszla do tematu dobra i zla. Czuje ze po tej lekturze troche bardziej lubie tego swojego "czarnego zgreda" ktory szepce mi jesli tylko go slucham:"nie dasz rady czlowieku, a w ogole po co to robisz..." itd. Dawno nauczylem sie go ignorowac, teraz jednak zaczynam uwazac go za cos wlasnego i niech tam sobie mendzi, jesli juz taka jego natura.


DZIEN 71

Tue May 15 14:59:51 2007 UTC - 13 13.94 S - 154 17.46 E

Tuz po polnocy Luka stanela pod wiatr, zagle zaczely lopotac i dopiero po chwili uslyszalem przebijajacy sie przez lopot zagli halas pracujacej nieustannie pompy autopilota. Wychylilem kurs na polnoc, tak by miec chwile zanim Luka ponownie wyostrzy i polecialem po mlotek. To znowu ta skrzyneczka z zaworami pod pompa kola sterowego. Znowu zawiesil sie zawor zwrotny i przepuszcza cisnienie, ktore wytwarza pompa autopilota. Zaczalem ostukiwac ja mlotkiem, po ktoryms razie pompa autopilota stanela, ale za chwile sytuacja sie powtorzyla. To byl znak ze czas rozwiazac sprawe permanetnie (choc poza smiercia permanencji nie ma, ale i to wzgledne). Zwinalem genule i postawilem foka marszowego, wybralem go na blache i Luka ze sterem wychylonym na nawietrzna poczela wolniutko isc pod wiatr, co oddalalo nas od rafy czajacej sie w ciemnosci, kilkadziesiat mil po zawietrznej. Oczywiscie pierwsza rzecza jaka przyszla mi do glowy to poskarzyc sie zonie. Dosc szybko Beata przyslala mi schemat tej skrzyneczki z zaworami i proponowane przez kanadyjska firme, ktora ja wyprodukowala, sugestie jak rozwiazac problem. Nie bylo tam nic szczegolnego , choc ludzilem sie ze wytlumacza mi jak naprawic sama skrzyneczke, okazalo sie ze juz takich nie robia i namawiali na wymiane calej pompy. Poza tym sugerowali odciecie dwoma zaworami kola sterowego z systemu, co i tak mialem w planie. Po otrzymaniu drugiej informacji ze kolo sterowe nie bedzie dzialac bez tej skrzynki z zaworami (kombinowalem zeby ja zupelnie wywalic i w to miejsce wstawic dwa zawory, wybieralbym wtedy manualnie: sterowanie reczne lub autopilotem) wzialem sie do roboty. Szczesliwie mialem dwa zawory, ktore nadawaly sie do tego doskonale. Po dwoch godzinach jechalismy znowu w kierunku Ciesniny Toresa do ktorej dzielilo nas 670 mil.


DZIEN 70

Tue May 15 01:04:53 2007 UTC - 13 17.12 S - 155 42.79 E

(data wyslania e-maila, rzeczywisty dzien:poniedzialek)

Dzisiejsza noc byla niespokojna, silny od kilku dni wiatr podnosi morze coraz wyzej. Dmucha z poludniowego wschodu, grzejemy baksztagiem i co jakis czas klaniamy sie morzu gleboko, gdy Luka zjezdza z wiekszej fali...Mimo ze jestesmy daleko od raf i kamieni spalem niespokojnie, snilo mi sie ze stalismy przy kei, odplyw postawil Luke na stepce i ta wywrocila sie , potem ktos zajal moje miejsce przy kei, i gdy szukalem nowego w ciasnej marinie, stracilem kontrole nad sterem i silnikiem...Obudzil mnie obracajacy sie wal silnika, ktory powinien byc zablokowany. Wiekszosc jachtow teraz ma hydrauliczne przekladnie biegow, ktorych nie mozna zablokowac zsotawiajac je na wstecznym,  tak jak bylo to mozliwe z przekladniami mechanicznymi. Mimo to producenci nowych jachtow sugeruja by zostawiac skrzynie biegow na wstecznym i pozwolic walowi obracac sie podczas zeglugi. Nie lubie tego rozwiazania, po pierwsze;  unieruchomiona sruba stawia mniejszy opor wodzie niz sruba ktora sie obraca, poza tym nieustannie wyrabiaja sie lozyska skrzyni biegow i gumowe lozysko podtrzymujace wal, nie wspominajac o nieustannym wyciu i stukaniu.  Niektorzy zakladaja na wal paski klinowe i napedzaja nimi alternatory... daj im Panie zdrowie...
Wiec obudzil mnie halasujacy wal, dotarlem do maszynowni i po chwilowej inspekcji zablokowalem go tymczasowo. Zauwazylem jednak ze hamulec zalozony jeszcze przez poprzedniego wlasciciela rozpada sie na kawalki. Bede musial zablokowac dzis wal jakos inaczej, wymontowac hamulec, sprawdzic co peklo i jakos go naprawic...
Zadzwonil wlasnie budzik, ktory wszczyna alarm codziennie o 9:30 UT (czas Grynich ), przypomina o radiu. O tej porze powinienem miec schadzke z Robertem Krasowskim, ale z powodu wyjatkowo kiepskiej propagacji w tym roku, udalo sie nam pogadac tylko raz. Spojrzalem teraz z sympatia na telefon satelitarny, ktory ignorujac plamy na sloncu i chimery propagacji laczy nas ze swiatem szczurow ladowych niezawodnie, nie wspominajac o codziennym odbieraniu prognozy pogody i poczty od mojego aniolka i przyjaciol.


