.jpg)
DZIEN 239
Wed Oct 31 12:25:05 2007 UTC -
30 9.81 S - 38 53.20 W
Udalo sie, skrzynia
nie wypluwa oleju, swiat znowu sie do nas usmiecha, na Bahamas zgodnie z
planem poplyniemy przez Kanal Panamski. Teraz trzeba wymyslec chlodnice do
oleju ale z tym poradzimy sobie spokojnie. Wczoraj byl niezwykly wieczor,
jak gdyby Mama Ocean chciala nas poglaskac i wynagrodzic za ostatnie dni
strersu i wewnetrznego rozbicia. Ta wyjatkowosc czulem nawet przez kozuch
nekajacych mnie jeszcze wczoraj obaw i watpliwosci zwiazanych ze awaria, z
rejsem. Ocean wygladzil sie, zaintrygowalo mnie nieustanne ujadanie Wacka,
zwykle obszczekuje ptaki, ale tym razem szczekal inaczej. Spojrzalem w
strone ktora obszczekiwal i zobaczylem wyskakujacego z wody metrowego
tunczyka. Wyskoczyl z wody jak delfin w oceanarium, za chwile skoczyl
znowu, jeszcze wyzej. Inne plywaly niedaleko wynurzajac pletwy grzbietowe
jak gdyby udawaly delwiny. Najpierw wynurzaly dluga, waska jak noz, zolta
pletwa, potem czarna pletwe ogonowa, i tak w kolko. Probowalem zrobic
zdjecie, ale bylem dla nich zbyt wolny... Zwalczylem instynkt mysliwego,
choc czesc mnie domagala sie zeby wyjac kusze, i ustrzelic jakas gdy
przeplywa tuz przy burcie, ale to by bylo barbarzynstwo, jak
zbestrzeszczenie swietego obrazu... Potem niedaleko zaczely wynurzac sie
waskie dlugie pletwy, pomyslalem ze to moze tunczyki maja male "tete a
tete", ale po chwili zobaczylem jakis okragly cien, tuz pod powierzchnia,
plynal powoli w nasza strone. To byl zolw z mala ryba pilotem. Polecialem
po aparat, ale zanim wrocilem, wplywal juz pod Luke i odstrzeliem mu tylko
tylek... Potem mielismy przedstawienie SwiatloCieni. Zachodzace slonce
wyswietlalo niesamowite obrazy, zmieniajac je nieustannie jak teatralna
dekoracja...
Ps:zalaczam male zdjecie...
DZIEN 238
Tue Oct 30 11:34:33 2007 UTC -
30 12.63 S - 38 39.92 W
Wiatru nie ma,
dryfujemy i naprawiamy sie. Podwiez wantowa naprawiona, GPS-2 dziala.
Modle sie teraz nad skrzynia biegow, moj przyjaciel Martin, z Port San
Luis, niech zyje wiecznie, przyslal mi instrukcje jak dostac sie do
cieknacej uszczelki. Odkrecilem wal od skrzyni, potem obracajac wypchnalem
go z 60 cm na zewnatrz. Flansza na skrzyni ma ksztral lejka i wnim
schowana jest poltoracalowa nakretka mocujaca flansze do walu skrzni. Nie
mamy na pokladzie takiego wielkiego klucza nasadowego, wiec uzylem
uniwersalnego rosyjskiego klucza, na ktory sklada sie mlotek i przecinak.
Nakretka byla pawie cala schowana w lejku flanszy, moglem zaciac ja tylko
na malym rogu. Wydawala sie jakas miekka, scialem juz prawie jeden kant, a
ona ani drgnela. Poczulem zachodzaca mnie od tylu rozpacz. Spryskalem ja
odrdzewiaczem i chwile opukiwalem mlotkiem. Pomysalem ze musze jej
porzadnie "przyp........ lic", inaczej nie ruszy i tylko ja dookola
poscinam.. Zrobilem nowe naciecie na drugiej stronie nakretki, stepilem
troche przecinak, skoncentrowalem sie na koncu mlotka, wzialem najwiekszy
zamach na jaki pozwolila mi ciasna dziura w ktorej lezalem i uderzylem,
potem jeszcze raz, za trzecim razem bujnelo, mlotek zeslizgnal sie z
przecinaka i wbilem "se" troche glebiej kciuka w dlon. Sruba drgela,
poczulem ulge, bo to oznaczalo ze walczymy dalej.. . Mozolnie pukajac,
odkrecilem
nakretke i zdjalem flasze, ktora wchodzila na walek zebaty a jej szyjke
uszczelnial zimering. Gdy ja zdjalem zobaczylem sprezynke w ksztalcie
kolka, ktora normalnie zalozona jest na zimeringu i rowno, jak krawat
koszule , dociska uszczelke do walu. Wyjalem ja , wyglada ze jest
nieuszkodzona... Czekam teraz na 7 rano w Californii, zeby skonsultowac z
Martim nastepny krok.
DZIEN 237
Mon Oct 29 09:02:59 2007 UTC -
29 59.00 S - 38 30.12 W
Wiatru prawie nie ma, stoimy w dryfie.
Walka ze "smokami" trwa.
DZIEN 236
Sun Oct 28 08:49:55 2007 UTC -
29 46.77 S - 38 26.79 W
Na dzisiaj wynik jest
2 do 1 by zmienic kurs na polnocny i plynac na Karaiby. Jedynym
dzialajacym, i juz naprawianym urzadzeniem jest autopilot i jeden GPS. Nie
mamy sterowania recznego, drugi raz zerwana podwiez wantowa, nie mamy
slinika. Jesli z jakichs powodow autopilot znowu dostanie czkawki,
znajdziemy sie w bardzo trudnej sytuacji, a wlasnie okazalo sie, ze nie
wszystko jestem w stanie tu naprawic. Wykombinowalbym jakas chlodnice z
wiadra slonej wody do chlodzenia oleju, ale zeby uszczelnic wal trzeba
wymontowacc skrzynie biegow, rozlozyc ja i wymienic zimering na wale.
Oczywiscie nie mam tu zapasowego zimeringu. Byc moze slona woda zniszczyla
rowniez dyski i cala przekladnia jest do wymiany. Luka wymyka sie
spod mojej kontroli...Wypadaloby gdzies stanac sie naprawic ... Zadzwonie
dzis do znajomego w Port San Luis,
ktory remontuje takie skrzynie i poprosze o rade, ale wydaje sie ze znam
odpowiedz, chyba ze wydarzy sie cud... Pobujam sie tu jeszcze dobe, jutro
postanowie co z tym "non-stop" w tytule rejsu...
DZIEN 235
Sat Oct 27 09:41:45 2007 UTC -
29 34.95 S - 38 46.80 W
Czarny piatek. Zastartowalem wieczorem
silnik zeby sie nasmarowal. Podczas inspekcji okazalo sie ze
hydrauliczna skrzynia biegow , az po odpowietrznik wypelniona jest
slona woda. To tragiczna wiadomosc, wymiennik ciepla musial miec jakas
fabryczna wade, caly osprzet silnika, pompy, wymienniki ciepla, pracowaly
dopiero 300godzin. W nocy jakis makabrycznie dziwny szkwal
przycisnal nas prawie do wody, i naprawiona kiedys przeze mnie podwiez
wantowa znowu pekla. GPS nr 2 nie dziala, generatory wiatrowe nie laduja,
ulotnila sie jedna butla gazu. Jakos trudno mi sobie wyobrazic oplyniecie
Przyladka Horn bez mozliwosci robienia unikow, stawania na kotwicy i
poczucia bezpieczenstwa, wynikajacego ze sprawnie dzialajacego, mocnego
silnika, gdyby wpychalo nas na kamienie. Podwiez wantowa moge znowu
naprawic, ale tylko w taki sposob jak poprzednio, nie mamy na pokladzie mocniejszej sruby z
okiem, do ktorego moglbym zamocowac sciagacz. Wyplukalem wczoraj skrzynie biegow, najpierw slodka woda, potem dwa razy olejem. Cisnienie przepelnionej woda skrzyni wywalilo zimering
uszczelniajacy wal i gdy wlaczam slinik i olej prawie ciurkiem wylatuje przy wale.
