|
DZIEN 178
Fri, 31 Aug 2007
Wleczemy sie jak mucha w smole, czuje sie
zajechany jak kon szmaciarza. Obiecalem sobie ze po powrocie zrobie
na ramieniu tatulaz "Nigdy wiecej nie bede oplywal zadnego przyladka
ze wschodu na zachod" To wbrew naturze, tylko osiol jak ja mogl
wpasc na taki pomysl..
DZIEN 177
Thur, 30 Aug 2007
Znowu wiatr w oczy i ch ..... w ............e.
Zaczynam watpic czy plyniecie dookola swiata pod wiatr jest dobrym
pomyslem. Dzis w nocy spalem 20 min.
DZIEN 176
Wed, 29 Aug 2007
Cala noc mielismy slaby, wschodni wiatr, co
stanowi mila odmiane po tym ktory wial wczoraj. Plyniemy leniwie w
strone Cape Good Hope, powinnismy minac go jutro w nocy, lub
pojutrze. Mam nadzieje ze dla nas bedzie Przyladkiem Dobrej Nadziei,
i nie okaze sie Przyladkiem Burz. Spie ostatnio po 2 godz na dobe i
to w pietnastominutowych kawalkach, nie mam ochoty ani energii by
zajac sie naprawami. Musze przewertowac instrukcje obslugi programu
nawigacyjnego, zeby znalezc odpowiedz jak podlaczyc zapasowa antrene
GPS, ale intrukcja jest w technicznym angielskim, musze byc do tego
wyspany .
Ps.Nie mam energii odpisywac na @, zrobie to, jak tylko miniemy Good
Hope.
DZIEN 175
Tue, 28 Aug 2007
Okolo 3 rano wiatr siadl na tyle, ze zaczalem
wybierac kotwice. Kosztowalo mnie to pol godziny ciezkiej pracy.
Czuje sie zmeczony i niewyspany, czekam tylko by oddalic sie od
brzegu, a wtedy zdrzemne sie w sterowce .
DZIEN 174
Mon, 27 Aug 2007
Stoimy na kotwicy, oslonieci cyplem, wiatr wyje w
wantach , ale wygiety jak olbrzymi hak cepel chroni nas przez fala.
W nocy ciagnelismy kotwice, probowalem ja wciagnac, podjechac blizej
do brzegu, ale silnik windy kotwicznej "zemdlal" . Poczulem
dolatujacy od niego zapach smazonej izolacji, to znaczy ze silnik
umarl i nie mamy juz windy kotwicznej. Po chwili kotwica zaczepila o
cos solidnego i przestalo nas spychac. Jutro ten sztorm powinien
oslabnac na tyle bysmy mogli ruszyc dalej. Wczoraj, przy wchodzeniu
w zatoke wlaczylem silnik, wialo juz ze 30 wezlow, silnik pracowal
na wysokich obrotach i w pewnym momencie zauwazylem, ze prawie w
ogole sie nie poruszamy. Skoczylem do maszynowi, ktora blyszczala od
rozpryskanego oleju i zobaczylem strumien rozpylonego oleju
wylatujacego z przewodu podlaczonego do hamulca walu, uzywanego, gdy
zeglujemy. Bylismy jakies 4 mile od brzegu, wlaczylem silnik,
rozebralem sie do gaci, w maszynowni panowal upal. Odcialem i tak
juz przetarty waz, wykrecilem z obudowy skrzyni biegow koncowke do
ktorej byl przykrecony, przyjrzalem sie jej i goraczkowo zaczalem
szukac, modlac sie przy tym gorliwie, korka z takim samym gwintem
zeby zatkac otwor pozostaly po koncowce weza. Po nerwoym kwadransie
znalazlem korek ale byl za maly, szczesliwie znalazlem takze mowke w
rozmiarze starej koncowki, do ktorej pasowal korek. Po nastepnych 10
minutach wlewalem nowy olej do skrzyni, modlac sie jeszcze gorliwiej
by ten chwilowy brak oleju nie zamordowal skrzyni biegow. Wlalem
olej, wlaczylem silnik i wlaczylem dzwignie na "do przodu".
Zlecialem szybko do maszynowni, wal sie obracal, ufff, co za ulga,
dalem wiecej obrotow, wszystko znowu bylo ok....
DZIEN 173
from mail.gmn-usa.com. Sun, 26 Aug 2007
10:32:58 +0000 (UTC)
Udalo mi sie sciagnac
fal grota, gdybym musial dokladnie opisac jak to zrobilem, wyszedlby
z tego belkot. Generalnie, uformowalem z cienkiej stalowki petle,
zamocowalem ja do topenanty grota, do konca stalowki
przywiazalem mocna, cienka linke, i wciagnalem to wszystko na top (czubek)
masztu, gdzie wesolo bujal sie koniec falu grota z otwartym
karabinczykiem. Cudem, rozbujany na fali karabinczyk wsunal sie w
petle, a ja, jak wpatrzony w przynete rybak, poderwalem cienka
linke i zacisnalem petle. Potem delikatnie sciagnalem wszystko na
dol. Oczywiscie natychmiast odcialem karabinczyk, zalozylem na
koniec falu kausze, obszylem ja i zawiazalem wezlem ratowniczym, a
potem przykrecilem fal do grota solidna szekla. Niewyspany i
zmeczony sztormowaniem, czulem sie jakbym pchal zepsuty
samochod srodkiem zatloczonej autostrady. Ruch w tym miesjcu jest
olbrzymi. W kazdej chwili widze dwa, trzy lub czasem wiecej statkow,
ukaefka (VHF) gada prawie nieustannie, chlopcy nawoluja sie z ktorej
strony beda sie mijac. Ja nie jestem gorszy, i gdy jakis wielkolud
zblizy sie na dwie mile, upewniam sie czy mnie widzi. I
chociaz pradwopodobienstwo ze w takim miejscu ktos (poza mna)
pozwoli sobie podczas wachty na drzemke, jest bardzo male, za kazdym
razem, gdy takie bydle sie do nas zbilza czuje kluche w gardle, a
kiedy zbliza sie jeszcze bardziej zaciskaja mi sie
posladki...Gdzies w srodku nocy, gdy jakas wyjatkowa duza fala
przelala sie przez nas, zszedlem do mesy, zrobilem jeza z butelek i
wysaczylem z nich ostatnie pol szklanki whisky. Wypilem ja na pusty
zoladek i prawie natychmiast ten caly sztorm przestal wydawac sie
taki straszny, poczulem nawet podniecenie, ze siedze sobie w
oslonietej sterowce, i chociaz Luka przy kazdym zejsciu ze stromej
jak sciana fali, bierze jej solidna czesc dziobem na poklad, a
ta przelatuje potem przez poklad i rozbija sie o szyby
sterowki, wydawalo mi sie to "cool"...Poczulem sie jak w kinie, jak
gdyby bezposrednio mnie to nie dotyczylo, a bohater filmu zupelnie
podobny do mnie, sztormuje na wiatr po wzburzonych falach i oddala
sie wolno od brzegu. Po godzinie czar
prysnal, nie bylo dolewki, znow znalazlem sie w srodku sztormu, ale
zaczelo switac, swiat wydal sie ladniejszy...Glowny system
nawigacyjny nadal nie dziala, ktoras fala wyrwala kabel z anteny i
zniszczyla ja dokumentnie. Wydaje mi sie ze mam gdzies zapasowa
antene GPS, ˇ "gadajaca" w sytemie NMEA, trudno bedzie ja
odpowiednio polaczyc, bo nie ma koncowki do komputera... W tej
chwili plyniemy 18 nm od wybrzeza w strone przyladka Vlesspunt,
gdzie mamy zamiar schowac sie przed kolejnym sztormem, zaczyna sie
dzis po poludniu. Jakis mijany w nocy rybak ostrzegal mnie przed nim.