DZIEN 69

Sun May 13 22:03:15 2007 UTC - 13 37.11 S - 158 55.37 E

Znowu wakacje, cieply wiatr z zadu, plyniemy 6-7 wezlow na wystawionej bomem genui. Predkosc okreslam w przyblizeniu, poniewaz w miejsce logu zamontowalem extra sonde... Smigielka logu nieustannie zarastaja, trzeba je wyjmowac, woda chlusta wtedy do srodka, a i tak pokazuja szybkos jachtu do powierzchni wody. Log to rzecz niezbedna przy nawigowaniu zliczeniowym, my uzywamy jednego z cudow XX wieku GPS, ktory min. pokazuje predkosc, z jaka poruszamy sie w stosunku do dna morskiego. Wiec gdy bedziemy plynac 6 wezlow przez jedna godzine to przeplyniemy 6 mil, ktore bedzie mozna odznaczyc na mapie, w przypadku szybkosci mierzonych w stosunku do powierzchni wody, trzeba jeszcze odjac, lub dodac do tych 6 mil szybkosc pradu morskiego i dryf, ktoremu w mniejszym lub wiekszym stopniu podlega wszystko, co wystaje i nie wystaje z wody, za wyjatkiem wysp i raf koralowych. Zapowiada sie dzien bez slonca, wiec czas nadrobic zaleglosci na pokladzie. Trzy dziurki w zaglach czekaja do artystycznego zalatania, to jakas wada materialu, wiec nie naszyje chamskich lat. Wytne je w ksztalcie kolek i przez srodek kazdego przewleke kawalek jaskrawej nitki, beda pokazywaly w jaki sposob ukladaja sie strugi powietrza na plaszczyznie zagla.Poza tym wszystko jest dzis ladne "wiatr na wantach piosenke gra a fale sa tak biale"...