Wiatru znowu nie ma, otworze dzis flaszke i nabiore dystansu, jutro wszystko jeszcze raz przemysle.
DZIEN 234
Fri Oct 26 14:04:07 2007 UTC -
29 4.18 S - 38 2.81 W
Wczoraj zlapalismy
piekna dorade, miala z 10 kilo. Byla tak kolorowa az trudno mi opisac
intensywnosc niesamowitych odcieni czerwieni z granatem i eksplozje innych
kolorow. Potem zalowalem ze ja zabilem, ale
to typowe dla mnie dzialanie pod wplywem motywacji, chec zabicia
przewyzszyla milosierdzie, bylem silnie zmotywowany zapachem zupy rybnej i
swiezej ryby z patelni. Ta ryba byla jednak taka duza, ze postanowilem
czesc wysuszyc, bede ja potem gotowal z ryzem. Najlepsze kawalki,
oczyszczone z krwistych nalotow, pokroilem na zgrabne paski, moczylem 10
minut w soja sos, potem rozlozylem na kartonie zeby podeschly a dzis
rozwiesilem je na malych haczykach z nierdzewnego drutu, na linie
bezpieczenstwa. A teraz zle wiadomosci, z jakichs powodow oba generatory
wiatrowe nie laduja, kreca sie wolno, jakby byly wylaczone, cos sie w ich
elektronice spapralo, nie dziala rowniez GPS Nr 2, nie widzi anteny. O
generatorach musze sie wiecej dowiedziec, zupelnie nie wiem jaka maja w
srodku elektronike, GPSem zajme sie dzisiaj, na poczatek zmienie antene.
Zyczliwi doniesli, ze Natasza Caban w drodze do Californii zatrzymala sie
w Ensenaddzie i stala w "mojejˇ marinie" . Mam nadzieje ze Ci sie tam
dzielna zeglarko podobalo, i ze czasem myslisz o Slawku. Wyciagnelismy
przy tej kei duzo butelek, i jesli wyraznie nie prosilo sie go by
opowiadal o wyprawie z ktorej wlasnie wracali STARYM, gdzie jako jeden z
trzech kapitanow przeprowadzil pierwszy polski jacht przejsciem Polnocno
Zachodnim, natychmiast zaczynal opowiadac o pewnej pieknej dziewczynie,
ktora wybiera sie w samotny rejs do okola swiata, bardzo sie o nia martwil,
wzdychal do niej ze lzawymi oczami i widac bylo ze serce krwawi mu jak
zaszlachtowanemu prosiakowi. Jestem pewien ze owa pieknosc o ktorej z
takim zarem opowiadal, na imie miala Natasza...Dziekuje droga Nataszo za
ptaszka, nie posadzaj mnie o niewdziecznosci, ale zaden ptaszek nie
przezylby dluzej niz godzine na terytorium tego malego bandyty, poza tym
oficer Wacek zasrywa poklad tak intensywnie ze nie nadazam sprzatac.
Sama teraz rozumiesz, ze dodatkowy zasraniec pogorszylby tylko sytuacje.
Ale chetnie dostalbylm troche tej zupy ogorkowej o ktorej kiedys
wspominalas...
DZIEN 232
i 233
Thu Oct 25 08:13:07 2007 UTC -
27 24.40 S - 36 37.79 W
25
Pazdziernik
Pogoda jak wczoraj, zmienilismy kurs bardziej na poludnie, od dzis
bedziemy posuwac sie w odleglosci oko 300nm od wybrzeza w dol, do
czekajacego na nas Cabo De Hornos.
24
Pazdziernik
Pogoda i kierunek bez zmian, nie wydarzylo sie nic wartego
komentarza
DZIEN 231
Tue Oct 23 10:50:53 2007 UTC -
26 27.96 S - 33 29.14 W
Wczoraj spojrzalem na wlaz w
pokladzie i przypomnialo mi sie, ze ten w drugiej kabinie cieknie.
Kiedys ulozylem na koi tuz pod nim starego foka, tak by krople wody
splywaly na podloge. Do pokladu przykrecona jest i pewnie
przyklejona, solidna rama z tiku, a do niej juz
tylko nierdzewnymi wkretami aluminiowa "futryna" wlazu.
Odkrecilem ja dosc sprawnie, potem szpachelka, pozbylem sie starego,
szczeliwy, nalozylem nowe i przykrecilem rame "nowymi", troche wiekszymi
wkretami. Obok "szczerzyl zeby" taki sam wlaz do glownej
kabiny,
wiec z rozpedu powtorzylem caly zabieg i uszczelnilem takze i ten.
Pozostal jeszcze jeden w tej czesci jachtu, wlaz do kabiny dziobowej, ale
ten przykrecony jest srubami prosto do pokladu i nie mial by mi kto
od srodka przytrzymac nakretek . Zdesperowany moglbym to
zrobic sam, ale zajeloby to polowe dnia, a pozatym ten
koles na razie nie cieknie . Co kilka
lat(w zaleznoscci od stosowango szczeliwa)powinno sie na nowo
uszczelniac wlazy, te dwa jakis czas nie beda ciekly. Jak na
zawolanie dzis od rana pada, czasem leje, wiatr potem zdycha, biedne zagle
szamacza sie na martwej fali, ale za chwile wiatr
wraca i potem znowu pada... Znowu pada,
nie moge dluzej sluchac "jeczacych zagli" rozbiore sie do gaci
i wyjde je zwinac. Wrocilem mokry, ale ubrania nie przemoczylem hehe,
przy Capo De Hornos taka sztuczka sie pewnie nie uda...Wacek dostal areszt
domowy. Maly, zalosnie wygladajacy ptaszek, wielkosci wrobla, z mokrymi
piorkami probowal przysiasc gdzies na pokladzie, ale oczywiscie bandyta
Wacek scigal biedaka po calym pokladzie, jak by od tego zalezalo jego
zycie. Bedzie teraz siedzial na dole, dopoki nasz gosc sie nie wysuszy...
DZIEN 230
Mon Oct 22 11:39:33 2007 UTC -
25 48.21 S - 32 42.85 W
Obudzilo mnie ciche pogwizdywanie
generatora, mamy wiatr. Sloneczko radosnie wysunelo sie zza horyzontu,
wstawilew wode na kawe i bardziej z nawyku, niz koniecznosci sprawdzilem
pozycje. Wczoraj, 6mil na polnoc od nas znieruchomial drobnicowiec, mogl
miec jakies 10 000 ton. Przyjrzalem mu sie dokladnie, wygladalo ze bardzo
potrzebuje nowa farbe, odchodzila wielkimi platami, i dymil niemilosiernie
z komina zanim sie zatrzymal. Zawolalem go kilka razy radiem, ale nie
raczyl odpowiedziec, albo cala zaloga, razem z kapitanem pomagala
mechanikowi wymienic pierscienie na ktoryms tloku. Chyba im sie nie udalo,
albo bylo ich wiecej do wymiany niz na jednym tloku, bo gdy wieczorem
odpalili maszyne, z komina wytrzelila chmura szarego dymu, drobnicowiec
powoli ruszyl, ale smuga dymu jak z parowca, pociagnela sie zanim za
horyzont. Wymyslilem nowa potrawe, rozrabiam make z sama woda na ciasto,
roplaszczam palcami sypiac na nie troche maki, potem klade kawalki
wysmazonego boczku z puszki, nakrywam drugim kawalkiem ciasta, sklejam jak
pieroga i rzucam na patelnie. Wychodzi z tego cos trudne do okreslenia,
ale jadalne, jak ch.....wy chleb z ch....ym boczkiem.
