Bye Cape Horn!
Holding at Cape Horn
DZIEN 331
Thu
Jan 31 17:01:33 2008 UTC - 27 38.44 S - 89 16.99 W
Dzis chyba staniemy, do tej pory jakos sie slizgamy, ale dookola
czaji sie sztyl.
Zacier wyraznie zwalnia, albo to nieszczelnosc korka, albo
alkohol zaczyna mordowac drozdze, a to by znaczylo ze Pan Izydor,
stary marynarz, mial racje, twierdzac ze w tej temperaturze, 26C+ ,
gorzala zrobi sie w tydzien – 10 dni max. Szkoda ze nie mam probowki,
ktora podobnie jak w przypadku sprawdzania sterzenia kwasu w
akumulatorach, mierzylaby zawartosc alkoholu.
Pogoda super plazowa, brakuje zimnego piwa i Beaty na lezaku.. Luka
ma doskonale warunki plazowe... Caly tyl za sterowka, zaprasza do
rozlozenia lezakow, a na samej rufie jest miesce na gril’la, i
zejscie na platworme do nurkowania (teraz zdjeta), ktora bardzo
ulatwia wychodzenie z wody.
Zyc nie umierac w jakiejs odludnej, blekitnej zatoczce. Istnieja
jeszcze takie odludne miejsca, ale na ogol nie ma tam slodkiej wody.
W przypadku Luki to nie problem, mamy watermaker, odsala 70 l.
wody/godz. i zbiorniki mieszczace prawie dwie tony paliwa.
Biezace zapotrzebowanie na prad zalatwiaja dwie duze baterie
sloneczne i dwa generatory wiatrowe (jeden zachorowal, ale wyleczymy).
Przy okazji realizowania moich marzen o rejsie, wykreowalem Luke,
ktora moze doplynac w kazde misejce kuli zemskiej i w zupelnej
autonomii zostac tam dwa lata ...
Luka porzygotowana jest na kazde waruki klimatyczne. Przed rejsem
zalozylem izolacje termiczna na calym pokladzie od wewnatrz burty
powyzej linii wodnej sa juz izolowane.
Mamy takze solidne ogrzewanie na rope z oddzielnym systemen paliwa i
zbiornikiem dziennym .
A pilothhouse - oslonieta sterowka nadaje zeglowaniu zupelnie inny
wymiar. Wspomne o tym w koncowych wnioskach rejsu.
Luka nie jest jachtem zaprojektowanym do lamania rekordow szykosci,
choc nie znaczy to ze jest wolna, to tylko ja postawilem jako glowny
cel doplynac, ale niekoniecznie szybko hehe . Czasem do przesady
oszczedzalem zagle i osprzet, w obawie ze cos sie zerwie, peknie .
Teraz wiem ze dmuchalem na zimne , to co mialo peknac, peklo
i tak, a potem byly sytuacje kiedy Luka brala na siebie ciezar
tankowaca i zgrabnie jak baletnica otrzasala sie z ton wody i pewnie
szla dalej.
Prawde mowiac poza zapachem Beaty i gorzala (gorzala sie robi )
zuplenie mi tu niczego nie brak.
Mam jeszcze 1000 nie przeczytanych ksiazek, filmy rodzaju „Ojciec
Chrzestny” , „Potop”, „The Good , The Bad and The Ugly” moge ogladac
co miesiac od nowa.
Zastanawiam sie chwilami, po co wlasciwie pcham sie do tej
Ensenady...
Gdybym skierowal nas tylko troche na zachod, za 3 tygodnie
bylibysmy na Marquesas, a kawalek od nich na polnocy zachod,
zamknalbym kolo, ktore ropoczalem prawie rok temu.
Moglbym potem spokojnie stanac w jakiejs turkusowej zatoce, nurkowac
na rafie koralowej, zrec langusty i czekac na Beate .
Dalszy
ciag piosenki od Andrzeja Sz.
Kiedy
Tomek krzyknie do nas -ciagnij fal! /bis/
Cala wiara sie zlatuje ,
bierze fal no i pompuje
I melduje ,ze na Luce wszystko -klar!
Kiedy rece pieka od morskiej soli
Kiedy kazdy miesien cie boli
Przeklinamy zycie takie
i zbieramy sie za bakiem
i zbieramy sie za bakiem pijac rum.
Kiedy Luka mknie po fali a my z Nia /bis/
wowczas serce sie raduje /bis/
a my ukladamy nowy song.
Kiedy rano nam horyzont sloncem lsni/bis/
To przy pracy wsrod lin ,zagli
Tomek wszystkich ostro nagli
Bo do portu pozostalo az dwa dni.
Gdy w kompasie jeszcze swiatlo blado tli /bis/
To juz wiemy gdzie plyniemy,
wiemy rowniez czego chcemy
I dazymy do portowych ,milych chwil.
DZIEN 330
Wed
Jan 30 14:32:07 2008 UTC - 29 12.41 S - 88 9.62 W
Wiatry slabe i pokrecone, ale plyniemy w strone Ensenady, reszta to
drobiazgi...
Wczoraj slonce zachodzilo super czerwono, wyjalem aparat, zrobilem
kilka zdjec, polozylem go potem na dachu sterowki, mialem zamiar
zrobic wiecej zdjec przesunietych w czasie, zszedlem po cos na dol i
zapomnialem o calej sprawie. Wlaczylem generator i zaczalem ladowac
baterie.
Aparat zostal na zewnatrz, w nocy spadl, i przelezal cala noc na
pokladzie. Rano padal deszcz, aparat znalazlem dopiero pozniej.
Bylem pewien ze jest juz do bani, ale podsechl i dziala heheh,
twarda sztuka.
DZIEN 329
Tue
Jan 29 17:20:17 2008 UTC - 30 15.25 S - 87 28.59 W
O 6 rano Wacek zaczal po mnie lazic, co w jego jezyku oznacza – "jesli
nie wystawisz mnie na poklad, to zaraz gdzies tu nasram..."
Wstalem, wynioslem zasranca do sterowki, dalej juz sobie poradzi,
sprawdzilem horyzont i wrocilem szybko na kanape, poki jeszcze nie
zgubilem smaku tego wytrawnego wina i slodko-pikantnej
konwersacji z Beata, ktora towarzyszy czasem drugiej butelce wina....
Siedzielismy razem w jakims przyjemnym barze, a ja gapilem sie na
jej dlugie nogi, oparte na wysokim barowym stolku, mniamiiii...
Nie zdazylem jeszcze wrocic na swoje miejsce przy barze, kiedy Wacek
podniosl alarm, szczekal w ten swoj alarmujacy sposob, inaczej niz
wtedy gdy obszczekuje oblatujace nas ptaki.
Cos sie tam dzialo ...
Wstalem z kanapy (zwykle budze sie i zasypiam blyskawicznie, to
podarunek genetyczny od jakiegos przodka zolnierza) i wyskoczylem na
poklad.
Nie tracilem czasu na rozgladanie, spojrzalem gdzie jest Wacek i w
ktora strone szczeka.
Byl na rufie, do polowy za siatka ochronna i obszczekiwal szarpiaca
sie na koncu linki wielka Dorado.
Cisnienie mi sie podnioslo, polecialem po noz, przygotowalem hak na
dlugim trzonku, do wyciagania duzych ryb, i powoli zaczalem wybierac
linke.
Zalowalem ze nie wzialem przynajmniej jednej rekawiczki, linka
wcinala sie troche w reke, wykorzystalem bujanie jachtu i
wybieralem linke kiedy rufa opadala.
Szybkim ruchem podcialem ja ostrym hakiem, i juz byla na pokladzie.
Szef Baranowski milosiernie znieczulal swoje ryby piecdziesiatka
rumu w oskrzela, ja z braku srodkow anestezjologicznych zalatwilem
to klasycznie, duzym nozem i kawalkiem drewnianej belki.
Ryba byla duza, glowa oczywiscie na zupe, mieso z brzucha na
patelnie, reszta pocieta w dlugie paski, na 15 min do sosu sojowego,
a potem bedzie sie suszyc.