DZIEN 68

Sat May 12 23:21:10 2007 UTC - 13 37.61 S - 160 57.56 E
Jestemy juz na Morzu Koralowym, wieczorem sie rozdmuchalo, szlismy prawie ostro do wiatru, tak by minac w bezpiecznej odleglosci rozciagnieta na poludnie rafe, ponizej wyspy Rennell... Wiec podrzucalo nami i fala systematycznie moczyla poklad. Wacek, dopoki nie zwolnilem go z wachty i wygonilem pod poklad, biegal jak oszalaly wzdluz burty i z za siatki rozpietej na relingach walczyl z wpadajacymi bryzgami, nie oszczedzal sie, caly ociekal slona woda, ale postawiony pionowo kikut ogona oswiadczal ze zwyciezyl...Nad ranem obudzila mnie nieustannie pracujaca pompa autopilota, slyszalem ja nawet przez rozgadana na fali Luke i gwizdanie wiatru...To nie moglo byc nic dobrego. Wstalem, i gdy obijajac sie o sciany doszedlem do sterowki, autopilot wlaczyl alarm, darl sie nie mogac utrzymac kursu... .Pompa jednak nadal pompowala na najwyzszych obrotach. Dzialo sie cos niedobrego. Wylaczylem pompe, obawialem sie ze pracujac non-stop spali silnik. Sterowalem recznie i analizowalem sytuacje, pewnie silownik ktory porusza trzonem steru przepuszcza gdzies w srodku cisnienie... i w tej chwili bez mojego udzialu woda, napierajac widocznie na pletwe sterowa, (wciaz grzalismy 8 wezlow), skrecila ja o 20 stopni na lewo.  Skorygowalem kurs, ale w tej samej chwili ster wychylil sie ponownie. Probujac zostac na kursie, zmuszony bylem prawie nieustannie krecic kolem w prawo. Zaswitala mi mysl, na silowniku znajduje sie zawor , jesli sie go otworzy pozwala na swobodny przeplyw plynu hydraulicznego przed silownikiem,  pewnie cos go troche otworzylo...Zlapalem latarke i skoczylem do salonu, otworzylem dzwi do kabiny rufowej, podnioslem podloge, dostalem sie do zaworu i kilka razy zamknalem go i otworzylem. Luka w tym czasie stanela dziobem do wiatru i wygladalo ze ma ochote zrobic zwrot. Nadal niezle wialo, taki niekontrolowany zwrot to nic ladnego. Dopadlem steru i machnalem go w calosci na prawa burte. Niestety, kiedy tylko przestalem krecic, czujnik wskazujacy wychylenie steru znowu polecial na lewo.  Krecac wiec dalej w prawo pomyslalem "przegrane"... to pewnie silownik puszcza plyn, morze dzis bylo wzburzone, pompa autopilota jechala cala noc na najwyzszych obrotach i cinienie zerwalo pewnie jakies uszczelki na tloku silownika. Nie sadze zebym mogl go w moim warsztaciku rozebrac, a gdyby nawet, to przeciez nie mam nowych uszczelek. Klapa, trzeba bedzie dobic gdzies w Australii i naprawic silownik. Poprzedni wlasciciel jachtu twierdzil ze tuz przezd sprzedaza wyremontowal caly uklad sterowania, wiec wymienilem tylko przewody hydrauliczne i uwierzylem ze w tym miejscu wszystko zagra. Ale przeciez nie moge dobic, to ma byc rejs non-stop, mam zapasowy autopilot, elektryczny, ale to moj plan "B", a innego juz nie mam. Pchac sie w reszte swiata bez mozliwosci sterowania recznego i jednym zlozonym przezemnie z uzywanych czesci autopilotem, to glupawe.. . Pomyslalem chwile, a moze to skrzynka z zaworami zwrotnymi, tuz pod pompa kola sterowego, jest pelna zaworkow, koleczek i sprezynek. Ma nie pozwalac by cisnienie, ktore wytwarza pompa autopilota obracalo kolem sterowym, moze to w niej cos sie zawiesilo, zacielo i nie pozwala utrzymac cisnienia w silowniku. Wykrecilem kurs na prawie z wiatrem, wlaczylem autopilot i polecialem do maszynowni po mlotek, pompa wyla nieustannie. Zlapalem za mlotek i walnalem w skrzynke, raz z prawej , raz z lewej, potem dla rownowagi z dolu iiiiiii pompa autopilota stanela, po chwili bzyknela krotko, i znowu, bzzz, bz, bz, bzzz, bzz ,bz.. . Coz to za piekna muzyka...,nie zamienilbym jej teraz nawet na samego Ennio Morricone.. Wszystko zaczelo znowu dzialac. Coz za ulga, plyniemy dalej ...... Wiec to nie silownik, teraz nawet gdyby okazalo sie ze ktoregos dnia skrzynka znowu sie zatnie i kuracja mlotkiem jej nie pomoze, zawsze moge zalozyc dwa zawory na przewody, ktore pewno znajde gdzies w maszynowni i wylaczyc z systemu kolo sterowe. Autopilot bedzie dzialal, nie bede mogl tylko sterowac recznie, czego i tak nie mam zamiaru robic, w rzeczywistosci ktora przez wiele lat dla siebie kreowalem, nie jestem niewolnikiem kola sterowego, LUKA radzi sobie sama z kursem, ja czytam ksiazki, albo podciety gapie sie na nocne niebo i ulepszam gwiazdozbior, dokladajac tu i owdzie jakas gwiazdke...