DZIEN 229
Sun Oct 21 16:39:57 2007 UTC -
25 36.90 S - 32 23.38 W
Wiatru wciaz nie ma,
martwa fala tez zdechla. Mama Ocean buja nas lagodnie i glaszcze sennym
pluskiem. Wczoraj dostalem list do kolegi, opisywal swoj rejs u polnocno
wschodnich wybrzezy USA, wspomnial takze o dramatycznym ladowaniu pontonem
na plazy wyspy Fishers. Przywolalo to do mnie wspomnienie innego ladowania
na plazy, w zatoce San Quintin, na zachodnim wybrzezu Meksyku. Odwiedzil
mnie wtedy moj brat, przylecial z Polski. Widze go wciaz, jak rozglada sie
w Tijuanie szukajac mnie, w tlumie, oczekujacych na granicy ludzi,
odganiajac sie jednoczesnie od natretnych mexykanskich taksowkarzy,
probujacych w potoku niezrozumialych dla niego slow, wciagnac go do
taksowki, jego niewinny usmiech i polskie, cedzone przez zeby
"spier...dalaj"- smieje sie z tego do dzis. Albo jego radosc, gdy
naklonilem "Mariachis" w jakims barze w Ensenadzie, zeby dla niego zagrali.
Otoczyli Mirka kolem i rowno jak uderzenie pioruna, weszli trzema trabkami
, dwoma parami skrzypiec, wielka, przypominajaca kontrabas gitara basowa,
gitara i mala gitarka przypominajaca dzwiekiem banjo. Widzialem radosc w
jego oczach i ogien, jaki ten wspaniale grajacy zespol wyksztalconych
muzykow roznieca w jego wrazliwej na muzyke duszy... W rejs wybrala sie
takze moja urocza zona, poplynelismy nazrec sie langust na oddalona okolo
220 mil na poludnie wyspe Guadalupe, zamienialismy sie tam z rybakami leb
w leb, puszke piwa za languste. Potem wrocilismy na kontynent i rzucilismy
kotwice w uroczej San Quintin. Trzeba bylo odnowic zapasy Tekili, mielimy
takze zamiar poleniuchowac. Beata jakby cos przeczula i postanowinla tym
razem z nami nie plynac. Gdy doplywalismy, nie zwrocilem uwagi na
niewinnie wygladajacy przyboj i juz prawie na plazy wystrzelilo nas obu z
pontonu jak z katapulty, a sam ponton zalalo. W drodze powrotnej, gdy
probowalismy przeplynac przyboj, Mirek wskoczyl na ponton za wczesnie i
znowu wylecial jak z trampoliny, tym razem jakims cudem wyrznal glowa w
dno, wybil zeba, rozruszal pare nastepnych i podbil oczy... hehe. Nie
powinienem sie smiac, ale wygladal potem komicznie... Przezyl ta przygode
w dobrej formie, niestety pol roku pozniej nie przezyl rozleglego zawalu...,
ale coz, przynajmniej zanim ruszyl w swoj "ostatni rejs", wyrwalem go na
troche z kanapy, poprobowal swiezych langust, surowych ostryg i przyboju w
San Quintin. Czuje wyraznie, ze jest mu dobrze tam gdzie jest, on rowniez
potrafil marzyc, a kazdy z nas gdy umiera, jego cialo, idzie tam gdzie
wyobraza sobie ze idzie. Biedacy ktorym zaszczepiono poczucie winy i wiare
w te psychopatyczne brednie o smole, diablach i kierowniku belzebubie,
maja nielatwa droge. Bedac z natury istotami grzesznymi, skazuja sie na
zycie w ciaglym strachu i jesli w pore sie ich nie przekona ze Pan Bog juz
sie na nich nie gniewa, znajda sie w wykreowanym przez wlasny strach
piekle , tak jak to sobie wyobrazali, i dopoki sami sie z tej iluzji nie
wyzwola, beda sie "smazyc"... Robin Williams, jeden z lepszych aktorow w
ogole, i z pewnoscia bardzo swiadomy czlowiek, zrobil film pt:
"What Dreams May Come", trudny do przetlumaczenia tytul, choc jego
sens to pytanie - "co moze wyniknac" z naszych wyobrazen i marzen. Film
oprocz rozgrywajacego sie tam dramatu, pokazuje w sposob pastelowy, prawde
o przechodzeniu na druga stroneˇ i zasadniczy wplyw jaki maja wtedy nasze
wyobrazenia o miejscu w ktore sie udajemy... Kazdy bowiem idzie tam, gdzie
wydaje mu sie ze idzie, kazdy zanurza sie w wlasna iluzje. Strach przed
smiercia, to bat skrecony z niewiedzy przez cwaniaczkow z pawiami w
ogrodkach. Strzelaja z niego zrecznie, rzucajac na przemian marchewke i
objecuja cos, czego nie moga ani nikomu dac, ani odebrac, bo poza ilzuja
ktora od wiekow podtrzymuja, maja tylko osrane gacie, dziury w zebach i to
co uda sie, zerujac na ludzkim
strachu wyludzic. Wmawianie pieknym i doskonalym kreacjom Doskonalego Boga,
ktore stworzyl na swoj wlasny obraz i podobienstwo, ze od urodzenia sa
brudni i smierdza i ze tylko chochla wody rozlana reka jakiegos
niedomytego czlowieczka moze ta pomylke Boga naprawic, to zalosna
arogancja.
Jak w zmowie milczenia, nie wspomina sie ze Nowy Testament nie zostal
zeslany na skrzydlach archaniola, tylko zredagowal go zadeklarowany
bezboznik, nigdy nie ochrzczony( ochrzczono jego zwloki, ale podobno nawet
wtedy darl sie ze nie chce), milosnik Ozyrysa, Cesarz Konstantyn.
Razem ze swoja banda, w drugiej polowie IV wieku, zagnal wszystkie barany
do jednej duzej zagrody i ogrodzil ja ludzkim strachem. Oczywiscie
sam nie bedac durniem, nigdy do niej nie wszedl, a na jej strazy postawil
odbita w krzywych zwierciadlach
postac Boga, nadal mu cialo, wlozyl w reke pasterska laske, wykrzywil
groznie twarz, wyznaczyl do pomocy sfore rozszczekanych kundli i
kazal pilnowac swojego stada... Zadrwil z ludzi, stworzyl im boga na
wlasne podobienstwo. Jednak, poprzez te brednie, nieustannie przebija sie
prawdziwe oblicze Boga, ktore jak cudowna nawine, przyniosl nam Jezus.