DZIEN 328
Mon
Jan 28 23:13:01 2008 UTC - 31 0.75 S - 86 56.74 W
Rano
obszelem poklad, wszystko jest cacy, zagli nie dotykalem od wczoraj,
plyniemy na wystawionej genule i foku marszowym, troche wezykiem, w
9-cio stopniowej skali wrazliwosci autopilota, jedzie na dwojce, na
tym biegu malo zre.
Wczoraj pierwszy raz od wyjscia w rejs wyjalem gitare , plywanie
chyba jej sluzy, oplynela z nami prawie caly swiat i w co trudno
uwierzyc, nie rozstroila sie ...
Wzialem ja w dlonie i od razu czysto „zaspiewala”...
Dostalem ja od Beaty pod choinke, a zrobil ja specjalnie dla mnie na
zamowienie, lutnik w Madrycie.
Poznalismy go na czacie Paltalk i Beata zamowila u niego gitare.
Jest
wspaniala, czasem mam wyrzuty, ze dotykaja jej moje wielkie,
niezdarne lapy.
Wejscia na kamienie ciag dalszy
Wpadlem na mostek, Alen spocony i blady nerwowo manipulowal
manetkami silnika i steru, probujac sciagnac nas z kamieni....
Powiedzialem ze woda w kranie jest slona, Alen spojrzal na mnie z
wyrzutem i powiedzial : w-i-e-m.
Zerknalem na jego mine i napadla mnie jakas glupowata wesolosc...
Bylismy wlasciwie na brzegu, nie bylo tak strasznie...
Otworzylem usta zeby powiedziec ze trzeba wypompowac wode z ladowni,
zaczalem od – "ch... tam z ryba, ide ... "- Alen przerwal i krzyknal:
"zap...j i pompuj wode z ladowni",
heheh
( ryby przechowywane byly w dwoch ladowniach, wypelnionych chlodzona
woda ). Nie trzeba bylo mi tego powtarzac.
Zanim
przefrunalem na rufe, gdzie byly agregaty chodnicze i pompy
cyrkulacyjne, skoczylem na chwile do maszynowni, mimo pracujacych
obu pomp zezowych, wody przybywalo...
Polecialem na rufe, przelozylem zawory kierujac wode z obu ladowni
za burte i wlaczylem pompy.
Z 5-cio calowych wylotow na obu burtach chlusnely strumienie
starannie schladzanej przez caly rejs do 28 F , lub -2 C wody . Po
kwadransie podnieslismy sie prawie pol metra, i nagle drzenie
kadluba w jakie wprowadzaly go nieustanne zmiany obrotow silnika i
zmieniajace sie co chwile obroty poteznej sruby napedowej, ustaly.
Alenowi udalo sie „wycofac”, zeszlismy z kamieni.
Bylismy znowu na wodzie...
Wylaczylem pompy i poganalem spowrotem do maszynowni, woda siegala
juz prawie metalowych plyt podlogi.
Alen
kazal o wszystkim meldowac, ale szkoda mi bylo czasu na wspinaczke
do gory, na mostek.
Konstruktor tego kutra, niech mu sie do konca zycia wiedzie, zrobil
co najmniej dwie madre rzeczy. Pierwsza, to ze zaprojektowal
zbiorniki wody jako integralna czesc kadluba w przedniej czesci
kutra, dzieki czemu rozprulismy glownie zbiorniki slodkiej wody,
druga madra rzecz, to ze jedna sekcje 5 calowej rury cyrkulujacej
wode w przedniej ladowni,
przedluzyl do zezy w maszynowni i zakonczyl zaworem. Te dwa,
niewinne na pozor usprawnienia, uratowaly kuter.
Nigdy nie otwieralem tego zaworu, wiedzialem tylko w ktorym miejscu
zezy konczy sie rura. Zdjalem podloge w miescu gdzie powinien byc
zawor, woda byla juz prawie rowno z podloga, zaczalem go nerwowo
szukac, cisnienie mi roslo, nie moglem go znalezc w tej lodowatej
mieszance wody, oleju, ropy i wszystkiego co bylo w zezie ...
W
kocu go namacalem, lezalem plasko na brzuchu, woda chlupotala mi juz
pod broda ...
Zaparlem sie o cos stopami, i modlac sie, by polmetrowa dziwignia,
ktora mialem zamiar pociagnac, nie pekla, bo nie mialem watpliwosci
ze otworze zawor, jesli tylko dzwignia wytrzyma, w tamtych czasach
wyginalem lomy...
Zlapalem dzwignie obiema dlonmi i zaczalem ciagnac, coraz mocniej...
Dlonie zanurzone w czarnej oleistej breji zaczely zeslizgiwac sie z
raczki. Chwycilem kawalek „pieluchy”do oleju i przez nia jeszcze raz
zlapalem dzwignie.
Teraz
rece mi sie nie slizgaly, teraz albo peknie raczka, albo zawor sie
ruszy...
Zaparlem sie jeszcze raz, pociagnalem i zawor drgnal, zaczal
sie otwierac...
Uchylilem go do konca, i czarny jak murzyn skoczylem na mostek
powiedziec Alenowi ze otworzylem zawor.
Spojrzal namnie glupawo, zapytal ile wody w maszynowni, i powiedzial
zebym najszybciej jak to mozliwe uzupelnil wode w ladowniach i
zaczal ja znowu schladzac.
Wroclem na rufe, skierowalem wylot lewej pompy za burte, zalalem ja
woda i wlaczylem.
Wsykoczylem na poklad, wychylilem sie za burte i po chwili z wylotu
trysnela czarna breja z maszynowni, zyjemy .....
Pokombinowalem zaworami, napelnilem woda ladownie,
by-pasem
skierowalem wode z obu ladowni do prawej pompy cyrkulacyjnej,
wlaczylem oba kompresory chlodnicze .
Z
jedna pompa w systemie, cyrkulacja wody w wymiennikach ciepla byla
slaba i zawory rozprezajace freon zaczely zamrazac cale sekcje
wymiennikow ciepla.
Teraz
walczylismy o to zeby dowiezc rybe...
Praktycznie, do samego portu siedzialem uwieziony na rufie
wpatruajc sie w wymienniki i regulujac co chwile zawory, zanim zbyt
duza ilosc freonu zamrozi kolejna sekcje ...
Ryba doplynela cacy, od tej pory z 9% udzialu w zyskach kutra
uroslem na 11% - kapitan dostawal maxymalne 13%.
Na Kodiaku nurek nas troche pospawal, i w nastepny rejs, z
Alenem i jakims przydupasem z biura, poplynelismy do Ketchikan,
naprawic sie porzadnie w suchyn doku..
Ps: Alen zaraz potem jak przestawil autopilot na kurs w strone
brzegu, usiadl na fotelu przed kolem i twardo zasnal...
DZIEN 327
Sun
Jan 27 16:54:57 2008 UTC - 32 33.26 S - 85 29.95 W
Dzis znowu lato, jest cieplo ale nie goraco, zacier bulgocze
radosnie, i gdyby nie "pogryziona" przez "kundla" Beata, nasz swiat
bylby dzis w doskonalym balansie.
Wedlug weatherfax, ostatnia dobe powinnismy bujac sie na martwej
fali, ale mimo zapowiadanej ciszy przejechalismy kawal drogi.
Cala dobe mielismy prywatna 4-ke z lewej burty.
Nad ranem odkrecilo i wieje teraz prosto w rufe.
Idziemy na wystawionej bomem genui, fokiem marszowym na motyla.
Czytalem wczoraj jeszcze raz ksiazke szefa Baranowskiego „Drugi raz
dookola swiata” i (nie powinno sie czytac takich ksiazek, po wlasnym
rejsie ...) i min. zwrocilem uwage na zmagania szefa z szamoczaca
sie genua na pelnym kursach ... Szef Baranowski nie mial widac
szczescia do przyjaciol, nie dostal w prezencie bomu spinakiera (jak
ja). Zeglowanie z wiatrem przynajmniej bez jednego bomu, to horror,
falowanie powoduje ze przednie zagle szamoca sie, tra o siebie i
strzelaja jak kapiszon. W takich warunkach, wczesniej czy pozniej
stoper trzymajacy w kupie szyny rolera na koncu sztagu, poluzni sie,
sekcje szyn sie rozejda i porwa zagiel itd... Bez bomow trzeba
chodzic baksztagami...