DZIEN 67

Sat May 12 02:10:45 2007 UTC - 12 56.52 S - 163 11.72 E

(data wyslania e-maila, rzeczywisty dzien:piatek)
Od dwoch dni mamy pelne zagle. W nocy wiatr stezal i przechylil nas troche, szczesliwie moja kanapowa koja jest na zawietrznej, spalem jak Pan Jezus w lodzi rybaka, a Mama Ocean bujala nas do snu. Rano zrefowalem zagle, wiatr przestal zartowac i dmucha teraz ze 30 wezlow... Wieczorem naladowalem baterie i zrobilem wode, siadlem na pokladzie i ciagnac browar wpatrywalem sie w gwiazdy, pomyslalem ze niezle byloby dolozyc jedna gwiazde w srodku Krzyza Poludnia, bylby wtedy zgrabniejszy, mozna by tez wyprostowac troche dyszel duzego wozu, i wtedy poczulem ogarniajace mnie szczescie i wdziecznosc dla Stworcy za to, ze nie pozwolil mi zwatpic i stchorzyc, i ze jestem tu i teraz, i ciesze sie moim odnalezionym skarbem. Wydaje sie, ze mimo tego huraganu ktory wepchnal mnie kiedys na „rafe”,  mialem w zyciu szczescie, choc byc moze i ten epizod z „rafa” byl czescia wiekszego planu...Wuj moj, dla odmiany twierdzi ze „szczescie trzeba sobie zorganizowac”. Ludzie jednak przychodza na ten swiat wyposazeni w roznorakie, ale zarazem scisle okreslone „narzedzia”...Mozna sie w koncu zorganizowac i nauczyc jakos wycinac lipowe lyzki siekiera, albo scinac drzewo dlutem. Zdecydowanie wazniejsza jednak jest determinacja by pozostac na wlasnej drodze zycia...O ile latwiej i szczesliwiej byloby zyc, nawet kiepsko zorganizowanemu drwalowi, gdyby nie wmowiono mu ze jest rzezbiarzem.  Wyobrazmy sobie, ile trudu i rozczarowan czeka na drodze drwala, ktory bedzie udawal rzezbiarza i wycinal toporem drewniane lyzeczki lub misterne odpustowe krzyzyki, albo zycie wrazliwego rzezbiarza, scinajacego dlutem drzewa i jego trud bez szans na satysfakcje i niezaleznosc, ktorej kazdy nas w mniejszym lub wiekszym stopniu koniecznie potrzebuje... .
Poroniony obraz..., a jednak wielu ludzi zyje, nie zdajac sobie sprawy z faktu, ze wedruja nie swoja droga... Obydwom naszym bohaterom rzeczy w zyciu beda przychodzic z trudem, to wlasnie im bedzie wiac ten przyslowiowy wiatr w oczy, bez „usmiechu losu”, bo idac nie swoja droga, spotkaja podarki nie do siebie adresowane. A jednak „narzedzia” z ktorymi sie rodzimy daja mozliwosc i prawo kazdemu bez wyjatku aby byl w zyciu szczesliwy, jesli tylko czemus lub komus nie uda sie wykopac nas z naszej wlasnej drogi. Co, lub kto w takim razie, jest tym dywersantem ? Kto wykoleja nasze zycia...? Rodzice wtlaczajac dzieciom wlasne niespelnione ambicje, kosciol, wszechobecne „karly” zdecydowane walczyc do krwi z kazdym, kto sprobuje ich przerosnac, wlasne leki...Tyle tych smokow i straszydel nad glowka malej istotki, ze az dziw bierze jak niektorym z nas udaje sie od nich oswobodzic i wejsc w zycie bez plecaka wypelnionego kamieniami uprzedzen i lekow przed zyciem, jakiego pragnalby dla nas Ten, ktory nas nim obdarowal...