Obraz bezwarunkowej, nieobwarowanej niczym, nieustannie kierowanej sie do
nas milosci. Milosc to dawanie i wybaczanie, zreszta co mialby nam
wybaczyc nasz Dobry Bog, nie jestesmy w stanie zrobic niczego co mogloby
Go obrazic, no bo w jaki sposob mala jednostka wegla na ziemi, zagubionej
w zakamarku drogi mlecznej, bylaby w stanie oszukac, obrazic Boga, ktory
stworzyl w najdrobniejszych czasteczkach ten bezmiar... Jezus przekazal
nam kiedys mysl Boga, powiedzial - "jestes jak doskonaly dzien, a swiatlo
ktore nosisz w sobie, nigdy nie zgasnie (tlumaczenie zeglarskie). Wiec
czego tu sie bac.
Mysle o Mirku i wiem ze zegluje teraz na swoim wymarzonym,
dwudziestometrowym jachcie, z plaskim pokladem i na blache wybranymi
zaglami. Usmiecha sie do mnie zawadiacko, jakby mowil, zobacz, tak
powinien
wygladac prawdziwy jacht, a nie jak ten twoj z tyloma latwymi do wybicia
oknami, moj wytrzyma kazda pogode, ale zalatwilem dobra pogode tej twojej
szklarni, plyn bez strachu bracie....
DZIEN 228
Sat Oct 20 11:12:15 2007 UTC -
25 29.81 S - 32 33.02 W
Wiatr polecial gdzies,
znowu slychac tylko skrzypienie machoniowej zabudowy jachtu o pracujacy na
martwej fali kadlub. Zaczalem zwijac genule na rolerze, ktorego linke
obkladam zawsze na nawietrznym kabestanie i poczulem ze obraca sie
nienaturalnie ciezko. Przestalem krecic, obawialem sie ze ja urwe, to duzy
kabestan. Poszedlem na dziob, sprobowalem obrocic roler recznie, ale
obracal sie jak zwykle. Wrocilem, przelozylem linke rolera na inny
kabestan, okazalo sie wtedy, ze nasz pokladowy Samson "zamarzl", ruszenie
korby na pierwszym biegu wymagalo nienormalnie duzej sily. Po dwudziestu
minutach dostalem mu sie do brzucha i odkrylem, nie pierwszy juz raz
zreszta, ze to efekt mojego wlasnego "fackupu". Obudowa kabestanu, na dole
ma trzy otwory, dreny ktore powinny odprowadzac morska wode, gdyby sie tam
dostala, ja oczywiscie bezmyslnie uszczelnilem cala podstawe kabestanu.
Uwieziona w obudowie slona woda, stworzyla jakis makabryczny duet ze
smarem i wyszla z tego bialawa, wodnista galareta, wypelniajaca prawie
cala podstawe kabestanu. Wszystkie tryby obracaly sie w wodnistej mazi,
zmienionej miejscami w grudki skrystalizowanej soli. Zastanawialem sie czy
nie zrobic temu potworkowi zdjecia.... Na poczatku urzylem waskiej
szpachelki, potem szerokiego srubokreta, potem wlalem w obudowe wiadro
wody. Nastepnie poszla w ruch mala szczotka i znowu wiadro wody. Wiertarka
przewiercilem zapchane uszczelniaczem dreny, potem z godzine uwalnialem
tryby i wszystkie ruchome czesci z oblepiajacej je szczelnie szarawej mazi
i znowu woda i szczota. Gdy wnerzne kabestanu podeschlo , pokrylem
wszystko swiezym smarem, wlozylem go z powrotem w podstawe, zaczalem nim
krecic, wlewajac jednoczesnie olej do dlugiego trzonu z gniazdem na korbe,
liczac ze to go rozrusza... Po pol godzinie rozbolaly mnie miesnie i dalem
spokoj, teraz kabestan krecil sie lzej niz rano, ale wciaz za ciezko.
Jesli za pare dni olej nie spenetruje "chorego miejsca" , rozloze go znowu
i powtorzymy zabieg ...
DZIEN 227
Fri Oct 19 09:14:01 2007 UTC -
25 42.34 S - 32 17.41 W
O 8 rano z zachodu
nadciagnelo ciemne chmurzysko, spodziewalem sie, ze jak zwykle spod czegos
takiego dmuchnie, ale nagle zrobilo sie cicho, zagle na pozostawionej
przez wiatr fali zaczely targac sie o olinowanie i strzelac jak kapiszony.
Autopilot rozdarl ryja ze nie moze w takich warunkach utrzymac kursu.
Spojrzalem na glowny kompas, pokazywal 40*, zerknalem na drugi, ten
pokazywal 330, cos tu bylo nie tak... Wlaczylem plotter GPS i ten
pokazywal kurs rzeczywisty 240*. Upewnilem sie, ze nie przesunal sie w
okolice zadnego z kompasow jakis metalowy przedmiot. Teraz bylo jasne, oba
kompasy zwariowaly... Po 20min pojawil sie wiatr, ruszylismy z miejsca.
Sprawdzilem ustawienie zagli, gdy wrocilem do sterowki kompasowe
szalenstwo minelo, znowu oba pokazywaly 5* wiecej niz kurs rzeczywisty na
GPS'ie. Pamietam cos podobnego zdarzylo sie juz nam na wschodnim Indyku...Moze
przeplywalismy nad czakra ziemi, a moze zamoczylo w tym zielone paluchy
jakies namagnesowane UFO...
DZIEN 226
Thu Oct 18 12:38:45 2007 UTC -
25 5.34 S - 31 10.00 W
Mamy swiezy wiatr z kierunku
polnocno-zachodniego, idziemy ostrym polwiatrem, pod kawalkiem genuy i
bezanem, moze pozniej postawie grota. Jak to wspaniale nie miec obligacji,
jak to dobrze "nie musiec".
Postawie grota, jeli mi sie zachce, a jesli nie bedzie mi sie chcialo to
go nie postawie. Nie ma nikogo, kto by mi to nawet najmniejszym gestem
sugerowal. Nie ma sugestywnych telefonow i emaili od sponsorow, nie musze
byc mily do pana Machujskiego z Wachocka, bo dolozyl 1000zl na dwie pompy
zezowe... Nie musze sluchac opinii wszechwladnych kretynow probujacych
spychac nas, wolnych jak delifny zeglarzy w sieci kretynskich przepisow i
w lapy tych siwobrodych autorytetow zeglarstwa, ktorzy doswiadczali
morza z wysokosci 10 metrow nieruchomego pokladu i w ksiazkach pisanych
przez podobnych do siebie bufonow. Nie musze takze oszpecac doskonale
bialych burt Luki jarmarcznymi naklejkami. Robie tylko to co chce i co
wydaje sie dobre, a to znaczy, tylko te rzeczy ktore sprawiaja mi
przyjemnosc. Kazdego ranka budze sie oczekujac czegos przyjemnego. W tej
chwili znajdujemy sie chyba blisko miejsca nazywanego wolnoscia... Wielka
szkoda ze Tomek Cichocki wybral droge sponsorowania i wyglada, ze go ten
wykreowany przez niego potworek dopadl...Teraz z perspektywy moich
wlasnych przygotowan, gdybym bardzo chcial oplynac swiat w kierunku
W-E, non stop, mysle ze bedac w USA wystarczyloby na to 30 tys dolarow.