Zachodni wiatr ma przekraczac 40 wezlow i w spotkaniu z przeciwnym
pradem wytworzy olbrzymie, strome fale. Mam nadzieje ze uda sie nam
przeczekac cala zadyme za przyladkiem. Juz przeszlo dobe mamy
korzystny silny wiatr z polnocnego wschodu, ale wlasnie
przycicha i niedlugo zmieni sie w poludniowo zachodni sztorm.
DZIEN 172
from mail.gmn-usa.com. Sat, 25 Aug 2007
10:32:58 +0000 (UTC)
Straty po wczorajszym
sztormie; zniszczona antena GPS glownego systemu nawigacyjnego (chyba
mam gdzies zapasowa), w silnym szkwale podczas sciagania grota, pekl
lub wypial sie karabinczyk mocujacy fal grota i pofrunal na czubek
masztu, niewiem jeszcze jak go stamtad sciagne. Tak stromych i
paskudnych fal nigdy nie widzialem, chodz spedzilem kiedys
kilka zim na Morzu Beringa.
Pozycja o 10:23 UT - 34*25'020"S i 24*21'090"E
DZIEN 171
Fri Aug 24 07:10:24 2007 UTC - 34 0.94 S - 27
5.52 E
Sztorm.
DZIEN 170
Thu Aug 23 07:23:13 2007 UTC - 33 47.82 S - 28
31.15 E
Wczoraj okolo 60 mil na trawersie minelismy East
London, przed nami Port Elizabeth. Sadzac po ksztalcie gleboko jak
hak wygietej zatoki, Port Elizabeth jest doskonale oslonienty od
zachodu, a zatoka oferuje pewnie wiele spokojnych kotwicowisk.
Pewnie gdzies w porcie jest przytulna tawerna, z poczernialymi
scianami, a na nich stepione wielorybnicze harpuny, pozolkle zdjecia
zaglowcow, stojacych tu kiedys na redzie i zimne piwo...Wlasciwie
gdybym mial to piwo, moglbym tej tawerny nie ogladac, wszystkie sa
do siebie podobne, jak synowie jednego ojca. W nocy minelo nas kilka
wielkoludow, jeden nad ranem zblizyl sie podejrzanie, wreszcie minal
nas w odleglosci mili i zniknal. Dzis rano musialem przerzucic
genule na prawa burte, i zastanawialem sie czy powinienem przelozyc
takze bomu. Popatrzylem na ten slup telegraficzny i pomyslaem ze
wiatr wejdzie w polowe kiedy skoryguje kurs, wiec nie bedzie
potrzebny i przerzucilem sama genue. Musialem ja oczywiscie najpierw
zupelnie zwinac z powodu drugiego sztagu rozpietego na czas tej
podrozy. Gdy juz ja ponownie rozwinalem na prawej burcie i zszedlem
na poranna herbate, okazalo sie ze niezbyt silny w tej chwili wiatr,
nie jest stanie jej wypelnic, i genua szarpie sie na fali jakby
chciala wyrwac z siebie szoty.. Wrocilem wiec na poklad, zwinalem
genue, przerzucilem aluminiowego dryblasa na prawa
burte, wpialem szot w szczeki bomu, wrocilem do kabestanu i gdy
zaczalem go wybierac, okazalo sie ze kawalek plastikowego weza,
ktory zabezpiecza szoty przed przetarciem, przecisnal sie przez
szczeke i bom nie chce sie teraz przesunac do rogu szotowego zagla.
Poluzowalem znowu szot, podszedlem do masztu, popusicilem fal bomu i
opuscilem jego drugi koniec do kosza dziobowego. Zdjalem ten kawalek
weza, podnioslem znowu bom, ktory niewybrany szotem, latal jak
olbrzymie wahadlo. Wrocilem szybko do kabestanu, naciagnalem szot,
bom przestal latac i oparl sie o rog szotowy zagla, potem
rownoczesnie luzujac linke rolera wybieralem dalej szot genuly, az
rozwinela sie jak rozciagniete bomem skrzydlo. Teraz pije na wpol
wystygla kawe i zastanawiam sie, dlaczego moj aniolek wczoraj do
mnie nie zadzwonil.... zadzwonie za kilka godzin zanim wyjdzie do
pracy i wyluskam prawde... Z powodu roznicy czasu, Beata dzwoni do
mnie w drodze do pracy, widocznie wczoraj zaspala i w pospiechu nie
zabrala telefonu. Albo przestala mnie juz kochac ...
DZIEN 169
Wed Aug 22 06:55:09 2007 UTC - 33 11.91 S - 29
47.46 E
Postanowilem wcisnac sie pomiedzy nieustajace
teraz sztormy na poludniu, wczoraj na poludniu wialo 75 wezlow,
skala Beauforta konczy sie na 64 i nazywa sie to huraganem. Ksztalt
wybrzeza powoduje zaklocenia nieustannie wiejacego o tej porze roku,
poludniowo-zachodniego wiatru i mam szczery zamiar przecisnac sie
tedy w strone Atlantyku, i miejmy nadzieje ze to bedzie dobra
decyzja....Zeglowanie blisko brzegu to ryzyko rozbicia jachtu o
kamienie. Blad w nawigacji, przespanie alarmu i d... blada... Ale
mamy swiezo wyremontowanego Perkinsa 128KM, i wciaz niezly zapas
ropy w zbiornikach, gdyby dociskalo nas do brzegu mozemy udawac
jacht motorowy i odejsc od
niego na bezpieczna odleglosc...Najwazniejsze zeby nie zaspac albo
czegos nie przegapic. Okazalo sie to nie ja pierszy z rodziny
odziedziczylem bakcyla zeglarskiego,
Janek (wuj moj z Gostolina)
wygral "SE" ostanio
regaty Mistrzostw Polski Dziennikarzy w
Mikolajkach, a jak znam zycie, prawie kazdy mial tam schowanego w
forpiku podpowiadacza, jakiegos mistrza juniorow w klase 470, albo
jego kolegow. Janek mial na pokladzie urocza zalogantke i kto wie,
byc moze powodem wygrania tylu biegow byly oczy pieknej Agnieszki,
ktore zalaczaly pompy tloczace adrenaline w zylach kapitana .