DZIEN 66

Fri May 11 01:17:34 2007 UTC - 12 21.71 S - 165 33.47 E

(data wyslania e-maila, rzeczywisty dzien:czwartek)
Zapowiada sie leniwy dzien, wiatr doskonaly na szkolna wycieczke lub na ryby, mozna by tez rozlozyc stoliki na pokladzie i urzadzic male przyjecie. Nie powinienem jednak na niego narzekac, bo uslyszy i poleci gdzies sobie , albo zlosliwie wykreci sie tylkiem .. . Mielismy wczoraj wieczor szantowy, slonce zachodzilo na czerwono a ja wzruszalem sie do lez sluchajac Ryczacych Dwudziestek spiewajacych pelna tesknoty piosenke-szante o moim miescie..
-I przez deszcz, gdzie moj dom
-biegnac noca droga swa
-wzdloz wieziennych scian
-do fontanny
Od kad pamietam moja Ilawe , przez cala mlodosc, codziennie chodzilem wzdluz wieziennych scian "do fontanny". Mieszkalem tuz przy wysokich szarych murach wieziennych, stanowily czesc mojej codziennosci , wiec teraz nie zastanawiajac sie co soba reprezentuja obudzily teskonote za moim miastem..
Ktos madry powiedzial ze najlepszym miejscem dla zycia dla kazdego czlowieka, jest miejsce w ktorym sie urodzil... Z perspektywy wloczegi, ktory, goniac marzenia, wiekszosc doroslego zycia spedzil z dala od swojego miasta , czuje gleboko prawde tych slow.
Gdzies po drodze poznalem tez inna , a teraz widze ja jeszcze wyrazniej , ze zapragniecie czegos to przyczyna , a rzeczywistym celem jest droga wiodaca do spelnienia . Cel okresla jedynie (jesli odwazymy sie na nia wstapic) droge ktora przejdziemy, to czego na niej doswiadczymy i to co nas na niej spotka - na tym polega to male Boskie oszustwo. Wydaje sie, ze zloto ktore uda nam sie znalezc(lub nie uda) to skarb, ale tak naprawde skarbem jest koniecznosc dokonywania wyborow , ktore w drodze zmuszeni jestemy podejmowac nieustannie . Droga narzuca czeste wybory ktore musimy podejmowac, i co nieuniknione konfrontuje takze z owocami naszych decyzji. I tak na zasadzie doswiadczania na przemian, raz przyjemnych dla nas rzeczy, raz nieprzyjemnych, uczymy sie wybierac tylko te dla nas dobre.., a to co jest dobre dla nas, dobre jest rowniez dla Niego, stworzyl nas przeciez na wlasny wzor i podobienstwo.. Wiec nie ma sie czego obawiac, kazdy kto odwazy sie wejsc na ta "droge" znajdzie "skarb", poniewaz jest nim juz sama droga... , a gdy bedac juz na niej, nie pozwolimy sie nikomu wystraszyc, na jej koncu bedzie czekalo nasze zloto... ( I tu musze wspomiec mojego wujka , ktory pocieszal mnie w jakims liscie wyslanym do dola w ktorym wtedy lezalem, stwierdzil w nim ze "skarbow piratow juz nie ma", no coz nie byl szczery, lub nic o ich istnieniu nie wiedzial..)
"Poszukiwanie zlota, to sztuczka Pana Boga by wyprawic nas w droge" A moze to Buddysci maja racje twierdzac, ze to wlasnie nasze pragnienia sa przyczyna wszelkiego zla, moze wiec powinnismy wyrzec sie marzen, przestac pragnac, moze szczesliwy to ten, kto nie doswiadcza rozczarowan i goryczy niespelnienia, a wiec nie cierpi..Gdybysmy jednak nie cierpieli, nie wiedzielibysmy rowniez czym jest milosc... .
To strach i cierpienie bedac w swojej istocie czyms odwrotnym niz milosc wskazuje droge do tego wszystkiego czym nie jest i zwraca nas ku Niej..
 


DZIEN 65

Wed May 09 21:49:26 2007 UTC - 12 13.79 S - 167 12.63 E

Jakis skurwialy rekin znowu obcial metalowe linki z przynetami, od 30 godzin niezle dmucha, mialem wiec uzasadniona nadzieje ze po nocnym szarzowaniu znajdziwemy jakas przystojna rybe na koncu linki.... Ta ktora zlapala sie ostatnio byla pyszna... Zalozylem nowe przynety, nie ma juz tych "chwytliwych", znalazlem jakies stare, sfatygowane, mysle z czego by tu je zaczac produkowac, jesli te skurwialki beda je w taki sposob obrabiac niedlugo zabraknie nawet nawet zylki. Idziemy nadal skosnie na poludnie, choc gdyby nie centrum nizu ktore wlasnie tak sie przesuwa, moglibysmy wyprostowac kurs na zachod, ale tam znowu dopadnie nas cisza (coraz bardziej lubie nasz weather fax). Wczoraj postawilem grota i gdy dociagalem fal, jedna warstwa linki owinietej na kabestanie przeskoczyla na druga, a ja skoncentrowany na topie masztu dociagalem fal az kabestan zatrzeszczal. Probowalem potem jakos ten zwoj liny wyszarpnac, ale szybko zrozumialem ze to beznadziejne i sprawe rozwiazalem nozem, teraz czeka mnie zalozenie nowego flalu i wszystko bedzie sliczne jak przedtem.
...Od pewnego czasu slysze jak ktos do mnie mowi - Tomek.. albo hej, lub jakies inne ludzkie dzwieki.. Gdyby nie ksiazki napisane przez samotnych zeglarzy, dopatrywalbym sie w tym poczatkow schizofrenii...
Pogoda dzis piekna, wiatr, slonce, grzejemy ostrym polwiatrem, Luka pochylila sie lekko na zawietrzna i taranuje nadbiegajace fale, a Wacek walczy z nimi obszczekujac zajadle.