Ale nawet jeden bom zalatwia sprawe, drugi przedni zagiel mozna
troche rozciagnac, wyluzowanym na maxa bomem grota, zakladajac na
koncu blok i przeprowadzajac tamtedy szot drugiej genuly, lub innego
przedniego zagla. Bom grota nie rozciagnie idealnie drugiej genuy,
ale wystarczy wtedy isc troche nawietrznie strona na ktorej genue
rozciaga bom spinakiera i wszystko jest cacy, lodka plynie spokojnie
i nikt juz nikogo nie szarpie .
Wczoraj kawalki chmur opadly na horyzont i do zludzenia przypominaly
wylaniajace sie zza widnokregu wyspy...
Doskonale wiedzialem ze nic tam nie ma, ale zludzenie bylo tak silne,
ze wlaczylem radar, a potem uruchomilem naszego glownego nawigatora
i sprawdzilem otoczenie na szczegolowej mapie.
Przypomnial mi sie rejs na F/V Ocean Hope One, gdzies w okolicy
Shelikof Strait na Alasce. Wracalismy zapakowani ryba, mielismy za
soba niezly rejs. O 6 rano obudzilem kapitana, na jego 16 godzinna
wachte. Kolem sterowym dzielil sie tylko ze swoim engeenier’em i
mat’em w jednym ciele, zawsze w nocy na 8 godzin. Alen przetar oczy,
zmowil paciorek, byl gorliwym wyznawca koreanczyka Rava Moon,
zreszta nasz kuter i kilka innych, a takze kawal nabrzeza nalezalo
do tego podrobionego jezuska...
Wiec Alen zmowil swoj paciorek, i zaraz przestawil autopliota na
kurs w strone brzegu, odleglego o jakies 20 mil .
Mial zamiar wydac probnie siatke, w jakims sobie znanym miejscu,
sprawdzic czy jest ryba. Zszedlem do maszynowni sprawdzilem
zegary, poziom oleju, potem usmazylem jajecznice na boczku i jedzac
obejrzalem kawalek jakiegos filmu. Przysypialem na kanapie czekajac
na wydanie siatki, kiedy caly kuter nagle wyskoczyl z wody jak z
trampoliny, opadl, wyskoczyl znowu i znowu opadl . Wywalilo mnie pod
stol, jak stalem wyskoczylem na poklad i znalazlem sie prawie w
lesie...
Zupelnie blisko, jakis 50 metrow przed dziobem zaczynal sie
zielony las....
Skoczylem do maszynowni, pompy zezowe juz sie wlaczyly, wrocilem do
kuchni, odkrecilem wode w kranie, byla slona... –
zbiorniki slodkiej wody byly integralna czescia kadluba na dziobie.
Dwaj pozostali zaloganci, Chris, Paul i obserwator Fishing Game,
ktorego mielismy w tym rejsie, wkladali juz kombinezony termiczne...
Wydluza sie cos ta historia, reszte jutro.
Pod
zaglami luka mknie
log nawija mile swe
w srodku Tomek Wacka uczy
czemu sie po swiecie wloczyc
Wacek slucha,nie rozumie
Tomek sie tym nie przejmuje
bo wychodzi z zalozenia;
pies ma czas na przemyslenia
Kiedy wiatr na wantach gra
to w sterowce Tomek trwa
w przerwach marzy o Beacie,
ktora czeka w Ensenadzie
Kiedy chandra Go nachodzi
marzeniami czas ten slodzi
albo przy perkinsie grzebie,
ktory zawsze jest w potrzebie
Zas swymi przemysleniami
reflektuje tych,co sami
jeszcze nie zdecydowali
bo byc moze nie dojrzali
W farwaterze pozostawia
wciaz nie odgadnione trwogi,
ktore innych zachecaja
do szukania wlasnej drogi
Andrzej Sz.
DZIEN 326
Sat
Jan 26 14:18:25 2008 UTC - 34 10.17 S - 84 21.72 W
W nocy obudzily mnie SMS-y od Beaty, miala nieprzyjemne starcie z "kundlem"
u znajomych, "ugryzl ja" . "Kundelkowi" wydaje sie pewnie ze jest
duzy...
"Pies" ktory gryzie, zwlaszcza kobiety, powinien byc uspiony, albo
przynajmniej wykastrowany, a ten, pechowo dla siebie, ugryzl moja
zone...
Zrobilo sie lato, ciekawe czy juz tak zostanie, musialem rozebrac
sie do gaci, a po lodowatym Przyladku Horn to bardzo przyjemne
uczucie.
Dostalem od kogos w liscie krotkie opowiadanie, traci szkolka
niedzielna, ale mimo tego jest ladne. W zeglarskim przelozeniu z
angielskiego bzmi tak:
Marynarz wszedl do fryzjera, usiadl na fotelu i jak to zwykle u
fryzjera bywa, zaczeli romawiac...
W pewnym momencie temat zszedl na Boga, fryzjer powiedzial - nie
wierze ze Boga, nie wierze ze Bog istnieje
Dlaczego ? - zapytal marynarz. Musisz tylko wyjsc na zewnatrz i
szybko zrozumiesz dlaczego – powiedzial fryzjer. Jesli Bog by
istnial, to czy byloby tylu chorych ludzi ? Czy bylyby porzucone
dzieci ? Jesli by Bog istnial, czy zezwolilby na tyle bolu i
cierpienia. A nie wyobrazam sobie kochac Boga, ktory na to wszystko
zezwala..
Marynarz nie odpowiedzial, nie chcial kontynulowac sprzeczki.
Fryzjer skonczyl robote, marynarz wyszedl na ulice i zobaczyl
czlowieka z dlugimi, poskrecanymi brudem i lojem wlosami. Zatrzymal
sie, wrocil do fryzjera, stanal w dzwiach i powiedzial - „Wiesz co,
fryzjerzy nie istnieja..”
Jak mozesz tak mowic – powiedzial fryzjer, wlasnie ogolilem cie i
obcialem wlosy.
Fryzjerzy nie istnieja - powiedzial marynarz, w przeciwnym razie nie
byloby tu tego zarosnietego jak brudna malpa rowerzysty...
Alez oczywiscie ze fryzjerzy istnieja - powiedzial fryzjer, coz moge
zrobic jesli Ci ludzie do mnie nie przychodza ..
Dotknales prawdy panie fryzjer, Bog takze istnieje ale coz moze
zrobic, jesli ludzie do Niego nie przychodza...
Ps: „cukierek”od tlumacza: Zycie jest za krotkie by klamac, lam
zasady, szybko wybaczaj, dziel sie czym mozesz, we wszystkim szukaj
milosci.
DZIEN 325
Fri
Jan 25 16:13:21 2008 UTC - 35 9.66 S - 83 45.68 W
Wiatr przyklapl, ale wazne ze plyniemy w dobra strone, szybko, wolno
to pojecia wzgledne... .
Wczoraj rozrobilem w cieplej wodzie z cukrem dwie niewinnie
wygladajace paczki suszonych drozdzy i zajalem sie baniakiem na
zacier .
Kiedy po kilkunastu minutach spojrzalem na kuchenke, drozdze
wyplywaly jak lawa z pelnego garnka...
To jakis agresywny rodzaj... odlalem polowe do pojemnika i mialem je
wylac do zlewu, ale zapachnialo chlebem i zmienilem zdanie...
Dosypalem maki i troche jajek w proszku, wrzucilem dwie puszki
jakiejs mieszanki z owocow, i usmazylem placki drozdzowe. Nie moglem
nadazyc ze smazeniem, ciasta nieustannie przybywalo. Reszte drodzy
wlalem do bimbrowni.
Gorzala sie robi, troche nam wykipialo, ale to chyba znaczy, ze
wszystko dobrze dziala.