Rejs nie bylby tak wygodny jak na Luce, ale wystarczyloby na stary,
niemniej dobrze zbudowany, plastikowy jacht z pelnym kilem (prawie cala
podroz z wiatrem). Yacht 35 stop (- + $ 18 tysiecy) dwa sztagi na
blizniacze foki ( $100 za jeden fok, zapasowy grot - $150) dwa uzywane
autopiloty ($150 za jeden), dwa zlozone z czesci generatory wiatrowe ($40
za jeden), jedna 75W bateria sloneczna ($350), reczny GPS( $50),
chartploter z zewnetrzna antena GPS ($250), maly generator na benzyne
Honda 1KW ($250), reczna odsalarka morskiej wody ($150), radio
krotkofalarskie ze skrzynka antenowa i drobiazgami, ($300), radio VHF z
antena ($100), liny($300), Lexan 3/8 incza do wymiany wszystkich okien i
wlazow ($300),uszczelniacze 420 i 520 ($100) oplata za miejsce
wyciagnietego jachtu podczas przygotowan($2000), zycie na jachcie podczas
przygotowan ($1000), stalowka
nierdzewna do wymiany wszystkich want ($500), nauka szplajsowania stalowek
( 12 butelek piwa), kompas ($50), 2 pompy zezowe, jedna z alarmem( $200),
akumulatory - 1 startowy do silnika ($60), cztery 6V uzywane do wozkow
golfowych, na jachcie jako baterie "domowe" ($320), nierdzewne srubki,
nakretki, wkrety ($150), pozyczony odemnie telefon satelitarny Iridium z
komputerem do komunikacji, sciagania pogody i programem nawigacyjnym z
wszystkimi portami swiata ($0). Zostaja pieniadze na inne drobiazgi i
rzeczy nieprzewidziane. Podane przeze mnie ceny dotycza glownie sprzetu
uzywanego z ebay (aukcja internetowa w US), zlomowiska jachtowego na
Florydzie, sklepow "outlet" sieci Westmarine, ktore sprzedaja w kilku
rozrzuconych po US sklepach, towary tzw. "otwarta paczka" zwrocone przez "rozmyslonych"
klientow i z tego powodu rzeczy te nie moga juz byc sprzedane jako nowe i
sprzedawane po znacznie obnizonej cenie...Zakladamy rowniez, ze kapitan
jachtu instaluje wszystko wlasnorecznie. Jest mozliwe (nie biorac pod
uwage ludzi ponad przecietnych) ze 30 tys dolarow, DUZO pracujacych,
zdeterminowanych marzeniami, BARDZO oszczednych Polakow, bez, lub ze
slabym angielskim, moze odlozyc w US w ciagu 3 lat. Podalem te cyfry, aby
zwrocic uwage, ze "chodzienie po prosbie" to nie jedyna droga spelnienia
marzen i co najwazniejsze, na tej wlasnie drodze mamy szanse nie tylko
spelnic marzenia, ale takze odnalezc samego siebie. "Wyprawa na
poszukiwanie zlota, to sztuczka Pana Boga by wyprawic nas w droge..."
DZIEN
225
Wed Oct 17 11:33:33 2007 UTC -
24 24.06 S - 29 57.24 W
Nad ranem powilo, ale
nadal plazowo. Wczorajszy dzien minal produktywnie, wydatnie
zmniejszylismy luz na trzpieniu mocujacym silownik z trzonem steru,
generator znowu pracuje, chociaz nie moge z czystym sumieniem powiedziec
ze go naprawilem, wymienilem w nim olej, swieza oliwe dostal takze nasz
herkules, silnik glowny... Lubie silniki , lubie sie im przygladac, lubie
sluchac gdy pracuja, musialem to dostac w genach od
mojego starego Antosia, ktory poza szalonymi pomyslami typu budowa
motorowki w dwupokojowym mieszkaniu,z powodu ktorej trzeba bylo potem
wyjmowac ramy okienne zeby to wyglaskane zimowymi
wieczorami cacko jakos wydostac (wychodzil z slusznego zalozenia, ze
miejsce budowy jachtu musi byc blisko domu, zeby nie tracic czasu na
dojazdy, hehe, dziwne w jaki sposob przekonal do tego pomyslu moja mame...)
Wiec poza kilkoma dziwactwami kochal silniki. Kiedys dla czystej
przyjemnosci zrobil w naszym garazu kapitalny remont silnika samochodu
swojego znajomego.To bylo dla niego hobby, potem wsluchiwal sie w miarowe,
rowniutkie postukiwanie i szum obracajacych sie lozysk, obdarowanego nowym
zyciem silnika. Swojego Wartburga piescil jak kochanke, nam dzieciom, poza
rodzinnymi wyjazdami, nie wolno sie bylo do tej czarnej pieknosci zblizac,
chociaz zdarzalo sie ze mama z kolezanka podkradala staremu samochod i
jechaly na zakupy poszpanowac ... Generalnie silniki tak jak wszystkie
Boze stworzenia nalezy kochac, i troszczyc sie o nie,glaskac i chwalic,
wtedy jesli juz bedzie musialo sie cos zepsuc, zepsuje sie zanim jeszcze
oddamy cumy,albo na stacji
bezynowej... Nasz maly deaselek poruszajacy agregat, musial byc w
przeszlosci bardzo zle traktowany, ale powoli zmienia nastawienie i
niedlugo przestanie stroic fochy. Martwie sie o Natasze, swoj silnik
nazywa obrazliwie "malym slabym Jarmarkiem"... .Takie nastawienie moze
doprowadzic do zapychajacych sie nieustannie filtrow, wyjacego
przedwczesniej lozyska pompy wodnej, peknietych wezy i luzujacych sie
nieustannie paskow klinowych. Ale coz, kobiety sa na ogol niedorozwiniente
technicznie, trudno im dostrzec piekno szumiacych paskow klinowych i
uslyszec muzyke rowniutko tykajacych zaworow...
DZIEN
224
Tue Oct 16 09:54:33 2007 UTC -
24 20.65 S - 29 53.64 W
Cisza kompletna. Od
wczoraj walcze z generatorem, w sytemie paliwa znowu pojawilo sie
powietrze, jak taki maly sk......nek robak, przesladuje nas to od poczatku
rejsu. Co jakis czas bez widocznego (dla mnie ) powodu , generator zwalnia
i staje. Wlaczam wtedy zainstalowana na taka okazje mala pompe w systemie
paliwowym, i odpowietrzam filter paliwa, potem pompe wtryskowa i nasz maly
przyjaciel po krotkim kaszlu rusza. Niestety po kilku minutach znowu staje.
Kombinowalem juz przeroznych opcji i wiele razy szukalem zdradzieckiego
miejsca w systemie paliwa. Ominalem prawie wszystkie zawory i polaczenia
bypasem i nic sie nie zmienilo. Pozostala pompa w silniku, ktora podaje
paliwo do pompy wtryskowej i laczace ja przewody. To wezme pod lupe dzsiaj...
Czytalem kilka ostatnich relacji z rejsu Nataszy Cuban, ciesze sie ze
wszystko u niej OK. Obaj z Wackiem zyczymy jej zawsze wody pod kilem i
samych umiarkowanie slinych polowek.
DZIEN 223
Mon Oct 15 07:57:31 2007 UTC -
24 19.20 S - 29 53.55 W
Cisza na morzu, kolysze nami martwa
fala ze wschodu. Z tej okazji zabiore sie dzis znowu za trzon steru i moze
uda mi sie zmniejszyc jeszcze bardziej luz, na trzpieniu mocujacym
silownik.
DZIEN 222
Sun Oct 14 09:43:25 2007 UTC - 24 7.96 S - 29 32.36 W
Wiatr nabiera ostatnio
zlych nawykow wykrecania na poludnie o 3 nad ranem, po godzinie wraca na
wschodni. Poza tym ladna pogoda, ale ryb tu nie ma, a z tymi syrenami to
tez byl bajer...