DZIEN 64

Tue May 08 20:54:45 2007 UTC - 11 22.98 S - 169 23.56 E

Wieczorem passat ozyl, wieje teraz z poludniowego wschodu, walimy na zachod polwiatrem na zrefowanej genui i bezanie, zastanawiam sie nad grotem. Wacek znowu pogryzl przynety, chyba zaloze mu kaganiec...


DZIEN 63

Mon May 07 20:39:04 2007 UTC - 11 20.23 S - 170 45.99 E

Wczoraj passat zwariowal, dzisiaj umarl.. . Cicho dzis i spokojnie, slonce nagrzewa poklad, gdyby nie maly wiatraczek, ktory zmontowalem ktoregos dnia z zapasowych czesci, nie daloby sie wytrzymac pod pokladem. Teraz maly przyjaciel niestrudzenie wypelnia salon przyjemna bryza i gdyby nie zdechlak, ktory kaze klaniac sie nam, raz lewa , raz prawa burta, mozna by powiedziec ze stoimy w samym srodku raju. Poplywam dzisiaj, woda jest tu wspaniala, krystalicznie czysta i ciepla, moze spotkam syrenke (oby nie ta z pletwa na grzbiecie i trzema rzedami zebow)


DZIEN 62

Sun May 06 22:32:26 2007 UTC - 10 55.63 S - 170 59.11 E

Wieczorem wiatr zwariowal. Przyciagnal z soba wielka czarna chmure a potem bez zenady odwrocil sie o 180 stopni i zaprzeczajac odwiecznym prawom natury poczal dmuchac z zachodu z sila 15-20 wezlow. Zachodni passat to jakis bekart, splodzony przez morska Chimere. Gnalismy cala noc na poludnie i rano znalezlismy sie w okolicy uroczych, obiecujacych kobiety, wino i spiew - atoli, ale ja zastanawiam sie tylko, jakby je z tym wynaturzencem na plecach wyminac... Rano wiatr troche oslabl, ale nadal nie pozwala plynac na zachod, dryfujemy na poludnie pod samym bezanem, odkrylem ze wybrany bezan niezle trzyma Luke 30* od linii wiatru. Kolo poludnia odwiedzil nas samolot. Nadlecial z zachodu, zatoczyl kolo i zniknal tam gdzie sie pojawil. Byl to jakis sredniej wielkosci samolot transportowy, z silnikami smiglowymi, caly szary, bez okien i najmniejszego oznaczenia. Przyjrzalem mu sie dosc dokladnie przez lornetke, lecial nisko i okrazal nas szerokim kolem. Pomachalem mu reka, liczylem chyba ze pilot otworzy okno i odmacha, potem doszedlem do wniosku ze ped powietrza wylamalby mu pewnie reke ze stawu... Poztanowilem wiec nie miec mu tego za zle. Znow zjadlbym rybe, przygotowywalem wczoraj moja najbardziej lowna przynete, odplatalem ja wraz z poczatkiem zylki i gdy wyrzucilem koncowke by rozplatac reszte, przyneta zniknela w szafirowej glebinie. Wacus bawil sie tu wczoraj i przegryzl zylke, stracilem najlepsza przynete. Potrzebne mi byly trzy glebokie oddechy zeby nie kopnac go za to w dupe ... .
Sprawdzilem pogode, tu gdzie jestesmy bedzie cisza.. Schodzimy dalej na poludnie.


 