W nocy sie ochlodzilo, rano piana w pojemniku ciut opadla, mimo
ze wieczorem ubralem baniak w sweterek i bluze od dresow. Dla
pewnosci rano zagotowalem wode, wlalem do dwoch duzych butelek po
Whisky, ulozylem na podlodze troche recznikow, butelki z goraca woda,
i na nich postawilem opatulony baniak . Teraz w bimbrowni powinno
byc cieplo. Wieczorem zaloze korek z rurka, zrobimy ladna pentelke i
wlejemy w nia troche wody, bedziemy widziec jak fabryka dziala.
Wacek spedzil ten dzien w sterowce, i kiedy wieczorem znioslem
go na dol, prawie oszalal. Pomyslalem ze odwiedzil nas czyjs duch,
Wacek wlepial slepia w drzwi do mojej kabiny, szczekal, zjezyl
siersc, podbiegal rozszczekany, uciekal, potem znowu wracal i
szczekal jakby dostal swira. Nie moglem go uspokoic, zajrzalem do
kabiny, nikogo w niej oczywiscie nie bylo, ale mimo to sam poczulem
niepokoj...
Przyjrzalem sie dokladniej Wackowi, i zrozumialem, ze ten debilek
obszczekuje baniak z bimbrem. Pojemnik wydawal z siebie
szeleszczace pomruki i nieznany mu zapach. Biedny Wacek
pomyslal ze mamy intruza pod pokladem. W koncu przestal szczekac,
ale wciaz nie ufa bulgocacemu smierdzielowi, co kilka minut zrywa
sie z miejsca i leci go sprawdac...
Dzis Mama Ocean wygladzila fale i buja nas lagodnie, gorzala
sie robi, autopilot mruczy zadowolony, a mnie cisnie sie na usta
piosenka garusa :
- i tylko mi ciebie brak
- w tym wiezniu ,Beata
- tylko mi ciebie brak
- ciebie tu , ciebie tu...
DZIEN 324
Thu
Jan 24 13:28:47 2008 UTC - 36 35.78 S - 82 35.82 W
Zdaje
sie ze bede musial zaczac uzywac okulary, po kilku godzinach
czytania nie moge przestawic ostrosci...
Dzis wstawiamy zacier, z 3 kg cukru, 2 litrow miodu i 2 litrow
syropu klonowego, mam nazieje ze ten syrop nie zapaskudzi sprawy.
Niewiem jak traktowac suszone drozdze, pewnie 10 dkg suszonych ma
wiecej pary, niz 10dg swiezych, a moze nie?
DZIEN 323
Wed
Jan 23 18:22:11 2008 UTC - 37 41.30 S - 81 29.12 W
Plyniemy.
Noc przejechalismy na samym foku marszowym, to sparowanie ze
sztakslem w tej pogodzie, mordowalo autopilota .
Biedna pompa wyla nieszczesliwa ,i co chwile gdy zjezdzalismy z fali
i Luka ostrzyla do wiatru, strzelala zaworem regulujacym cisnienie,
jak seriami z karabinu.
Ten zawor nie powinien sie tak czesto otwierac, ale przedobrzylem
dobierajac pompe.
Kupilem jeden rozmiar za duza, nasz silownik hydrauliczny, ktory
porusza sterem, nie mial tabliczki informacyjnej i nie moglem
ustalic, jaka ma dokladnie pojemnosc. Na oko lapal sie na granicy
rozmiaru typ 2 i typ 3, wybralem oczywiscie ten
wiekszy. Teraz mamy pompe, ktora pompuje troche za duzo oleju,
zwlaszcza gdy dostanie polecenia od komputera, by szybko
skorygowac kurs.
To sa te pomylki, praktyczne nie do unikniecia, kiedy robimy cos
pierszy raz. Mozna oczywiscie we wszystkim sluchac fachowcow, ale
osob zaslugujacych na to miano jest niewielu. Na ogol pod nazwa
fachowiec kryje sie technik, ktory wie np; jak odpowietrzyc pompe
wtryskowa, ale na pytania, ktore wykraczaja poza zakres
typowej instrukcji obslugi, ma tylko jedna odpowiedz "prosze zglosic
sie do serwisu".
Wiele firm zastapilo "fachowcowˇ" udzielajacych porad, automatami,
ktore odpowiadaja na pytania, lub same je zdaja np: czy twoja pompa
hydrauliczna 1. brzeczy, 2. stuka, 3.gwizdzie, wybierz jedna
odpowiedz... i tak dalej... a potem cytuja kawalek instrukcji
obslugi.
Kiedys mialem problem z komputerm na gwaracji, zadzwonilem do
fachowcow z "Compaq", cos dlugo laczylo, a po chwili w telefonie
odezwal sie hindus mowiacy ledwo zrozumialym angielskim. Wykrcilem
lokalny numer
fachowcow "Compaq" i dodzwonilem sie do Indii, ( specjalnie
zapytalem skad rozmawia) hehe. Czlowiek w Indiach probowal naprawic
moj komputer w Californii , biedak nie mial o niczym
pojecia, powtarzal jak zacieta plyta wyuczone pewnie z trudem
regulki, nie wiedzialem czy sie wsciekac, czy smiac. Pewnie bardzo
sie staral, od tego zalezala jego praca.
Jeszcze na koniec, przez wrodzona delikatnosc musialem klamac, ze
napewno mi pomogl. Zalosne...
Ale nawet taki prawdziwy fachowiec, ktory wydawaloby sie, zna temat
od podszewki, moze "dac dupy" ,tu uklon w strone fachowca od
Perkinsa z LA, w ktorego firmie za cene 60% nowego silnika,
wyremontowano naszego silacza, i ktory to fachowiec, pomimo moich
sugestii, nie zalozyl nowych wymiennikow oleju i nowych przewodow
paliwa, uznajc fachowo, ze sa w doskonalym stanie...
Okazuje sie, ze nikomu do konca nie mozna ufac, i pozostaje tylko
zabezpieczyc sie dodatkowo, i zawsze miec jakis plan "B"
Zadzwonilem takze do fachowca w Raymarine z pytaniem ,jaki bedzie
efekt, gdyby okazalo sie, ze pompa hydrauliczna autopilota jest za
duzo w stosunku do silownika na trzonie steru. Rzeczoznawca,
fachowiec w olbrzymiej firmie Raymarine, zaczal cos bakac pod nosem,
czegos szukac, w koncu stwierdzil ze bede musial sam o to sprawdzic,
bo w jego komputerze na takie pytanie nie ma odpowiedzi...
Teraz wiem, ze mamy silna pompe, tylko zawor kontrolujacy cisnienie
czesto sie otwiera i przepuszcza nadmiar pompowanego hydrolu,
zwlaszcza gdy zjezdzamy z duzej fali na kursie z wiatrem .
W kazdym razie zdjelismy sztaksla, plyniemy wolniej, Luka jest
lepiej zbalansowana i wszyscy sa szczesliwi .
Tak strasznie to nam sie wlasciwie nie spieszy, oczywiscie brakuje
mi tu bardzo Beaty, i tych innych rzeczy, do ktorych przywyklem, ale
nie pamietam, zebym czul podczas tego rejsu presje pospiechu , np:
obawe ze niezdazymy doplynac w odpowiednim czasie do Przyladka Horn
...
Szczesliwie wyplynelismy duzo za wczesniej, i nigdy sie nam nie
spieszylo, teraz wiem ze to "za wczesniej" bylo dokladnie "wyliczone"...
Znalezlismy sie na Przyladku Horn w sama pore... .
Sa zeglarze, ktorzy deklaruja otwarcie milosc do morza, twierdza ze
najlepuj czuja sie na jachcie, daleko od brzegu i zaraz potem
wyzywaja biedna Mame Ocean od ostatnich ulicznic, kiedy tylko
przestaje wiac i jacht zatrzymuje sie w samych srodku raju, do
ktorego tak bardzo tesknili ...