DZIEN 168
Tue Aug 21 08:42:45 2007 UTC - 33 6.94 S - 30
23.46 E
Wczoraj, gdy tylko skonczylem pisac i zachwycac
sie wiatrem, polecial gdzies sobie i reszte dnia bujalismy sie na
fali ktora zostawil. Bylo cicho i bardzo cieplo, widac bylo lekka
mgielke na linii horyzontu, to slonce podgrzewalo zimna wode. Dzien
minal leniwie w sterowce, sluchalem jakiejs fantastycznej ksiazki, a
Wacek w swojej dziennej koi pod reczna pompa zezowa, rozgryzal
polcalowa nakretke. Zastanawiam sie czasem skad biora sie te
nieodparte ludzkie pragnienia, by wjsc na “niemozliwy” do wejscia
szczyt, albo nurkowac i ryzykowac zycie, przeciskac sie przez waskie
szczeliny, pograzonych w ciemnosciach i zalanych lodowata woda
jaskin, po to by znalezc jeszcze jedna, glebsza jaskinie. Czy te
marzenia, to swiadomie “zasiane przez nas drzwewo”, czy moze juz sie
z nimi rodzimy... Zwolennik chaosu stwierdzi, zachcialo mu sie, pol
zycia na to zapieprzal i poplynal, albo wlazl w koncu na ta gore...A
moze to nieodparte pragnienie, ta determinacja, jest dowodem ze
“tabula raza” jest tylko polowa prawdy i rodzimy sie jako kartka juz
z jednej strony zapisana i zdarza sie czasem, ze “dlonie pisarza”
zapisuja tak mocno, ze pewne fragmenty przeciskaja, sie jak pieczec
notariusza na druga strone kartki i dominuja potem nad wszystkim
innym, co zapisze rodzina, kosciol i otoczenie. Nie jest przeciez
tajemnica ze przychodzimy na swiat juz wyposazeni...,np:
inteligencji nauczyc sie nie da, mozna jedynie nauczyc sie dobrze
korzystac z tego co juz mamy. Ludzie rodza sie malymi geniuszami,
albo sikaja w lozko do 15 roku zycia. Rodza sie z predyspozycjami na
dobrego chirurga, gdy jednak okaze sie, ze rodzice i otoczenie
spaprali “swoja strone kartki”, swiat wzbogaca sie o nieszczesliwego
rzeznika… Zadne bowiem przeciwnosci nie odseparuja na dlugo naszego
“predysponenta” od noza i miesa. Z mojej “koi” jasno widac,ze ludzie
przekonani o istnieniu tej determinacji, nazywanej zwykle “losem
czlowieka”, maja zupelna racje. Nasze “wolne” wybory determinuje
poziom swiadomosci z jaka sie rodzimy i te uspione marzenia, ktore w
odpowiednim momencie budza sie i jesli wtedy nie stchorzymy,
sprawiaja ze rodzimy sie od nowa.....
DZIEN 167
Mon Aug 20 07:12:13 2007 UTC - 32 17.65 S - 31
31.28 E
Nareszcie solidnie plyniemy, wiatr jakby probowal wynagrodzic
kilkudniowy sztorm, ktory zdryfowal nas z 70 mil na polnoc i pcha
nas teraz starannym baksztagiem wzdluz brzegu Afryki. Nie mialbym
zupelnie nic przeciwko, by dmuchal tak jeszcze z tydzien i doniosl
nas w przyjaznych objeciach do Cape Good Hope. Od kilku dni snia mi
sie straszydla, ucieczki, pogonie i jakas pomocna reka, ktora zawsze
wyciaga mnie z opresji. Wydaje mi sie, ze dzis we snie widzialem
swojego „diabelka”, ta czesc mnie z ktora cale zycie staczam walki.
W jakims momencie snu, nagle bez zwiazku z toczacymi sie w tym
momencie wydarzeniami, pojawil sie stary, pomarszczony czlowieczek z
poddanczym ale jednoczesnie prymitywnym i gotowym na kazda
okrucienstwo i swinstwo usmieszkiem, sam wygladal na zdziwionego ze
sie tu znalazl, baknal cos przepraszajaco i natychmiast zniknal...Te
sny to pewnie refleksja lekow zwiazanych z czekajaca nas niebawem
trudna czescia podrozy. W ciagu dnia, swiadomie tlumie obawy,
wmawiam sobie, ze wszystko uda sie bez problemow, ale podswiadomosci
nie da sie oszukac. Polaczona z nadswiadomosccia ( dusza? ), zmienia
obawy w obrazy i karmi nas nimi kiedy spimy. Wczoraj cos mnie tknelo
by przyjrzec sie trzonowi steru, zdjalem kawalek podlogi w kabinie
rufowej, zmienionej teraz w magazyn, przyjrzalem sie hydraulicznemu
silownikowi, ktory porusza trzonem steru i z przerazeniem zobaczylem
ze caly silownik rusza sie, jakby za chwile mial sie urwac...Z
bijacym sercem polecialem po latarke i gdy wrocilem, okazalo sie ze
uchwyt silownika, ktory mocuja do solidnej ramy cztery sruby, jest
prawie zupelnie luzny. Trzy nakretki wisialy na ostatnich zwojach
gwintu, a czwarta lezala pod silownikeim. Malo brakowalo i zupelnie
stracilibysmy sterownie. Trudno bylo sie do tego ciasnego miejsca
dobrac, ale po kilkunastu minutach dokrecilem solidnie wszystkie
cztery sruby. Jak to wspaniale ze balast na Luce nie jest
przykrecany....
Ps: Wiatr wlasnie oslabl i wykrecil na poludniowo-zachodni.
DZIEN 166
Sun Aug 19 05:42:48 2007 UTC - 30 48.83 S - 33
12.87 E
Wiatr laskawie wykrecil, wyglada ze oferuje w tej okolicy tylko dwa
kierunki, polnocny albo poludniowy. Mam nadzieje wykorzystac ta
zmiane i podjechac ile sie da w strone zakrecajacego na zachod
czubka "czarnej afryki", chociaz w tym miejscu nie jest podobno taka
czarna, bardziej przypomina chyba kawe z mlekiem... . Pamietam,
kiedy to
Homeland Security zafundowalo mi wakacje na Florydzie w Deportation
Center, spotkalem tam mlodego, moze 18 letniego chlopca, ktorego
wysylano z powrotem do RPA. Przyjechal do US gdy mial 8 lat, jego
rodzice z jakiegos powodu nie byli w stanie zalegalizowac pobytu,
liczyli zdaje sie na sponsorowanie przez prace, ktore trwa w tym
kraju nieraz wiecznosc...Przy okazji jakiejs kontroli, wymieniona
wyzej firma, jemu takze
zafundowala wakacjeˇ i bilet do "domu". W sumie pelnoletni, ale
jeszcze dziecko, Ojczyzna byla dla niego obco brzmiaca nazwa,
wysiadl na obcym dla siebie lotnisku w Cape Town. Mam szczera
nadzieje, ze to miasto go nie pograzylo i udalo mu sie jakos "utrzymac
glowe nad woda..."