DZIEN 221
Sat Oct 13 10:16:07 2007 UTC - 23 47.40 S - 28 26.07 W
Wiatr i kierunek bez
zmian. Wczoraj bylo dniem rozpusty. Zaczelo sie od niepowodzenia w kuchni,
mamy na pokladzie cale mnostwo konserw z parowkami, ale sa niezbyt smaczne,
smakuja, a raczej sa pozbawione smaku, jakby ktos gotowal je tydzien i co
dwie godziny zmienial przy tym wode. Wymyslilem wiec, ze usmaze cienkie
nalesniki, zwine w kazdy dwie parowki, dodam kilka paskow boczku z puszki,
i troche ostrej papryki, a
potem to wszystko podsmaze i bede mial nalesniki z parowkami ... Niestety
mimo dodania tony jajek w proszku, nalesniki sie rozlatywaly,wiec
wyladowaly za burta, a bezsmakowe parowki z boczkiem i papryka w garnku,
udaja teraz gulasz. Rozczarowany niepowodzeniem i spocony staniem w
goracej kuchni, siadlem w sterowce i otworzylem piwo. Pomyslalem o cygarze,
ktore dostalem kiedys w Port San Luis od kolegi, ktoremu wlasnie urodzila
sie coreczka, to taki zwyczaj w US ze ojciec po urodzinach dziecka lata po
znajomych i wpycha im cygara. To bylo olbrzymie, wrecz karykaturalnie duze,
walalo sie w szafce, wciaz z szczelnym celofanie. Cos mnie tknelo, moze to
ta porazka z nalesnikami, poszedlem po nie. Usiadlem w sterowce,
przekroilem je na pol i zajaralem. Z wielkim trudem rzucilem palenie dobre
5 lat temu, i teraz, gdy po raz pierwszy od tamtego czasu, zaciagnalem sie
dymem, poczulem wielka przyjemnosc, po drugim zaciagnieciu przepitym
lykiem piwa, zabujalo mna przyjemnie ...Czulem jakbym spotkal sie ze stara
kochanka, i chociaz wiem, ze ten zwiazek jest dla mnie wyniszczajacy, i ze
nie ma miedzy nami przyszlosci, teraz, ten jeden raz pozwolilem sie jej
znowu namietnie obiac. Zapalilem druga polowe cygara i otworzylem kolejne
piwo, wspaniale sie nam razem sluchalo ksiazki o pierwszych bialych
kolonistach Afryki. Potem otworzylem butelke Whisky i percepcja jeszcze
bardziej sie nam
wyostrzyla, teraz bohaterowie opowiesci, wydawali sie nieustraszeni i
doskonali, a walczacy o prawo do zycia tubylcy, zupelnie czarni....
Wyrzucilem za burte parzacy palce niedopalek, dopilem szkalnke whisky,
zrobilo sie ciemno, impreza sie skonczyla. Czas na wlaczenie generatora
...
DZIEN 220
Fri Oct 12 11:47:31 2007 UTC - 23 39.83 S - 27 22.99 W
W nocy wiatr oslabl i
wykrecil zupelnie na poludnie, genua zadygotala, dajac do zrozumienia ze
tego nie lubi. Zmienilem kurs o 30* by uniknac manewrowania po nocy bomem
spinakiera, ale wygladalo ze wiatr dalej skreca. Byla 3 rano, zwinalem
wiec genule i reszte nocy zeglowalismy pod samym fokiem marszowym .
Wydaje sie ze znalazlem zgrabnie sformulowana przyczyne, ktora sprawia ze
wiekszosc ludzi odczuwa w zyciu niedosyt rzeczy ktorych pragnie i tesknote
do tych, jakimi chcieliby sie stac. Przyczyna tkwi w nieprawidlowej
hierarchii rzeczy, narzucanej nam przez otoczenie. Miec - Robic – Byc...,
musze miec wiecej pieniedzy, zeby kupic pelnomorski jacht i wtedy bede
szczesliwy... Wiekszosc ludzi sadzi ze dopiero gdy beda miec wiecej czasu,
pieniedzy, itd..., to dopiero wtedy beda mogli robic to czego pragna i byc
szczesliwi. W rzeczywistosci, wszystko zalezy od tego w jaki sposob o
sobie myslimy i wszystko potem z tego wynika. To nasze mysli sa zalazkiem
naszych dzialan, a te bezposrednio wplywaja na dzialanie otaczajacego nas
swiata... Przyczyna i skutek. To mysl pojawia sie jako pierwsza i z niej
jak z ziarna wyrastaja rzeczy i nasz wlasny swiat. Proba rozpoczecia tego
aktu od „miec”, to jak planowanie, „ze gdy wkoncu uda mi sie juz
nalapac tych ryb, to potem bede mogl robic to co kocham, siedzial nad woda
i z wedka w jednej dloni i zimnym piwem w drugiej, i wtedy bede szczesliwy”.
Nalezy ustawic te slowa w odwrotnej kolejnosci, Byc-Robic-Miec. W dostepny
kazdemu sposob - modlitwa, samosugestia, wiara w siebie... nalezy najpierw
zapanowac nad wszechogarniajacym lekiem, ktory ogranicza i zamyka, jak
przykuta do nogi olowiana kula, i pozwolic poniesc sie wysoko marzeniom, i
zobaczyc siebie jako szczesliwego, madergo, milosiernego, bogatego itd..
uwierzyc w ten nowy obraz samego siebie, bo jesli ktokolwiek moze byc taki,
bo jesli bycie kims takim jest mozliwe, to ja taki wlasnie bede! I wtedy
pod wplywem tego obazu zaczniemy zachowywac sie jak szczesliwy, madry,
mlosierny, bogaty... i decyzje jakie w oparciu o to poczucie podejmiemy
spowoduja, ze dotrzemy do rzeczy, ktore zawsze chcielismy miec...
DZIEN
219
Thu Oct 11 08:07:33 2007 UTC - 23 33.50 S - 26 3.09 W
Wiatr i kierunek ten sam, nie
wydarzylo sie nic wartego opisania.
|
|
DZIEN
218
Wed Oct 10 11:57:35 2007 UTC - 23 26.48 S - 24 39.80 W
Dzien jak wczoraj. Plyniemy sobie
spokojnie, sloneczko swieci, rybki lataja, patszki na rybki poluja a nas
rybki ignoruja. Zupa z ryby mi sie sni...
Ps; Wybaczcie ta "kaleczna" zdrade na stronie, haslo juz zmienione,
chociaz ...moje blogoslawienstwo...
Ja takze uwazam ze kazdy powinien znac
swoje miejsce. Jesli nie mam nog nie bede tego calemu swiatu obwieszczal,
i kazal tym z nogami chodzic wolniej... etc.
DZIEN 217
Tue Oct 09 10:22:05 2007 UTC - 23 12.32 S - 23 4.78 W
Pogoda bez zmian, na
moj gust moglibysmy plynac nawet wolniej, jetesmy nadal miesiac za
wczesnie. Przeczytalem ostatnio kilka relacji z przechodzenia wokol
Przylondka Horn i chyba zrobilem to niepotrzebnie, bo straszne w nich byly
dramaty i zaczynam miec pietra. Teraz bede musial sie go jakos pozbyc,
poki jeszcze maly... Od kliku dni sprawdzam pogode na Hornie, "duje" rowno
8-9 B prosto z zachodu i fala pewnie spietrzona na szelfie. Miejmy
nadzieje ze za 6 tygodni Mama Ocean wygladzi morze, uciszy wiatr i pozwoli
nam ucieszyc sie widokiem Przyladka Horn. Amen.