A gdy tylko wyjda z portu, dra do nastepnego brzegu, forsuja jacht
na granicy wytrzymalosci, ryzykuja zlamanie masztu, rwa zagle na
sieczke, bo dopiero w porcie, przycumowani do kei moga gleboko
oddychac... .
Dziwna to milosc, jak do kobiety z ktora kachaja miec sex,a le
spiesza sie przy nim, jak gdyby od tego czy szybko skoncza, zalezalo
ich zycie. A potem uciekaja z jej ramion naszybciej jak sie da, do
swojego stolka w barze i wysiedzianej kanapy...
I tu nasuwa sie pytanie, czy to jest milosc, czy to jest rypanie...
DZIEN 322
Tue
Jan 22 14:38:59 2008 UTC - 39 5.94 S - 79 40.16 W
Wiatr wydyma
policzki, ale uprzejmie wieje nam prosto w rufe, w nocy ma dmuchnac
mocniej, trzeba bedzie zwinac genue i postawic foka marszowego w
towarzystwie sztaksla, pojdziemy w nocy pelnym baksztagiem, tak by
obaj chlopcy mieli co robic. Mozliwe ze po przejsciu tego nizu
zrobi sie cieplej i wtedy bedzie mozna juz chyba wstawic bimber, ale
poza data bitwy pod Grunwaldem, niewiele o tym wiem. Jak te 10 dg.
swiezych drozdzy ma sie do drozdzy suszonych (na
jachcie mamy tylko suszone), jaka jest min. dopuszczalna temparatura
otoczenia, by drozdze zrobily swoja robote, skad bede wiedzial ze
juz mozna destylowac, czy baniak moze byc szczelnie zamkniety, czy
tez powinno w nim cyrkulowac powietrze...Potrzebujemy porady
fachowca bimbrownika .
Przeczytalem wczoraj ksiazke Michala Boguslawskiego "Sterujac na
gwiazdy". Chlopcy przeprowadzali 12 metrowy jacht z Australii, przez
Suez do Canady. Plyneli w pieciu i pomyslalem ze musialo im tam byc
strasznie ciasno w srodku heheheh.
DZIEN 321
Mon
Jan 21 18:08:09 2008 UTC - 40 15.82 S - 78 37.48 W
Dzis mamy swiezy
wiatr, urodzil sie wczoraj, zaczal wiac z polnocnego wschodu i powoli,
przez noc wykrecil na poludniowo zachodni, zyc nie umierac.
Wczoraj mielismy przyjemny dzien, zrobilo sie nagle cieplo, obaj z
Wackiem zdjelismy z siebie "zbroje", Wacek dwie warstwy polarka i
kufajke, a ja 4 pary skarpetek i kilka warstw swetrow i dresow.
Wacek wpadl w szal radosci uwolniony z kufajki, 15 minut ganial swoj
cien, miedzy dziobem i rufa.
Wyglada teraz
jakosc chudo i bialo.. hehe.
Gdy pozbylem sie
czesci wlasnej zbroi, zdalem sobie sprawe, ze nadszedl czas na
generalny prysznic... Nie znaczy to ze przypominam skuknsa (takmi
sie przynajmniej nie czuje), o miejsca newralgiczne dbamy codziennie,
niemniej dotarl do mnie, snujacy sie gdzies zupelnie blisko,
dyskretny zapach capa. Podobno na ogol ludzie nie czuja wlasnego
zapachu, calkiem wiec mozliwe, ze smierdze podle ale tego nie czuje
.
Poza cieplym dniem, spotkala nas wczoraj jeszcze jedna radosc,
zlapalismy rybe. Jakas tunczykowata, chociaz mieso miala biale,
dlugie pletwy na brzuchu i ostre zeby, prawie jak u Barakudy... Ale
najciekawszy miala brzuch, byl doslownie rozciety przez cala dlugosc
i tylko kilku milimetrowa warstwa zrosnietej glebiej skory,
utrzymywala na miejscu zawartosc jej brzucha. Przedziwna historia,
ale bez wzgledu na to, ryba smakuje super. Wykroilem z niej filety,
oczyscilem glowe i kregoslup z ktorych ugotowalem zupe, wyszla
pysznie.
Wacek caly czas
przeciskal sie pod moimi nogami blizej ryby, warczal i probowal ja
ugryzc. Potem gdy juz wycialem filety, ukradl jednego. Domyslilem
sie ze cos wykrecil bo nagle zniknal...Uciekl na dziob i schowal sie
za winda kotwiczna... . Powarkiwal kiedy podszedlem, bylem ciekawy
czy zje surowa rybe, nigdy wczeniej nie probowal...Zaczalem robic mu
wyrzuty, ze zlodziej i niewychowany, i udawalem ze chce mu zabrac
rybe, Wacek pochylil glowe nad filetem i polknal go prawie w calosci,
heheh.
Po chwili dostal
czkawki i wyrzygal go na poklad, ale prawie natychmiast pozarl ja
znowu tym razem szybko przezuwajac.
Myslalem ze pekne ze smiechu, szkoda ze nie moglem tego nagrac,
bylby z tego stuprocentowy zwyciezca programu "Glupawe zwierzeta"
Reszte filetow zamarynowalem, w mieszance sosu sojowego, kwasku
cytrynowego, i sproszkowanego czosnku. Wieczorem ja usmazylem, i
przelozylem warstwami sosu z marchewki i groszku, zageszczonego
troche maka i duza iloscia pieprzu...
To moj sposob z
Alaski na sucha po usmazeniu rybe, palce lizac...
DZIEN 320
Sun
Jan 20 12:05:33 2008 UTC - 41 51.45 S - 77 25.62 W
Plyniemy.
DZIEN 319
Sat
Jan 19 14:53:43 2008 UTC - 42 47.21 S - 78 44.87 W
Wiatr bardzo slaby, robimy mniej niz 2 wezly po wodzie, a GPS
pokazuje prawie 4, musimy byc juz w nurcie Pradu
Peruwianskiego. Niedlugo jednak wyjdziemy z tej rzeki, razem z linia
wybrzeza Ameryki Poludniowej, rzeka pradu odchodzi skosnie na
polnocny wschod, a nasz port przeznaczenia lezy na plnocnym
zachodzie.
Plynac z pradem grzalibysmy szybciej, ale nadrobilibysmy kawal drogi
i rachunek wyszedlby w sumie na minus. Bedziemy trzymac sie troche
na wschod od starego szlaku zaglowcow zmierzajac z Cabo De Hornoos
do Los Angeles.
Czytam wlasnie (nie pierwszy raz) "Okret " i mimo ze
cierpimy dotkliwie z powodu braku gorzaly i miecha i tych wszystkich
innych ladnych rzeczy, ktorych nie moglismy z soba zabrac, ciesze
sie z tego gdzie jestem i ze Luka nie jest lodzia podwodna, i nikt
nie obsypuje nas bombami glebinowymi... Probowalem wyobrazic
sobie ciasna, smierdzaca wszytkim co mozliwe rure (bylem kiedys w
srodku "U-boot'a ", chodzilem w nim prawie na kolanach) i eksplozje
wyrzucanych, jak ziarno reka rolnika, bomb glebinowych ...
Prawie poczulem dlawiacy gardlo strach i zacisniete zwieracze...
heeh okropne .
Nie jestem klaustrofobikiem, ale bez mrugniecia okiem, wybralbym
skok ze spadochronem, ktory otwiera sie tylko raz na dwa skoki...
W pewnym momencie zlapalem sie na sympatii dla tych morskich szakali,
poczulem sie zawiedziony, gdy angielski niszczyciel przeploszyl ich
od konwoju i nie pozwolil postrzelac se do bezbronych parowcow i
wymordowac kilaset osob. Gdyby taki parowiec zatonal na Morzu
Arktycznym, kazdy, komu uda sie przetrwac eksplozje i znajdzie sie w
wodzie, po kilku minutach i tak umiera z powodu wyziebienia
organizmu.
Straszne czasy, i straszni w tych czasach zyli ludzie. Nie odnosi
sie to tylko do uwiedzionych przez Hitlera, kwadratowoglowych
Niemcow, albo omamionych komunizmem, sponiewieranych stalinowskim
terrorem Rosjan...