DZIEN 61

Sat May 05 20:15:01 2007 UTC - 10 0.43 S - 170 48.22 E

Ranek przywital nas z ryba na haku. Wystawialem Wacka zeby sie odlal i spostrzeglem ze cos holujemy. Tym razem wydalem duzo zylki wiec z takiej odleglosci rownie dobrze mogl to byc kawalek kielbia. Odzwyczailem sie juz prawie od ryb, ostatnio plynelismy zbyt wolno by oszukac jakas kawalkiem kolorowego plastiku. Ryby robia sie w konia gdy plyniemy szybciej niz 5 wezlow.  Zaczalem zwijac zylke i po chwili wiedzialem ze mamy
rybe. Byla srebrna, smukla, wydluzony pysk i trzy rzedy ostrych zebow, 70cm, szarpala sie niemilosiernie. Po kilku minutach z wprawa rybaka zamienilem ja na filety, a poranna kawe wypilem dopiero gdy biale filety marynowaly sie w posiekanym czosnku (ostatnim) i w soku z cytryny.
Lunch byl wspanialy, ryba panierowana jajkiem (w proszku) i bulka tarta mogla by uszczesliwic najbardziej zadeklarowanego swiniojada...Zyczliwi donosza ze "Zagle" przelamaly w koncu nieufnosc, bedaca jak sadze cecha rzetelnego dziennikarstwa, wspominajac na swych szacownych lamach o zeglarzu z Ilawy... . Rownoczesnie napisal do mnie Jean-Luc Van Den Heede, Francuz ktory takze oplynal swiat z E-W bez dobijania, samotnie, niestety mial pecha poniewaz plynal na czas... Poinformowal nas ze oficjalnie 5 osob dotad oplynelo swiat w ten sposob: Chay Blyth, Mike Golding, Philippe Monet, On i kobieta Dee Caffari. Nieoficjalnie (niewiem czemu - albo oplynal,albo nie) wspomial o jakims Niemcu, ktory przecial swoj slad w 2002r. Poniewaz jestem szlachetnej natury, bez dociekan przyznaje Niemcowi prawo do numeru 6 i chetnie namaluje na burcie Luki nr 7. Nawet golym okiem widac ze 7 ma wiecej zagli na maszcie niz 6.. . Do tego Wacek bedzie pierwszym psem w psiej historii ktory oplynie swiat non-stop. A i nam zaden siwobrody w Polsce nie podskoczy...:-)
 


 

        

DZIEN 60

Fri May 04 20:36:45 2007 UTC - 9 54.58 S - 171 14.31 E

Dzien obfitowal w wydarzenia, zwlaszcza gdy wziasc pod uwage, ze na morzu nic na ogol sie nie dzieje. Najpierw kolo poludnia na horyzoncie pojawil sie jakis kuter, przygladalem mu sie dugo, ale z takiej odleglosci, stojac na rozchybotanym pokladzie, dlugo nie moglem  zdecydowac co to za jeden. Co kilka minut zmienial kurs jak gdyby sterowal nim pijany majtek. Przygladalem mu sie troche, potem krzyknalem do niego  przez VHF (radio malego zasiegu). Przedstawilem sie grzecznie i starajc sie aby to co mowie bylo dokladnie zrozumiale, zapytalem jak sie ma, odpowiedzial chinszczyzna, zabarwiona angielskim  "ja jestem chiny", po czym nasza konwersacja umarla. Mimo jeszcze jednej proby by ja ozywic, chinczyk milczal zawziecie. Pewnie to jedyne angielskie zdanie jakie zapamietal. Gdy sie troche zblizyl okazalo sie ze koledzy lowia ryby lub kraby, stawiajac na dno klatki z przyneta. Przypomniala mi sie moja Alaska...Poczulem takze znajoma cykorie, ktora  odczuwam ostatnio, gdy zbilzamy sie do ladu... A jesli to chinscy piraci, i podplyna cichutko ...Dzis w nocy Wacek spi na pokladzie...Wieczorem kilka mil po prawej burcie zauwazylem obloczki pylu wodnego, wystrzeliwane co jakis czas wysoko w gore.. Wieloryby... Plynely od nas dosc daleko i zastanawialem sie czy warto zrzucic zagle i na katarynie podejsc blizej. Zanim sie zdecydowalem pokazaly ogony i zniknely. Wybralem kompromis, podebralem zagle i skierowalem Luke w miejsce gdzie  zniknely. Po pol godzinie wynurzyly sie mile przed dziobem. Ponownie skorygowalem kurs i po kwadransie mielismy je prawie na trawersie. Nie byly najwiesze, lecz mimo to robily wrazenie. Poruszaly sie majestatycznie i co chwile wydmuchiwaly wysoko chmury pylu wodnego. Nagrywalem je, tracac w ten sposob okazje by sie im dokladnie przyjzec, bylismy od nich ze 150 metrow gdy znow pokazaly ogony i zanurkowaly...Rozgladalem sie jeszcze z godzine, rozumujac logicznie ze to przeciez ssaki, i w koncu musza sie wynurzyc. Zrobily to widocznie gdzies daleko a nie dlugo po tym zrobilo sie ciemno - slonce na tych szerokosciach szybko nurkuje za horyzont...