Autopilot zaczyna pojekiwac, musze zwinac troche genule, i zdaje sie
rozciagne ja bomem, jest wielka jak asymetrytczny spinakier...
DZIEN 165
Sat Aug 18 04:46:32 2007 UTC - 30 28.00 S - 33
30.32
W nocy zrzucilem zagle, slaby, poludniowy wiatr krecil
niezdecydowany i robil nam co chwile zwroty przesz sztag, dzisiaj
nadal dmucha slabo i wciaz z poludnia. Jutro rano wiatr powinien sie
zmienic, mam nadzieje ze ruszymy w koncu na poludnie. Coraz
wyrazniej dociera do mnie, ze jestesmy na poludniowej polkuli za
wczesniej, tu dopiero druga polowa zimy, i w ogole nie powinno sie
nam spieszyc. Przyladek Dobrej Nadziei gosci teraz 5 dni w tygodni
zachodnie sztormy, ktore napotykaja oplywajacy wybrzeze, silny
wschodni prad, a to wszystko odbywa sie na okrytym ponura slawa
szelfie Agulhas, gdzie nagla zmiana glebokosci, spietrza olbrzymia w
tej czesci swiata fale tak gwaltownie, ze pekaja na niej tankowce i
wielkie statki. Miejmy nadzieje ze Mama Ocean otworzy nam bezpieczne
przejscie na Atlantyk.
DZIEN 164
Fri Aug 17 06:43:07 2007 UTC - 31 4.73 S - 33
54.31 E
Sztorm polecial na polnoc, nadal wieje, ale mozna
juz postawic troche zagli, pchamy sie wolno pod wiatr. Skonczyl sie
"tor przeszkod", teraz bujamy sie lagodnie wzdluz osi jachtu. Zagle
stabilizuja boczne kolysanie, choc fala jest jeszcze dosc wysoka.
Wczoraj w dzien i w nocy, morze pokryte bylo glebokimi bruzdami,j ak
gdyby zorane olbrzymim plugiem. Czasem jakas wieksza od innych fala
rozbijala sie o nas, zalewal nas wtedy wodospad i Luka uginala sie
jakby pod jego ciezarem. Po kazdym takim uderzeniu sprawdzalem czy
sa jeszcze okna w sterowce. Co chwile jakas fala uderzala w burte z
halasem jakby ktos walil taranem. Czulem wyraznie stopami opartymi o
podloge, jak kadlub amortyzuje te uderzenia. Nie mozna bylo uniknac
mysli, ze po ktoryms takim uderzeniu kadlub zacznie pekac, to
straszne uczucie... Skupilem sie na przekonaniu, ze kadlub napewno
nie peknie, i wytrzyma kazde, nawet najsilniejsze uderzenie fali, to
pozwolilo mi odzyskac pewnosc siebie... Zaleta takiej pogody jest
to, ze generatory wiatrowe malo nie ukreca sobie smigiel i produkuja
mnostwo pradu. Moge wtedy wlaczac swoje 20 calowe kino i pogapic sie
na kufel spienionego piwa, albo jedrny, kobiecy tyleczek...
DZIEN 163
Thu Aug 16 09:20:18 2007 UTC - 31 25.94 S - 34
6.09 E
Wiatr nie czekal do rana, dmuchnelo wieczorem.
Ze sztylu, w ciagu godziny zrobilo sie bialo. Pierwszy raz w tym
rejsie ubralem sie caly w sztormiak by wyjsc na poklad. Zwinalem
foka marszowego i postawilem kawalek bezana, Luka ustawila sie
bajdewindem, skosnie dziobem do wiatru i fali. Co kilka minut
wieksze fale spychaly dziob, Luka ustawia sie wtedy na chwile bokiem
do fali, klania sie nisko i nabiera czasem burta wode. Bedzie tak
wialo jeszcze ze dwa dni. Jutro wiatr moze troche przysiadzie do 7B,
dzis wyje prosto w twarz duze 8 i znowu spycha nas na polnoc.
Zastanawiam sie jaka przyjac taktyke oplywajac Afryke. Blisko brzegu
plynie korzystny dla nas, silny prad,ale jesli polaczyc go z silnym
zachodnim wiatrem, moze wykreowac bardzo stroma i zlosliwa
fale, z drugiej strony oddalic sie od wybrzezy, znaczy napotkac
staly, bardzo silny wiatr w oczy... Wyglada na to, ze nie ma wyjscia,
bedziemy trzymac sie tak blisko wybrzeza jak sie da, mysle ze 30-
50nm. Skonczy sia laba i poczucie bezpieczenstwa pelnego oceanu. Dwa
tygodnie, lub wiecej, spania w sterowce, albo nie spania... Okolo
mojej 21:00 zobaczylem swiatla pozycyjne statku. Mrugaly nurkujac i
wylaniajac sie z pomiedzy fal, po prawej burcie, ze 3 mile przed
dziobem i plynely w nasza strone. Zawolalem przez VHF – tu jednostka
zaglowa Luka, wola statek po moje prawej burcie. Po chwili odezwal
sie glos oficera wachtowego i plynnym angielskim poinformowal, ze
widzi mnie od dawna i jesli nie zmienie kursu ani szybkosci minie
nas w odlegolosci 1 mili. Jego akcent wydal mi sie bardzo znajomy,
zapytalem jakiej jest narodowosci i uslyszalem - jestem Polakiem...
Glos mi sie na chwile zalamal, ucieszylem sie strasznie, tuz obok sa
rodacy...Okazalo sie, ze oficer z ktorym rozmawialem nazywa sie
Leszek Kudzin, ze zaloga sklada sie z naszych rodakow i marynarzy z
Filipin. Tankowiec, ktory prowadzili nazywa sie Sumit America,
plyneli z Cape Town, gdzie sie wypompowali, a teraz pod samym
balastem plyna do Kuwejtu. Na pokladzie byla takze studentka z
naszej WSM na morskiej praktyce. Gadalismy z Leszkiem do konca jego
wachty, obiecal ze napisze oficjalne potwierdzenie spotkania i wysle
je do "Zagli", chociaz to zdaje sie marnowanie jego czasu, bo "Zagle"
z jakichs powodow nie lubia wspominac o naszym rejsie. Ciekawe czy
kolega Paszke wyruszyl w swoj rejs, Leszek twierdzi ze mial
wyruszyc w czerwcu z Anglii, moze ktos cos o nim wie...