W takich czasach "slonce gasnie", milosc umiera, na tronie zasiada
strach, ktory z samej sowiej natury wyzwala w ludziach wszystko co
brzydkie i okrutne ...
Miejmy nadzieje ze dzisiaj, w dobie internetu i swobodnego przeplywu
informacji, zadnym "cwaniaczkom" nie uda sie wrobic ludzi w kolejna
"swieta wojne" i obudzic w nas tego uspionego potwora ... , i nikt z
nas, nigdy wiecej, nie stanie przed wyborem, ja i moi bliscy, lub on
i jego dzieci....Amen.
DZIEN 318
Fri
Jan 18 14:29:55 2008 UTC - 44 33.37 S - 78 38.45 W
Dzis dmucha slabo z poludniowego zachodu, genula na bomie majta sie
w tyl i w przod niezdecydowana, musi jednak cos chwytac, bo troche
plyniemy .
Dostalem wczoraj list od starego znajomego zeglarza, w ktorym
delikatnie zarzuca mi, ze w moich relacjach brak fachowych,
zeglarskich opisow, ze relacja powinna zaczynac sie od pozycji,
szybkosci, kierunku i warunkow atmosferycznych.
Podsmiewa sie z moich, ja stwierdzil infantylnych okreslen, typu:
Mama Ocean, Pan Horn itp.
No coz, przyznaje, ze unikam, jesli moge zeglarskiego zargonu,
atmosfery pokladowej dyscypliny i wrazenia jaki to ze mie "zajebisty"
zeglarz. Tak naprawde, ten rejs jest od poczatku wielkim
siedemnastometrowym doswiadczeniem z dwoma masztami... .
Odkad pamietam zylem marzeniami o rejsie dookola swiata, gdy
przeczytalem pierwsza ksiazke z podrozy Leonida Teligi, i wszystkie
inne z seri "Slawni Zeglarze", i gdy remontowalem pierwsza Luke w
zyczliwie uzyczonym mi hangarze ilawskiej policji, i gdy kupilem
plany stalowego jachtu Rudy, i tone blachy nierdzewnej na okucia, i
w szwedzkim pokoju z oknem wychodzacym na port i trzy maszty
gotujacego sie do wyjsca w morze zaglowca, i szyjac siec na
pokladzie kutra F/V Ocean Hope One pod Ciesnina Beringa, i za kazdym
razem kiedy bylo mi zle, gdy zlatywaly sie "skurwiale" smoki, wtedy
zawsze przywolywalem jak rozswietlonego ptaka, moje marzenia, moj
rejs...
Utkalem swoj swiat z wlasnych marzen i nie chce go teraz obciazac
kaszubskim zargonem, jak olowiem ...
Zreszta wiekszosc zeglarskich nazw to znieksztalcona kaszubska
wymowa, angielskie i niemieckie slowa, zwlaszcza kanciaty niemiecki
zaostrza jachtowe oblosci, po takim niemieckim zawolaniu, kabestany
robia sie kwadratowe , a juz spiewac szant w tym jezyku zupelnie sie
nie da, chyba ze oceanicznego marsza...
To niezwykle wazne, do czego porownujemy i jakie nadajemy imiona
otaczajacym nas zjawiskom i rzeczom. Ja swiadomie nazywam morze -
Mama Ocean, bo tak pragne je widziec, jak moja usmiechajaca
sie cieplo i kochajaca mnie mame, i takiego wlasnie Oceanu
doswiadczam, takim go dla siebie wybralem...
Kazdego dnia podejmujemy jakies decyzje, codziennie cos dla siebie
wybieramy...
DZIEN 317
Thu
Jan 17 14:46:59 2008 UTC - 46 1.69 S - 79 8.88 W
Mamy dzis troche slaby wiatr, ale za to z dobrej strony,
wystawilismy grota, foka marszowego i genule, plyniemy ostrym
baksztagiem.
Wieczorem powinnismy przeskoczyc 45*S, a gdy przejdziemy juz 40*S,
to stamtad bedziemy czuc pasaty, a przynajmniej bedzie juz do nich
blisko...
Wacek postawil mine przy samej zejsciowce, na jego szczescie wstalem
dzis usmiechniety, snila mi sie Beata w rozowych figach, stala na
plazy po kostki w wodzie, i machala do mnie dlugim petkiem podwojnie
wedzonej kielbasy, czulem jej zapach na pokladzie.... heheheh
To byl dobry sen, w kazdym razie obudzilem sie szczesliwy i bez
wymowek rozbroilem Wackowa mine.
Postanowilem ze nie bede czekal na koniec rejsu, i w spokojne dni,
gdy nie buja, zaczne uczyc Wacka wchodzenia po drabince do sterowki.
Czasu w rejsie na nauke bylo duzo, ale nieustanne bujanie jachtu
powoduje ze Wackowi trudno jest zlapac rownowage na drabince. Moze
ktos zna sposob nauczenia psa chodzenia po drabinie?
Rano zadzwonil wujo Janek i przekazal mi dokladny sposob na zupelny
demontaz, wciaz zacinajacego sie zaworka w pompie wtryskowej i to ze
nalezy go delikatnie „wyszlifowac” pocierajac o kawalek drewna .
Ktoregos spokojnego dnia wymontujemy znowu pompe i wypolerujemy
drania.
Gdzies w okolicy 35* S powinno byc juz na tyle cieplo, ze bedzie
mozna chyba wstawic zacier. Mamy 2 l. miodu , ze 2 l. soku klonowego
i poswiecimy na ta okazje ze 3 kilo cukru , najwyzej odzwyczaimy sie
od slodkiej herbarty.
Jesli policzymy calosc jako 5 kilo cukru, to powinnismy wyczarowac z
tego ze 3 litry... To jeszcze jeden powod by gnac w strone
rownika...
DZIEN 316
Wed
Jan 16 15:46:31 2008 UTC - 47 16.76 S - 78 47.54 W
Wiatr chyba bedzie przycichal, zaczyna wiac z poludniowego zachodu,
postawilibysmy spinakiera gdybysmy mieli. Poczekamy az fala siadzie
i moze wystawimy genule na bomie.
Wczoraj mialem kiepski dzien psychicznie, po raz pierwszy odkad
pamietam dopadly mnie watpliwosci w sens tego co robie. Jaki sens
mial ten rejs, oplywanie Hornu, co bede teraz robil, gdy juz prawie
wlazlem na ta gorke i co zrobic z reszta zycia...
Czeka na mnie Beata, z pewnoscia pochlonie czesc mojej uwagi, ale co
z reszta, co zrobie z reszta mnie... ?
Sprzedam Luke, zbuduje maly domek w lesie, bede zarl boczek i
ciagnal Whisky, i moze napisze ksiazke ...ale ksiaze o
czym...?, jedyna warta uwagi rzecz w moim zyciu, to ten rejs, ale tu
nie ma o czym pisac, na morzu nic sie nie dzieje, to co sie dzieje,
dzieje sie wewnatrz, ale kogo obchodza przemyslenia
starzejacego sie wloczegi z Ilawy...
Gapilem sie w fale, nie wiedzialem co zrobic z myslami, wyciagnalem
ostatniego lyka Whisky, niewiele pomoglo...
Zaczalem przegladac filmy, wszystkie juz widzialem cale, lub
czesciowo i zobaczylewm jedno CD zatytulowane "Czlowiek ktory zostal
papiezem"
Wlaczylem film i zaczalem ogladac wojne w Polsce, bestialstwo i
cierpienia okupacji niemieckiej, umierajace na drogach kobiety i
dzieci, i nieludzkie okrucienstwa zadawane Zydom... Przemoc i smierc
zabieraly zycia, jak huragan wyrywa cale polacie lasu.
I wtedy, z tej pozogi blota, nienawisci i strachu wylonilo sie
piekne swiatlo, jak ognik swietojanski, wskazujacy droge w ciemnosci,
zaczelo rozjasniac sie coraz bardziej, roslo i swiecilo coraz
mocniej, ogarnialo soba coraz wiecej szarych, wystraszonych twarzy i
dotykalo ich cieplym swiatlem.