Wiatr zakreca i lagodnieje mniej wiecej od 55*S w gore, ale od Przyladka
Horn po skosie do 55*S i przynajmniej 75*W jest dobre 400mil, aby je
przebyc potrzebne nam beda 4 dni przyjaznej pogody. Od kilku dni ukladam
plan przesligniecia sie wokol Hornu, i w tej chwili stanelo na tym, ze gdy
miniemy Wspe Stanow i pogoda bedzie do bani (oby NIE) to mimo zepsutej
windy, przyczaimy sie na kotwicy przy wyspie Picton, albo Lennox, i
ruszymy do odalonego -+ 60nm Przyladka, gdy otworzy sie okno dobrej pogody.
Kotwica to plan "B" jesli nie trafimy na dobra pogode z marszu. Plac "C"
,to ciesnina Magellana, ale zupelnie nie wiem czy oznaczaloby to, ze
musielibysmy sie odprawiac u wladz Chile i czy zeglujac samotnie
dostalibysmy na to przejscie pozwolenie, no i te prawie 400 mil samotnego
zeglowania w waskich kanalach nie wyglada atrakcyjnie. Musze jednak dbac o
rownowage psychiczna i wytworzyc inne opcje, inaczej mialbym trudnosci z
pokonaniem wlasnego strachu. Wykreowanie planow zastepczych "B" i "C"...a
jednoczesnie koncentrowanie wszelkich dostepnych srodkow na tym by plan
"A" wyszedl, to najlepszy znany mi sposob walki, z ta zachodzaca od tylu
szkarada, szepczaca nam do ucha "nie, zostaw to, nie uda sie, nie dasz
rady". Gdy jednak zdarzy sie,(dzieki Bogu nie za czesto) ze nie jestem w
stanie wykombinowac zapasowych rozwiazan, a ta paskuda zaczyna szarpac mi
koszule i szeptac swoje brednie, zaczynam myslec o niej jako o czyms dla
mnie obcym, czyms z zewnatrz i mowie jej po prostu "spi...alaj", zwykle na
jakis czas pomaga, potem trzeba to "zaklecie" powtarzac.
DZIEN 216
Mon Oct 08 08:48:01 2007 UTC - 22 45.37 S - 21 21.22 W
Wiatr i pogoda super, tylko ladnych zapachow tu brak. Ciekawe jak
radzi sobie
Natasza Caban, gdzie jest teraz, mam nadzieje ze zmieni
zamiar plyniecia przez Suez, nawet wielkie statki maja polecenia od
armatorow plynac min. 200nm od brzegu Aryki, zanim wejda w ciesniny.
Jesli Natasza wejdzie do jakiegos srodkowo, lub polnocno
afrykanskiego portu, i ludzie sledzacy ruch w porcie doniosa potem
piratom ze wlasnie z niego wyszla, kazda, nawet mala motorowka z
dwoma bandytami bedzie w stanie ja napasc... To straszne, kilka lat
temu zginal w taki sposob nasz rodak, samotny zeglarz. Slad po nim
zaginal w tamtym rejonie, a po kilku miesiacach ktos probowal
sprzedac jego jacht, ogolocony ze wszystkiego co mozna bylo odkrecic.
Oplyniencie Afryki poludniowej, jesli mozna dobijac do portow i
poczekac na dobra pogode, zwlaszcza latem, nie jest bardzo trudne, a
potem 5* na polnoc od Przyladka zaczyna sie korzystny poludniowo
wschodni wiatr. Pamietam rozmowe ze Slawkiem w Ensenadzie do
ktorej on i koledzy zawineli STARY’m w drodze do domu, po zrobieniu
Przejscia Polnocno –Zachodniego, bardzo martwil sie o Natasze, bal
sie o nia z powodu piratow....Miejmy nadzieje ze Natasza zmieni
trase, a jesli tego nie zrobi, to niech Mama Ocean sprawi, zeby
stala sie dla nich niewidzialna.
DZIEN 215
Sun Oct 07 08:27:57 2007 UTC - 22 20.09 S - 19 49.68 W
Nad ranem wiatr wykrecil i genua rotrzasla dygotaniem caly jacht. To
jedna z tych nieprzyjemnych pobudek na morzu. Nie mam pojecia o
kardiologii, ale takie dramatyczne przebudzenie nie moze byc dobre
dla serca gdy z powolnego sennego rytmu momentalnie wpada na
najwyzsze obroty i wali jak mlot kowalski.
W Ilawie pewnie juz jesien, ech poszedlbym na grzyby, na prawdziwki
do okrytego poranna mgla i niepokojem, bukowego lasu, albo do
sosnowej przycinki na podgrzybki. Ten wspanialy zapach wilgotnego,
przesiakniego zywica lasu, mozna poczuc tylko w Polsce. Te inne lasy
pachna dziwcznie, albo rozgrzane sloncem, nie pachna wcale...
DZIEN 214
Sat Oct 06 09:50:55 2007 UTC - 22 12.84 S - 18 23.69 W
W nocy przycichlo, ale nadal poruszamy sie w dobra stone. Mamy dwa
miesiace by znalezc sie przy Hornie, pewnie i tak bedziemy za wczesniej,
wiec slabnacy wiatr nie budzi emocji. Ta zupa z glowy tunczyka byla pyszna,
pokazal mi ja pewnien "Rosjanin z Alaski". Do zupy wrzuca sie oczyszczona
glowe ryby i kregoslop z resztkami miesa po wycieciu filetow. Na glowie
jest zwykle dosc duzo tluszczu, wiec rosol ma plywajace oczka rybiego
zlota. To wlasnie w tych oczkach znajduje sie dobroczynny dla systemu
odpornosciowego i calego organizmu skladnik Omega-3. Doskonale byloby
wrzucic do tego swiezych warzyw, ale z braku laku suszone warzywa tez
zalatwiaja sprawe... Wywar z kawalkami rozgotowanej ryby smakuje doskonale,
oczywiscie tylko tym, ktorzy lubia ryby w ogole... W Meksyku podaja taka
zupe do zawinietych w cienkich plackach ryb, albo kawalkow ostro
przyprawionej wieprzowiny. Nasze szanse na swieza rybe wzrosna kiedy
zaczniemy szybciej plynac. Mimo ze to srodek Atlatyku cos sie tu jednak
dzieje, Wacek prawie nieustannie obszczekuje wieloryby nurkujace jak
torpedy ptaki. Moze jutro cos sie wydarzy.
DZIEN 213
Fri Oct 05 08:23:17 2007 UTC - 22 7.61 S - 16 58.32 W
Pogoda jak wczoraj. Jakis "skurwialek" rekin albo duza barakuda
obgryzla w nocy nasza bialoczerwona rybke. Dyndajacy za kretlikiem kawalek
zwinietego podwojnie drutu, byl przeciety jakby nozycami do metalu.
Podskoczylo mi troche cisnienie, to byla atrakcyjna, mala rybka, ale coz,
po chwili zabralem sie za puszke po sardynkach, i wycialem z niej duzy
blysk, zamocowalem kotwice i blyska teraz za rufa odbijajac slonce. Moze
trafi na jakas glupawa rybe ...