DZIEN 162
Wed Aug 15 08:22:53 2007 UTC - 31 53.21 S - 33
48.60 E
Wiatr zdechl prawie zupelnie, ale weatherfax
pokazuje idacy w nasza strone dosc silny wiatr, niestety od poludnia,
uderzy w nas jutro nad ranem. Wydaje sie, ze doszedlem do
porozumienia ze „sternikiem”, przelutowalem felerne polaczenie i
narazie zachowuje sie jak solidna zaloga. Czuje ulge ze „kolega
sternik” nie zastrajkowal na stale, pozwala mi to wrocic do rutyny,
ktora tu juz sobie wypracowalem. Rano kontrola sytuacji na zewnatrz
i ewentualna praca przy zaglach, mycie zebow, tudziez kilku innych
miejsc, herbata z mlekiem (dopoki jeszcze jest mleko), potem kawa i
@mail’e, zapis dziennika komputerowo-pokladowego. Potem kambuz i
zarcie. Zwykle cos gotuje, choc czasem zadawalam sie Spam’em (jak
polska turystyczna) i krakersami. Od dwoch dni jem schab po
chinsku. Mam jeszcze kilka duzych puszek tego suszonego swinstwa,
ale gdy pokroi sie to na male kawalki i zasypie przyprawami, mozna
cos jadalnego z tego wydusic. Wyszedl zawiesisty, slodkawy sos
zaprawiony czosnkiem. Ugotowalem do tego garnek ryzu i wlasciwie
brakowalo tylko chinskiego piwa - nie jest najgosze, chociaz teraz
wypilbym nawet wodnistego kanadola... Po zarciu siadam jak prawdziwy
kapitan w sterowce, z kawa w moim niewywrotnym kubku i wlaczam jakas
ksiazke. Ostatnio sluchamy Kirsta „ 08 przez 15 ”, czytalem go juz
raz, ze 20 lat temu, i zupelnie nie zmienil „oblicza”. Czesto, gdy
wracamy po latach do poznanych wczesniej rzeczy, ludzi, okazuje sie
ze sposob w jaki odbieralismy je(ich) wtedy, teraz zmienil sie
nieomal zupelnie. To co kiedys wydawalo sie intrygujace, lub
godne nasladowania, po latach czesto blednie, wydaje sie infantylne,
czasem wrecz glupawe, jak i ludzie, korzy to cos z siebie wyrzucili.
Efekciarstwo i tandeta nie wytrzymuja proby czasu, istnieja tylko
dzieki „archeotypowi naiwny”, ktorego przedstawiciele z powodu
wrodzonych ograniczen, lub mlodego wieku nie posiadaja wyrobinego
samorozwojem punktu odniesienia. Kirst wygrywa z czasem, byc moze
dlatego, ze nie znieksztalca swoich opowiesci wlasnymi kompleksami,
a jednoczesnie po mistrzowsku podkresla cudze.
DZIEN 161
Tue Aug 14 07:13:10 2007 UTC - 32 6.23 S - 34
28.23 E
Mgliste
rano,wiatr polazl gdzies, zagle szamocza sie na glebszych
przechylach, dookola jachtu krazy uparcie bialo-czarny
albatros, wyglada ze ma ochote na ciagnieta za rufa przynete,
mam jednak nadzieje ze nie jest debilem, i nie rzuci sie na
kawalek plastiku. Wczoraj, gdy smazylem sobie nalesnika na
dobranoc, przestal dzialac autopilot. Pokazal napis "no
rudref" i poszedl sobie w standby. Luka jak zwykle gdy zabraknie
sternika, ustawila sie do polwiatru. Wlozylem rowerowa latarke
na glowe i zaczalem sprawdzac polaczenia. Pociagnalem za kabelki
czujnika wchodzace do komputera, i wtedy jeden z nich
sie wysunal. Poczulem nadzieje ze to moze on jest powodem awarii
sternika, i gdy wsune go z powrotem, problem zniknie jak senna mara.
Niestety to nie pomoglo. Poczulem jakas mieszanke zalu i
rozczarowania, bo bez autopilota, i bez sterowania recznego (pompa
kola sterowego zepsula sie jeszcze na Pacyfiku), moje zycie tu
musialoby ulec drastycznym i bardzo klopotliwym zmianom...Kilka dni
temu zamontowalem nowy czujnik wychylenia steru i do tej pory
autopilot mial sie dobrze. Musialem jednak dosztukowac kawalek
przewodu ze starego czujnika, nowy kabel byl za krotki. Podszedlem
do polaczenia kabli, ktore jakl mi sie wydaje, solidnie
polutowalem, poruszalem nim, wrocilem do sterowki, i niech
nigdy nie zabraknie swieczek przed obrazem Matki Boskiej, autopilot
pozwolil sie wlaczyc. Odetchnalem z ulga, jest szansa ze skopalem
lutowanie i jakies kableki nie stykaja sie odpowiednio.
Rozbebesze dzis to polaczenie i polutuje od nowa. Moze w koncu
miedzy mna i "sternikiem" zapanuje zdoga. Czasem mam wrazenie, ze
zabralismy z soba w rejs jakiegos pokracznego "gnoma", mende,
ktora psuje, wciaz na nowo odbudowywany przeze mnie balans.
Bom np.w zadnym razie nie powinien sie zlamac. Nie bylo
specjalnego sztormu, Luka biorac pod uwage jej rozmiary, ma waski
grot. Bom grota jest krotki i zbudowany z dosc szerokiej
aluminiowej rury, wyglada mocno, jak niski
zapasnik... Za to bezan jest duzy ,a przednie zagle
prawie olbrzymie.... A jednak bom pekl. Kiedy przymkne oczy,
wyobrazam sobie malego, okroscialego sukinsynka z pilka do
metalu, jak podcina bom przy uchwycie obciagacza, albo
ze zlosliwa mina wlewa troszke slonej wody do komputera...heheh.
Miejmy nadzieje, ze to nie zwiazana z samotnoscia schizophrenia. Na
usprawiedliwienie trzeba przyznac, ze moj "krasnal" nie
psuje rzeczy ktorych nie bylbym w stanie naprawic lub wymienic ...
Pozwole mu wiec chyba nadal z nami podrozowac, moze
znudzi mu sie przeszkadzanie i dla odmiany wyczaruje nam
pomyslne wiatry na czubku Afryki, ktora za kilka
dni zaczniemy oplywac.
Ps; Dziekuje wszystkim za budujace komentarze w ksiedze
gosci, nie odpowiadam jednak na nie, poniewaz ksiega gosci to raczej
slad jaki Wy zostawiacie w rzeczywistosci tego rejsu. Jesli ktos
liczy na odpowiedz, prosze pisac na @mail.
DZIEN 160
Mon Aug 13 08:26:32 2007 UTC - 31 37.56 S - 35
27.39 E
Wiatr powoli skreca na wschodni, przez nastepne dwa dni pownnismy
miec go z zadu.