DZIEN 59

Thu May 03 20:24:05 2007 UTC - 9 52.19 S - 172 3.41 E
Przechodzi nad nami wielka czarna chmura i zalewa poklad sciana wody, przyprowadzila z soba szkwal, gnamy wiec na zlamanie bukszprytu a LUKA skrzypi jak wypuszczony ze stajni, parskajacy radosnie zrebak. Wczoraj mielismy roboty bosmanskie, "naprawilem" roztrzepane koncowki falow i szotow, ktore Wacek bezlitosnie rozgryza, chociaz nigdy nie moge go na tym przylapac. Wzmocnilem prawie oberwany karabinczyk i kilka innych drobnych rzeczy. Pociagalem piwko, bylo bradzo goraco a odrobina alkoholu rozszeza naczynia krwionosne i powoduje latwiejsza wymiane ciepla. Siedzialem wiec oparty o maszt owijajac sznurkiem inny sznurek pociagalem browarek a Andrzej Korycki na tym odludziu spiewal juz tylko dla mnie o falach na plazy, przynoszacych z daleka pozdrowienia, o zeglarzu ktory kierowal swoja modlitwe nie tam gdzie powinien i o gitarze ktorej struny w magiczny sposob pekaly zawsze gdy zeglarz zagladal w majtki portowym dziewczynom. Szkoda ze Andrzejowa Muza nie szepta nic o samotnym zeglarzu, ktory szuka czegos po swiecie...czegos co jest moze blisko... .
To byl dobry dzien, za duzo nie przeplynelismy, ale to przeciez nie regaty i dzieki Ci za to Panie, bo plyniencie szybkie, to za wszelka cene, przypomina pelen obaw o erekcje, pospieszny sex skoncentrowany jedynie na tym, by jak najszybciej doplynac do mety. Zeglowanie swobodne dla odmiany, to milosc zapleciona intymnym zblizeniem, to radosc z dostrzegania jej ksztaltow i kontemplacja najdelikatniejszych odcieni - stad juz niedaleko do majaczacych za horyzontem ogrodow Edenu.


DZIEN 58

Wed May 02 21:00:15 2007 UTC - 9 46.02 S - 172 52.89 E

Od rana, choc mozliwe ze i w nocy, powoli mijamy duzo kawalkow drewna,
ubrudzonego styropianu, plazowego klapka z lewej nogi, starych butow i wiele trudnych do zidentyfikowania kawalkow plastiku i drewna. Tak moglyby wygladac szczatki tragedii na morzu, lub moze co bardziej mozliwe, zaloga  robila generalne porzadki na jakiejs lajbie. Zaklocilo to drastycznie harmonie otoczenia. Szafirowo-krysztalowa powierzchnia morza i kawalki brudnych odpadkow, jak nadgnily kartofel na wykwintnym talerzu, albo pierdniecie podczas romantycznego pocalunku. To smutne jak wielu ludzi na wzor kalek, pozbawiona jest wrazliwosci na piekno i bezmyslnie zasmradza i zasmieca to co ich zdaniem nie jest warte troski, za to bardzo starannie wymiata na zewnatrz smieci z wlasnego barlogu.

Jednak Ktos madry, Kto zna dobrze nasza parszywa nature tak urzadzil swiat, ze jestesmy w stanie zaswiniac ziemie tylko do momentu, do ktorego nam na to pozwoli. Nie jestesmy w stanie do konca jej zasmiecic i zniszczyc, predzej juz ona zniszczy nas, a ci ktorzy zostana, uwrazliwieni na jej piekno, lamiacym kosci kopniakiem, znowu zaczna sie do niej modlic...


DZIEN 57

Tue May 01 19:04:29 2007 UTC - 9 44.93 S - 173 38.79 E

Zdaje sie wiatr rowniez obchodzi Swieto Pracy, bo zniknal rano bez sladu. Stoimy bokiem do martwej fali, buja z boku na bok niemilosiernie. Z daleka musi to komicznie wygladac,  kiedy na spokojnym morzu jacht prawie nabiera wode burtami. Taka zdechla fala posiada magiczna sile oczyszczajaca, oproznia bezlitosnie zoladki, nawet przywyklym do morza wilkom morskim, jak np.slawnemu zeglarzowi angielskiemu Nelson'owi, za ktorym jak cien lazil chlopiec okretowy z wiadrem...Mnie i Wacka ten zdechlak nie wzrusza, poza tym ze chodzic trudno... Polezymy wiec, w koncu to swieto...