DZIEN 212
Thu Oct 04 08:14:21 2007 UTC - 22 0.89 S - 15 15.02 W
Wczoraj mocniej niz zwykle poczulem apetyt na swieza rybe, a poniewaz
kilka dni temu pokazaly sie ryby latajace, w okolicy powinny byc takze
inne. Dlugo grzebalem w skrzynce z przynetami, po wahaniu wybralem mocno
juz zuzyta przynete w ksztalcie ryby, z dwoma zardzewialymi kotwicami.
Zabralem ja do maszynowni, usunalem rdze i odswiezylem niewidoczne juz
prawie kolory, czerwonym i bialym spray'em. Przyszlo mi do glowy ze ryby
poczuja zapach swiezej farby, wygrzebalem z kosza wczorajsza puszke po
szprotkach i posmarowalem cala przynete olejem i reszta szprotek.
Wyrzucilem przynete za rufe, tym razem nie wypuscilem jej daleko, w
praktyce okazalo sie, ze ryby rownie dobrze biora blisko rufy i mniej
potem zwijania.
Przygladalem sie chwile przynecie, poruszala sie zachecajaco, jak krecaca
tylkiem "kurewka".
Poszedlem na dziob rozprawic sie z obciagaczem bomu foka marszowego.
Kiedy wrocilem na rufe, linka z przyneta byla naprezona. Podniecony,
zaczalem ja wybierac, po chwili na jej koncu trzepotal sie apetyczny,
kolorowy tunczyk. Nie byl zbyt duzy, taki w sam raz. Pokroilem rybke na
filety, z glowy po jej oczyszceniu i kregoslupa ugotowalem zupe, smakowala
cudnie. Reszte jak zwykle po usmazeniu (tunczyk po usmazeniu ma
suche mieso) utopilem w sosie z groszku i marchewki. Zostalo jeszcze
troche na dzisiaj, Wackowi ryba takze smakowala, zjemy ja dzis do konca, a
potem Wacek jak na dobrego zaloganta przystalo zajmie sie naczyniami.
DZIEN 211
Wed Oct 03 09:16:17 2007 UTC - 22 0.03 S - 13 38.60 W
Wiatr troche wykrecil, bede musial zmienic konfiguracje zagli, poza
tym mamy slonce i super pogode. Pokazaly sie znowu ryby latajace, te
na Atlantyku sa zdaje sie wieksze. Zauwazylem ze rozmnazaja sie
chyba w okolicy rownika, bo w jego okolicy pelno bylo lawic,
malenkich jak naparstek, startujacych spod wody samolocikow, dalej
od rownika juz sie nie pokazywaly, za to co jakis czas startuje tu
spod wody pojedyncza wieksza ryba i szybuje nisko nad woda, jak
wystrzelony z lodzi podwodnej maly samonaprowadzajacy pocisk
rakietowy do zwalczania malych niewidzialnych okretow wroga....
(to jeszcze nie schizofremia). Wczoraj przykrecilem dwa waskie
kawalki aluminiowego plaskownika, by zlikwidowac wyciecie w
likszparze masztu, przez ktory wysuwaja sie pelzacze bezana i w ten
sposob zwiniety
zagiel zsunal sie z pol metra nizej, co ulatwi mi pozniej refowanie.
Wczesniej,tuz powyzej wyciecia w likszparze zalozony byl stoper.
Zastanawiam sie w jaki sposob poprzedni wlasciciel, zupelny kurdupel,
refowal zagle bezana i grota, ktorych rogi falowe po spuszczeniu
zagli zatrzymywaly sie na wysokosci ponad trzech metrow od pokladu.
Przy swoich 2 metrach za kazdym razem gdy zrzucalem zagle, zmuszany
bylem stawac na czubkach palcow jak baletnica, a i tak z trudem
dosiegalem rogu falowego zagla, by go zabezpieczyc. Moze gosciu w
ogole nie mial nawyku refowania. Kiedy dokonalismy juz tej wymiany -
ja dalem mu zapisana malymi cyframi kartke, a on za ten swistek
paieru dal mi ten wspanialy, oceaniczny jacht... , nie bylo na nim
"lazy jacks" ani zadnych innych linek do refowania... Widocznie
zeglowal silnikiem...
DZIEN 210
Tue Oct 02 09:20:33 2007 UTC - 21 58.39 S - 12 9.20 W
Wiatr jest dzis troche niezdecydowany, podwiewa z roznych stron,
pewnie uklada sie z kumplami z ktorej manki przywiac. Slonce wstalo
usmiechniete jak obudzona komplementem i kawa do lozka kobieta,
teraz ogrzewa radosnie zesztywnialy noca swiat. Mozna przezyc cale
zycie i nigdy nie poczuc takiego porannego ciepla szczesliwej
kobiety, zwlaszcza ze bez kawy do lozka i czegos milego wstaja
zwykle zachmurzone... Przez wiekszosc zycia czulem fascynacje
kobietami, pierwsza byla oczywiscie moja matka, ale nie rozumialem
wtedy jeszcze kobiecej natury, i do tego nie bylem tzw. grzecznym
chlopcem, wiec czesto moja pierwsza kobieta lala mnie trzepaczka,
nie znalem jeszcze tych wszystkich sztuczek...
Jestem prawie pewien ze gdybym ktoregos ranka obudzil moja mame
mowic ze ladnie dzis wyglada i podal jej do lozka swiezo zaparzona
kawe, trzepaczka od tej chwili trzepalaby juz tylko dywany i
starszego brata. Gdybym dzis sprobowal obudzic Beate bez kawy i
ladnego slowa, dzien zaczalby sie gwarantowana burza, i jesli potem
nie znalazlbym w ciagu dnia przynajmniej pol godziny zeby jej
wysluchac, "sloneczka" tego dnia by nie bylo...
No coz, to nielatwa do zdobycia wiedza, i wielu nawet dojrzalych
mezczyzn z powodu wrodzonej ignorancji nigdy jej nie odkryje.
Poznalem potem inne kobiety, przyznam ze wiekszosc powierzchownie,
chociaz pamiec o kilku z nich wryla sie we mnie gleboko. Jestem
takze po czesci autorem dwoch wspanialych mlodych kobiet, Alicji i
Kasi. Alicja, sliczna, filigranowa kobietka z doskonale ulozonymi
priorytetami, i Kasia, urocza, wrazliwa podrozniczka. Zamiast
rozpoczac teraz studia i nadac swojemu zyciu jakis kierunek,
poszukuje dla siebie wlasnego ...
Nie zwazajac na niezadowolenie rodziny, postanowila doswiadczyc w
tym roku losu robotnicy w deszczowym Londynie. Mam szczera nadzieje
ze zmoknie i szybko sie tymi doswiadczeniami znudzi, wezmie przyklad
ze starszej siostry i zacznie poznawac swiat jak Bog przykazal,
najpierw w teorii, bo przeciez "najpierw bylo slowo..."
DZIEN 209
Mon Oct 01 08:04:03 2007 UTC - 21 56.27 S -
10 23.46 W
Zycie jest piekne, pogoda super, dzis slonce wystawilo cala swoja
usmiechnieta morde, pcha nas umiarkowany, cieply wiatr. Zmienilismy
kurs, przed nami 1500 mil zeglowania na zachod, potem w odleglosci
-+ 300 od wybrzezy Brazylii zmienimy kurs na poludniowy. W nocy
zastanawailem sie, czy by nie dobic do Brazylii i wziasc sobie na
droge jakas czekoladowa cycatke, z jedrnym tyleczkiem, ale pomysl
padl kiedy pomyslalem o mojej super terytorialnej Beatce, bez
watpienia wydrapalaby mi oczy. Ech, plyniemy dalej.
|