Postanowilem ze dzis wykombinuje
obciagacz bomu foka marszowego. W ostatniej 8 –ce mialem duze
klopoty, gdy probowalem obciagnac go kontraszotem, jak to robilem do
tej pory. Podczas tej dmuchawki, mimo ze wybrany talia, zagiel
targal sie niemozliwie i szamotal, jak gdyby mial zamiar wyrwac
sztag i odleciec... Nie jestem jednak do konca pewien efektu tej
innowacji, bom zawieszony jest na sztagu i jesli wybiore go
obciagaczem,bedzie napieral na sztag i pewnie go wybrzuszy. Prawda
wyjdzie niebawem ja szydlo z zeglarskiegto worka, ale moze nie
bedzie tak zle ze sztagiem ...
DZIEN 159
Sun Aug 12 04:44:24 2007 UTC - 31 51.49 S - 35
24.62 E
Obudzilem sie glodny, wciaz czulem w ustach smak
gulaszu i kopytek. To byl ciemnobrazowy, wolowy gulasz i biale jak
snieg kopytka. Nigdy nie gotowalem kopytek, ale pamietam ze robi sie
je z maki i gotowanych kartofli. Make mamy i mamy ziemniaki w
proszku, cos na wzor kopytek moze wyjdzie. Mamy takze piec duzych
puszek tego felernego suszonego schabu... Wzialem sie do gotowania,
otworzylem jedna puszke, trzymalem suche jak wior kawalki schabu 20
minut w cieplej, lekko osolonej wodzie, potem pokroilem na kawalki,
dodalem czosnku i polalem sosem sojowym. Z „kopytkami” poszlo latwo.
Zmieszalem make z ugotowanym poprzednio pure ziemniaczanym i dodalem
jajek w proszku, potem kladlem to lyzka do gotujacej sie wody.
Wyszlo cos podobnego do klusek kartoflanych, ale nie badzmy
drobiazgowi. Potem podsmazylem mieso, dodalem puszke marchewki, cos
tam jeszcze i wyszedl gulasz. Nie byla to dokladnie wizualizacja
potrawy ze snu, ale jadlem wczoraj gulasz z „kopytkami”. Wiatr wieje
dzis nam prosto w oczy, wieczorem powinien sie zmienic, ale juz
zdazylem przywiazalem sie do pozycji -+ 200nm od wybrzeza Afryki –
nie za blisko na wypadek dopychajacego sztormu i nie za daleko...Czekamy
na wiatr. W przeciwnym razie musialbym odejsc na polnocny wschod,
albo poludniowy zachod, pierwsze by nas oddalilo, a drugie zblizylo
do wybrzeza. Bujamy sie wiec i czekamy na zmiane wiatru.
DZIEN 158
Sat Aug 11 05:50:04 2007 UTC - 31 31.70 S - 36
3.98 E
Mama Ocean nadal w dobrym nastroju, wieje pod szostke, plyniemy
baksztagiem, na malych przednich zaglach, nigdzie sie nam nie
spieszy. Martwie sie troche ze jestesmy w tym koncu swiata duzo za
wczesniej. Tu wciaz zima, a zima sa zimowe sztormy. Niedugo
wychylimy dziob zza Afryki i uderzy w nas nieustajaca prawie o tej
porze roku dziewiatka, wiejaca dokladnie z kierunku w ktorym
plyniemy... Licze troche na dobre konekcje z Mama Ocean, i wierze ze
na nasze przejscie pchnie tam troche wysokiego cisnienia. Bom na
maszcie, czuje satysfakcje gdy mu sie przygladam, nie sadze ze
bedziemy potrzebowac nowy gdy wrocimy. Wyglada rasowo, jak
zapasnik z blizna. Wierze ze jest teraz wystarczajaco mocny, a jesli
okaze sie, ze zle to wykombinowalem i znowu peknie, to coz, naprawie
go jeszcze raz, mocniej.
DZIEN 157
Fri Aug 10 06:59:42 2007 UTC - 30 48.88 S - 37
12.08 E
Bom z powrotem na maszcie, pojawil sie teraz
kawal bialej rury, wiec gdyby ktos niedowidzial polmetrowej nazwy na
rufie i po dwoch stronach dziobu, namalowalem ja jeszcze raz na
bomie. Po drugiej stronie jak podpis na gipsie, namalowalem dlugosc
i szerokosc pod ktora sie zlamal. Mama Ocean dzis dla nas laskawa,
prawie plasko i wieje z polnocy. Zrobilo sie znowu cieplo, znowu
laze w samych gaciach. Odkrylem dzis, ze gdy wchodze do
maszynowni, nie czuje jak powinienem zapachu deasla i smaru, czuje
za to dyskretny zapach gowna. Wacek musial gdzies postawic mine, ale
to chyba jakas z opoznionym zaplonem, nie moge jej znalezc...

DZIEN 156
Thu Aug 09 05:36:12 2007 UTC - 30 13.12 S - 38
8.39 E
Nad ranem wiatr zelzal i teraz pcha juz tylko
przed soba na wpol zdechla fale. W ciagu dnia powinien jeszcze
bardziej zelzec, a w nocy wykrecic na polnocny. Weatherfax to
wspaniala sprawa. Sciagam pogode zwykle wieczorem, wiem dzieki temu
jaka mniej wiecej bede mial noc i ile zostawic zagli. Wczoraj po
poludniu wialo z osiem, gdy przez okno sterowki zauwazylem
strzepiaca sie line w samozaciskowych szczekach bloku, przy talii
foka marszowego. Wlozylem kurtke sztormiaka i poszedlem sie temu
przyjrzec, okazalo sie ze lina musi byc natychmiast wymieniona,
inaczej peknie, i bom z fokiem uwolni sie od szlota, i przy wietrze
40nm/h, bedzie udawal samolot... Widok jaki podsuwala mi wyobraznia,
przedstawial szarpiacy sie na wietrze, jak flaga zagiel, obciazony
latajacym jak olbrzymia maczuga, bomem. Siadlem tylkiem na mokrym
pokladzie, wtulilem szyje w ramiona i ignorujqac zalewajce mnie co
chwile fale zabezpieczylem lezacym obok falem grota, bom foka
marszowego. Zwolnilem napiecie talii i odcialem przetarta juz prawie
line. Siegnalem reka po wiszaca przy maszcie buchte nowej 5/8 liny i
dosc szybko, biorac pod uwage okolicznosci, przelozylem ja przez
bloczki. Napialem nowa talie, pozbylem sie zabezpieczajcego falu i
zupelnie mokry od pasa w dol, ale zadowolony, wrocilem do sterowki.
Cieszylem sie, ze w pore zauwazylem przetarcie, i ze nie obudzi mnie
w nocy fruwajacy fok. Mam dzis zamiar zakonczyc naprawe bomu, jutro
powinien byc z poworotem na maszcie.