Z szarosci i strachu wylonila sie milosc przyniesiona w cieplej
postaci Karola Wojtyly. Mimo ze to film, i mimo ze juz Go z
nami nie ma, poslanie Jezusa o ktorym nam przypomnial i wniosl od
nowa w nasze zycia, zyje.
W pewnym momencie poczulem JA, poczulem milosc, i wszystko nagle
wydalo sie proste i ladne, moj swiat widziany przez Jej pryzmat
nabral znowu sensu, przyszlosc zarozowila sie cieplo, moje otoczenie,
ktore jeszcze przed chwila bylo smutne i pelne snujacych sie, jak
szare cmy obaw, teraz widziane oczami milosci - pojasnialo, a szare
cmy lekow zamienily sie w radosnie kolorowe motyle...
Nie bylo watpliwosci ze patrzylem na ten sam swiat, ale jakze
inaczej go teraz widzialem, a decyzje ktore podejme w tym kolorowym
swiecie, wleja w niego jeszcze wiecej milosci i kolorow..
Ogladajac film o zyciu Karola Wojtyly zdalem sobie do konca sprawe,
ze jedynym celem i powodem dla ktorego zyjemy jest milosc.
Szukamy jej cale zycie, czasem nie zdajac sobie sprawy ze to wlasnie
o Nia zabiegamy ... Nawet gdy robimy rzeczy brzydkie i okrutne, to
po to, by tym wyrazniej zdac sobie sprawe z jej braku w naszym zyciu,
i aby zaczac jej w sobie szukac...
Zadalem sobie do konca sprawe, ze jedynym celem i powodem dla
ktorego zyjemy jest to, by nauczyc sie kochac .
DZIEN 315
Tue
Jan 15 14:55:27 2008 UTC - 49 10.86 S - 79 7.94 W
Mamy dzis znowu korzystny wiatr, w nocy bylo spokojniej i fala
narazie mala.
Wacek na dzien dobry dostal skorzana kosc, podchodzi teraz co chwile
do mnie i chwali sie nia. W hustawce na Hornie troche sie na jachcie
poprzewalalo, i kilka rzeczy sie znalazlo. Znalazem flaszke Whisky,
12 letniego Jasia od wujka Janka z Gostolina, niestety butelka
pokazuje juz dno, zostalo na duzego lyka, wyplynely na wierzch
konserwy, doskonale wedzonych szprotek w oleju z Rygi i cala paczka
skorzanych kosci Wacka. Pierwszy oficer przepada za nimi, dzis
przez polowe dnia nie bedzie go widac, wlezie do swojej koi pod
reczna pompa zezowa i poki nie rozwiaze zuciem i szarpaniem wezla
zawiazanego na obu koncach skory, nie wychyli stamtad nosa.
Popsul sie ostatni dzialajacy MP3 player, "kaszana "...
Sluchanie ksiazek to moja jedyna tu rozrywka i juz pewnie nawyk,
zrobila sie wielka dziura w dziennej rutynie ...
Mam co prawda nowiutki, jeszcze nieuzywany player, ale wejscie na
sluchawki ma nietypowo male, jak w telefonach komorkowych, i
nie moge podlaczyc do niego zadnych sluchawek..
Moze dzis rozbiore go i sprobuje wlutowac przewod sluchawek wprost
do plytki, choc caly player jest troche wiekszy od pudelka zapalek i
cienki jak papier... Czarno to widze, ale czuje sie jeszcze gorzej
gdy lezy tak sobie nowiutki, a ja nie moge go uzywac...
Albo podlacze jakos sluchawki, albo cos zepsuje i wywale go za
burte. Nie bedzie mnie draznic.
DZIEN 314
Mon
Jan 14 13:55:07 2008 UTC - 51 14.37 S - 78 3.79 W
Dzis mamy super wiatr, wieje z WSW, idziemy ostrym
polwiatrem na polnocny zachod, a wiec do gory i skosnie oddalamy sie
od wybrzeza.
Jeszcze kilka takich dni i zaloga bedzie mogla wrocic do opuszczonej
przed Ciesnina De La Maire kanapo-koi w mesie.
Spanie w sterowce, zwlaszcza gdy idziemy lewym halsem jest za kare,
pomijajac ze siedzienie tam jest pol metra za krotkie zeby udawac
koje...
Od wczoraj rozgladam sie, z czego by tu zrobic chlodnice oleju
silnika, ale chyba nic z tego nie wyjdzie, zdaje sie ze "Glowny
Inzynier" tej naprawy nie przewidzial... Ale nie jest zupelnie
zle, w sumie mozemy uzywac silnika, nie mozna mu dawac w dupe i
trzeba wylaczyc po pol godzinie, wiec kilka razy z tego "karabinu"
wystrzelic mozna... Wraca moje dobre samopoczucie i typowy dla mnie
balans, jeszcze kilka dni zeglowania jak dzisiaj i przestana mi sie
napinac zwieracze ....heheh.
Mama Ocean nastawila do nas przyjaznie Pana Horn, nie przyjal nas co
prawda od razu, musielismy czekac kilka dni na wizyte, ale oplacalo
sie, bo kiedy juz nas laskawie przyjal, byl w dobrym nastroju,
troszke przymglony, ale to pewnie dlatego ze "najechalismy go" z
rana... Na wschodniej czesci wyspy mieszka latarnik, widac bylo
bialy domek z czerwonym dachem i latarnie. Ten gosciu musi lubic
swoje towarzystwo, a moze przyswieca tam z nim razem latarniczka i
jesli to jakas mila dupcia (najlepiej niemowa), to ta wyspa moglaby
sie stac troche zimnym rajem... Cieply kominek, deszcz uderzajacy w
szyby i pachnaca, mieciutka latarniczka w figach... Ech, musze byc
na glodzie, wszedzie juz dupe widze....
Przejscie przez ciesnine odbylo sie bez przygod, ale "smierdziele -
smoki" zachodzily od tylu i szeptaly nam rozne swinstwa do
ucha:"zaraz wyrzniesz w gore lodowa", albo "zaraz uderzy zapowiadany
na dzis przez kapitanat w Port Williams ten 70 nm/h szkwal i zlamie
maszt, masz za duzo zagla..." itd. Kilka tygodni wczesniej,
Kanadyjski statek pasazerski, plywajacy z turystami po Ciesninie
Drake wyrznal w gore lodowa i zatonal . Pasazerow i zaloge uratowano,
kto wie czy i nam by sie z takiej przygody udalo wyjsc calo...
Ale to juz, miejmy nadzieje, za nami, dzis grzejemy 5 wezlow na
polnoc, tam czekaja nas cieple pasaty i pachnaca slicznie Beata.
DZIEN 313
Sun
Jan 13 15:57:27 2008 UTC - 52 54.81 S - 77 31.53 W
Pan Horn obdszedl sie z nami przyjaznie, ale to nie koniec zabawy,
teraz trzeba "wspiac sie" z powrotem do gory... Ostatnie dwa dni
dmuchalo w oczy, cofnelo nas kawal na poludniowy zachod.
Wczoraj wieczorem wiatr laskawie wykrecil, i jedziemy w gore.
Mamy na sobie wszystkie szmaty, i mimo ze wiatr "przydechl",
plyniemy...
Drugiego dnia po minieciu Przyladka Horn wystartowalem silnik
zeby podladowac baterie, generator z bypasami (pompa slodkiej wody
nie dziala, zalozylem na zewnatrz mala elektryczna ) uzywamy tylko
gdy trzeba zrobic wode. W pewnym momencie poszedlem do maszynowni, i
spostrzeglem ze z metalowego przewodu laczacego pompe wtryskowa i
filtr paliwa leci ropa. Skoczylem do sterowki cofnalem manetke gazu
,ale obroty nie spadly. Nie zwrocilem wtedy na to uwagi, i
wylaczylem silnik. Dokrecilem cieknaca rurke, ale silnik nie chcial
juz potem zapalic.