DZIEN 155
Wed Aug 08 05:32:52 2007 UTC - 30 26.32 S -
39 22.21 E
Naprawde jest tu tlok, w
dzien i w nocy mijaja nas wielkoludy, jeden przeplynal
wyjatkowo blisko, drobnicowiec, jakies 25 tys. ton,
nazywal sie Pac Atena. Nad ranem wiatr wykrecil na
poludniowy, wieje dobre 7 idziemy polwiatrem pod fokiem
marszowym. Laminowanie bomu skonczone, mialem zamiar go dzisiaj
oszlifowac i prysnac jakas farba, ale mocno dmucha i poklad mokry, a
w srodku szlifowac fiberglass'u nie bede, mimo ze tak bardzo
chcialbym widziec go juz przytwierdzonego do masztu. W
takim razie wykombinuje dzis nowy uchwyt obciagacza bomu i przykrece
knagi do mocowania linek systemu refowania. Bede musial takze
rozciac z tylu bomu kawalek likszpary, by wsunac od tej strony
pelzacze grota. Oblaminowanie zablokowalo likszpare na tym odcinku,
a rozciecie do wsuwania zagla jest z na boku bomu. Brak
3 pelzaczy w dolnym linku grota, na dlugosci laminowania bomu nie
zrobi zadnej roznicy.
 
DZIEN 154
Robi sie tlok, wczoraj minelismy
dwa tankowce, a w nocy kolejny. Wyraznie mnie to irytuje, do tej
pory ocean byl nasz, teraz musimy sie nim dzielic, i nie ma tu
miejsca na ignorancje, bo dzielic sie trzeba z mamutami, ktore nie
spostrzeglyby nawet, ze rozjechaly 22 tonowy jacht. Cala nadzieja,
ze na tych potworach, ktore swoimi wnetrznosciami moglyby
zapaskudzic cale morze, solidnie poddchodzi sie do odbywanej wachty
i oficer wachtowy z marynarzem obserwuja w nocy horyzont i radar.
Choc ocean jest wielki, trasy zeglugowe nie sa wcale takie szerokie...
Oczywiscie wczoraj nie wytrzymalem, i zaczalem laminowanie bomu.
Zdecydowanie nie bedzie to naprawa prowizoryczna. Gdy skoncze, bom w
tym miejscu bedzie kilkakrotnie mocniejszy niz poprzednio. Wczoraj
dosc dlugo trwaly przygotowania, umocowania bomu w taki sposob, by
laminowana czesc byla w sterowce, i aby mozna nim bylo obracac.
Rownoczesnie musial byc przymocowany, tak by nie latal na na silnych
przechylach. Potem musialem zrobic miejsce dla siebie, aby takze nie
latac z pojemnikiem rozrobionego epoxydu w jednej rece i pedzlem w
drugiej. Nalezalo rowniez umocowac puszke z acetonem na pedzel,
zamocowac kilka warstw rozcietych plasko workow do smieci, na
ktorych rozkladalem przygotowane kawalki rowingu i maty i
przesaczalem je na nich epoksydem. Dzis oszlifuje troche odstajace
wlokna twardej juz jak kamien wczorajszej warstwy, i zaczne od
trzech warstw cienkiego kevlaru, potem mata, gruby rowing i tak
jeszcze ze trzy razy, skracajac ich dlugosc.
DZIEN 153
Mon Aug 06 04:43:17 2007 UTC - 29 13.59 S - 41
26.00 E
Nad ranem wiatr wykrecil na polnocno - zachodni i dla odmiany
plyniemy dzis w dobra strone... Wczoraj mimo bujania i bryzgow na
pokladzie zlamalem sie, nie moglem siedziec bezczynnie i patrzec na
zlamany bom, zabralem sie do roboty. Wciagnalem krotsza czesc bomu
do sterowki i tam obcailem knagi i uchwyt obciagacza. Od wewnatrz,
do krotszej czesci bomu przymocowalem nitami 5 aluminiowych
plaskownikow, ktorych polowa wystawala na zewnatrz, nasunalem na nie
druga czesc bomu i przynitowalem ja do nich. Teraz bom znowu stanowi
calosc i czeka na laminowanie. Niestety calej operacji nie dalo sie
wykonac w srodku, musialem kilka razy wychodzic na poklad, a
tam ocean parskal na nas co chwile i oblewal piana. Pisze ze oblewal
nas, poniewaz Wacek jak zwykle nie spuszczal mnie z celownika i
kombinowal co by tu zwedzic. Plyniemy w tej chwili powiatrem, buja,
nie powinienem dzis w podskakujacej sterowce rozrabiac epoxydu i
laminowac, zwlaszcza ze zywicy wystarczy tylko na jeden strzal,
jesli cos mi sie rozleje to d..... Rozsadnie byloby poczekac na
spokojniejszy dzien... Zobaczymy czy wytrzymam...
DZIEN 152
Sun Aug 05 04:40:26 2007 UTC - 29 42.29 S - 42
16.14 E
Naprawa bomu musi poczekac, dmucha dzis pod siodemke i rzuca
nami niemilosiernie. Idziemy tepo pod wiatr na foku sztormowym i
kawalku bezana. Cala praca musi byc wykonana na pokladzie, a dzis
mozna by tam jedynie testowac sztormiak z gorteksu czy rzeczywiscie
nie przecieka. Plan naprawy "odlezal" sie przez noc, sadze ze bede w
stanie naprawic bom skutecznie. Bedzie duzo pracy z przygotowaniem,
musze odciac knagi i zaczep obcigacza bomu, ktore sa przyspawane
akurat w miejscu ktore bede laminowal, powierzchnia do oblaminowania
musi byc gladka, bez zadnych ostrych krawedzi. Nastepnie trzeba
bedzie przynitowac od wewnatrz 5 aluminiowych plaskownikow, ktore
usztywnia zlamanie, tak bym mogl je oblaminowac, potem przygotowac
odpowiedniej wielkosci kawalki maty, rowingu i kevlaru, oszlifowac
dokladnie bom w miejscu laminowania. Bardzo wazne jak mocno
przykleji sie pierwsza warstwa, wiec aluminium musi byc potraktowane
grubym papierem sciernym i przetarte tuz przed laminowaniem acetonem,
ktory usunie resztki brudu i wilgoci. Musze takze znalezc miejsce
gdzie bede to robil,na razie wygrala rufa. Poloze chyba bom w
poprzek na rufie, a jego konce wysune na zewnatrz.
DZIEN 151
Caly wczorajszy dzien grzalismy pod wiatr (prawie),
pogoda byla super. W nocy mialem koszmarny sen. Bylem na wycieczce z
Beata, w jakims arabskim kraju, i nagle Beata zniknela. Cierpialem
niepewny myslac , czy dala sie porwac jakiemus przystojnemu arabowi,
czy jakis arab ja porwal. Wywolywlalo to we mnie bardzo przykre
uczucie i niepewnosc...
Nad ranem cos mnie obudzilo, pomyslalem ze wiatr skrecil i Luka
zrobila zwrot. Wyszedlem do sterowki, okazalo sie ze szot wyskoczyl
ze szczek zacisku bloku i poluzowal grota, ktory lopotal sie teraz
sflaczaly na wietrze... Wyszedlem na zewnatrz , na wpol jeszcze
spiac, zaczalem wybierac talie grota, ale bom wydal mi sie jakis
dziwny. Przetarlem oczy, przyjrzalem mu sie i szczeka mi opadla. Bom
w odleglosci 1/4 od masztu, tuz przy uchwycie obciagacza, zlamal sie,
jak by go ktos odcial... Stalem dluga chwile zastanawiajac sie czy
mi sie to nie sni. Uszczypnaem sie w ucho, ale bom nadal byl zlamany.
Gdy w pelni dotarlo do mnie co sie stalo, z gardla wyrwalo mi sie
siarczyste "k...wa m..c" Trzeba bedzie dobic gdzies w Afryce, i
zamowic nowy bom. Bardzo mi sie to nie spodobalo, skracalo mnie w
srodku na sama mysl o tym. Ale jak plynac pod wiatr, bez grota,
zwlaszcza pod silny wiatr i fale. Nie da rady, ale jesli nawet, to
rejs bedzie trwal 2 lata. Normalny czlowiek w tej sytuacji ,
powiedzialby sobie, no coz, probowalem, ale widac nie mialo mi sie
udac. Dobilby taki normalny czlowiek do Cape Town i jak czlowiek
usprawiedliwony, nadal usmiechalby sie patrzac w swoje oblicze przy
porannym goleniu. Ale ja nie jestem normalny, i zaczalem kombinowac
jakby ten bom naprawic. Bom poddawanyjest bardzo duzym naprezeniom,
o czym juz wiemy. Pekl w miejscu, gdzie 20 lat temu przyspawano ucho
do mocowania obciagacza bomu. Zrobilem kawe i przeszukiwalem w
myslach jacht, szukalem czegos, czym moglbym usztywnic zlamanie, jak
zlamana kosc, ale zadne, nawet solidnie przykrecone kawalki
aluminium i plaskowniki ze stali nierdzewnej nie gwarantowaly, ze
bom znowu nie peknie, zwlaszcza gdy wplyniemy na "ryczace
czterdziestki"... Po trzeciej kawie, o swicie wiedzialem juz co
zrobie. Zalaminuje drania .Mam zywice epoksydowa i dluto rowingowe,
a takze kawalek kevlaru, ktory dostalem kiedys od Bruce'a w Post San
Luis, oj przyda sie teraz. Usztywnie jakos od wewnatrz i rowno
ustawie kawalki bomu i traktujac go jako forme, zbuduje na peknietym
odcinku druga rure z fiberglass, zbrojona kawalkiem kevlaru. O
swicie uwolnilem kawalki bomu od zagli i masztu, leza teraz na
pokladzie i czekaja na operacje. Dzis jeszcze nie zaczne naprawy.
Musze dokladnie zaplanowac szczegoly, ktorych pojawilo sie duzo...
DZIEN 150
Fri Aug 03 06:02:54 2007 UTC - 29 9.04 S - 44 1.60 E
Dawno nie mielismy takiej super zeglarkiej pogody.
Ocean prawie plaski wiatr 10-15 wezlow, plyniemy polwiatrem 5 wezlow
(takich tylko wiatrow prosze nam zyczyc) Gdyby nie szumiaca,
przesuwaniem sie wokol kadluba woda, mozna by pomyslec ze stoimy
przy kei. Dzis odwiedzil nas wieloryb, nie zabawil dlugo. Robilem
cos przy bezanie, uslyszalem syk wypuszczanego powietrza 50 metrow
po lewej burcie, przesuwalo sie tam w wodzie wielkie ciemnoszare
cielsko. Nie wynurzyl sie wiecej w naszej okolicy, widocznie
spieszyl sie w jakims wielorybim interesie. Chyba naprawilem pozycje
w e-mail, ale wciaz mam klopoty z programem nawigacyjnym, Widzi juz
antene GPS, ale "twierdzi" ze nie ma poprawnie zainstalowanych map.
I to rozgryziemy predzej lub pozniej.
DZIEN 149
Thu, 2 Aug 2007 07:40:18 +0000 (GMT)
Wiatr wykrecil wreszcie, wieje teraz z polnocy.
Nie ma go duzo, ale lepsze troche niz wcale, zwlaszcza ze da sie z
nim plynac we wlasciwa strone. Udalo mi sie zainstalowac stara
wersje programu nawigacyjnego, ale teraz, zeby bylo ciekawiej nie
widzi anteny GPS. Pozycja o 05;50 UT 28*32ˇS i 46*06E
DZIEN 148
Wed, 1 Aug 2007 06:47:33 +0000 (GMT)
Wczoraj bawilem sie
komputerami, zdjalem obudowe z obu i zamienialem czesci, szukajac
tej ktora nawalila. To nie twardy dysk, to nie zasilacz i nie
bateria. Gdy wlaczam dzialajacy komputer do gniazdka, slysze buczacy
zasilacz i w srodku, na motherboard zapalaja sie dwie malutkie,
zielone diody. Gdy przycisne wlacznik komputera jedna
dioda na motherboard gasnie zapala sie zielone swiatelko przy
wlaczniku, ruszaja oba wiatraki i cala reszta.. W zepsutym, gdy
tylko podlacze go do gniazdka, zapalaja sie obie
diody na motherboard, ale zanim jeszcze wlacze komputer ,
swieci sie juz
zielone swiatelko przy wlaczniku i po sekundzie
zmienia sie w czerwone, jedna dioda na motherboard gasnie, oba
smigla wiatrakow przesuwaja sie troche jakby chcialy ruszyc, i za
chwile zielone switelko przy wlaczniku zmienia sie na czerwone
mrugajace i zapala sie dioda na motherboard, ktora poprzednio zgasla
...Mam jeszcze maly komputer z wgranym programem nawigacyjnym, ale
ten ma tylko USB, nie ma juz serial port, a taka koncowke ma
przewod anteny GPS. Mam redukjce z serial port do USB
,ale nie wiem jakich zmian dokonac w XP zeby program
nawigacyjny potraktowal ktorys usb port jako serial port z
podlaczona do niego antena...
Czuje sie jak slepiec walczacy z lobuzami ktorzy obrzucaja mnie
wyzwiskami i kamieniami.. . Nie mozna chyba chyba byc dobrym
zeglarzem i dobrym komputerowcem, narazie wiemy ze nie jestem dobrym
komputerowcem. To
trzeba chyba kochac, by znalezc cierpliwosc na te wszystkie niuanse
i detale. Nie mozna tez podejsc do komputera gdy sie jest
zdenerwowanym od razu cos mu sie w srodku pieprzy...
Narazie dzwonie co 10 min do Beaty z pytaniami , pewnie ma mnie juz
dosc... Ale nie ma strachu, ten problem jak i kazdy inny, wymaga
tylko cierpliwosci i dobrej woli, poradzimy z nim sobie. Narazie
bujamy sie na martwej fali i czekamy na troche
poludniowo-wschodniego wiatru.
|
|