Wrocilem na dol i okazalo sie rurka pekla, wiec odcialem peknieta
czesc i wstawilem kawalek gumowego weza. Przeciek byl naprawiony ale
silnik i tak nie chcial zapalic.
Odpowietrzylem dokladnie caly system paliwa, i jeszcze raz , i znowu,
i potem jescze raz z instrukcja obslugi silnika. Odpowietrzona pompa
nie podawala paliwa do wstryskiwaczy.
Zadzwonilem do Marti, potem do czlowieka ktory naprawia pompy w Los
Angeles. Armando stwierdzil ze jest szansa ze zawiesila sie dzwignia
otwierajaca doplyw paliwa, ale w warunkach na jachcie trudno bedzie
to sprawdzic.
Zadzwonil moj wuj, Jan z Gostolina, niech zyje wiecznie i zawsze
szczesliwie. Janek nastepnego dnia rano dotarl do P.Bialoszewskiego,
zajmujacego sie regeneracja pomp wtryskowych, i ten potwierdzil
podejrzenia mechnaika z LA, udzielil dokladnych wskazowek jak sie do
felernego miejsca w pompie dostac. Wczoraj rano wzialem gleboki
oddech, wymontowalem pompe, dostalem sie do piep...SZ...onej
dzwigienki, polalem ja DW40, potem ruszalem w dol i w gore
przez 30 min.... Zlozylem pompe, zamontowalem ja z powrotem,
odpowietrzylem, nacisnalem starter i..... silnik ozyl, pieknie
postukujac zaworami. Ech, jakaz to byla wspaniala muzyka....
Zadzwonilem do Janka, jemu takze dalem posluchac
radosnego trajkotania silnika...
Bez pracujacego silnika nie mialem "planu # B"ˇ, nie moglbym
sie nigdzie schowac a oplywanie przyladkow "pod wlos" to glownie
sztuka unikow i czekania na wlasciwy moment . "Plan # B", dodatkowe
wyjscie na "wypadek wypadku", pozwala mi zachowac balans na tym
rozbujanym pokladzie.
Dlatego z takim uporem walczylem o silnik. Janek skontaktowal sie z
przedstawicielem Perkinsa w Polsce, i ten zapewnial go, ze
jakakolwiek naprawa pompy wtryskowej na jachcie jest niemozliwa,
wymaga specjalnych narzedzi i nowych uszczelek , ale Janek nie pekl
i znalazl sposb...
Niestety himery silnika na tym sie nie skonczyly. Caly znowu
szczesliwy i zwycieski ladowalem baterie, silnik dziarsko terkotal,
wyszedlem sprawdzic rzeczy na pokladzie i zobaczylem, ze razem ze
spalinami silnik wypluwa takze rope albo olej, zostawialismy szeroki
tlusty pas na wodzie.... Zadzwonielm do Marti'ego, kazal mi sie
przygladac sprawie, moze to tylko nazbieralo sie troche ropy w rurze
wydechowej podczas dwoch dni krecenia rozrusznikem, i prob
odpowietrzania ukladu paliwa. Po 20 min rozdarl sie alarm,
informujac ze gubimy cisnienie oleju.
Wylaczyem silnik, i juz teraz wiedzialem co jest grane.
Pier........la chlodniaca oleju silnika pekla w srodku, podobnie jak
wczesniej chlodnica oleju skrzyni biegow, i wypchnela caly olej do
wody chlodzacej silnik i potem ze spalinami.
No nic, wyglada jakby silnik nie chcial byc naprawiony...
Poprzedniego dnia skonczyl sie cukier, szukalem nowej paczki i
znalazlem zapomniana butelke Whisky od Janka. Pociagnalem z gwinta
kilka razy, sprawdzilem kurs i poszedlem spac. Dzis rano wywalilem
zupelnie wymiennik ciepla, polaczylem razem przewody olejowe, i od
teraz olej silnika nie bedzie chlodzony, chyba ze cos pozniej
wymysle. Na dzisiaj nie mozemy uzywac silnika dluzej nic pol godzimy,
potem spada cisnienie rozgrzanego oleju i trzeba go wylaczyc. Akurat
tyle by podladowac troche baterie.
DZIEN 312
Sat
Jan 12 11:30:47 2008 UTC - 53 24.72 S - 77 11.98 W
Cofnelo nas kawal do wczoraj, jutro wiatr ma sie zmienic i
znowu pojdziemy w gore.
Poza tym plyniemy.
Ps: Przepraszam ze nie odpisuje na listy, trwam w gotowosci bojowej
i nie wystarcza mim juz na nic energii, nadrobie zaleglosci kiedy
tylko znowu ruszymy do przodu.
DZIEN 311
Fri
Jan 11 12:14:17 2008 UTC - 53 9.68 S - 76 39.29 W
Plyniemy.
Od 8 stycznia walcze z silnikiem, cos zawiesilo sie w pomie
wtryskowej, nie podaje paliwa do wrtyskiwaczy. Odpowietrzalem ja sto
razy, cos sie w srodku zablokowalo. Obdzwonilem mechanika i serwis
Perkinsa w US. Kiedy sie troche uspokoi, jesli sie uspokoi, bede
musial nauczyc sie naprawy pomp wtryskowych, ale mam do tego takie
kwalifikacje jak widz serialu "Szpital na peryferiach" do operowania
na otwartym sercu...
DZIEN 310
Thu
Jan 10 11:52:51 2008 UTC - 54 40.83 S - 76 8.49 W
Plyniemy.
DZIEN 309
Wed,
9 Jan 2008 19:01:31 -0500
Plyniemy.
DZIEN 308
Tue
Jan 08 12:09:51 2008 UTC - 57 29.55 S - 71 35.51 W
Nad
ranem wiatr troche wykrecil, to byl dla nas sygnal na zwrot.
Nabralismy juz wysokosci, odplynelismy od brzegu, ten poludniowo
zachodni kurs, mimo ze przy tym ukladzie wiatrow byl rozsadnym
wyjsciem, przygnebial mnie jakos, oddalal nas jeszcze bardziej na
poludnie, ale dzis plyniemy juz mniej wiecej w strone niewidzianego
od 10 miesiecy portu. Byloby cudownie przeleciec jednym halsem
reszte ciesniny Drake i wpasc w ramiona cieplego pradu u wybrzezy
Peru i dalej spokojna polowka wjechac w poludniowy pasat. Narazie
jestesmy na 57*S, zimno, do domu daleko i ani kropli
gorzaly.
DZIEN 307
Mon
Jan 07 09:40:03 2008 UTC - 56 56.50 S - 69 24.68 W
Wczoraj minelismy Przyladek Horn. Probujemy wyminac zla pogode.
.jpg)
DZIEN 306
Sun
Jan 06 07:37:29 2008 UTC - 55 49.27 S - 67 17.51 W
Cos mnie obudzilo, dopiero po dlugiej chwili zdalem
sobie sprawe ze juz nami nie rzuca, wiatr nie wyje, i tylko smiglo
generatora wciaz troche pogwizduje...
Jest 3 rano na poludniu niebo rozswietla blada luna.
Sprawdzilem pogode, chyba zaczne wybierac kotwice o swicie, nadal
troche na Hornie dmucha i nadal w oczy, ale wiatr slabnie i nie chce
przegapic ani jednej godziny, kiedy moglibysmy jechac na poludniowy
zachod. Musimy oddalic sie od brzegu i dopiero potem grzac jak tylko
bedzie mozna na polnoc.
Wczoraj rozmawialem z chlopakami z Selmy, o ironio beda tu dzisiaj
wieczorem, w tej samej zatoce,mogliby nam przywiezc gorzaly, miecha,
swiezego chleba..., ale musialbym tu na nich czekac caly dzien, albo
dluzej, a taka zwloka moze oznaczac dla nas 60 mil w dobra strone...
Nie da rady, obedziemy sie smakiem...
DZIEN 305
Sat
Jan 05 15:22:45 2008 UTC - 55 49.27 S - 67 17.51 W
Biczuje nas grad, tlucze o poklad jak setka werbli, zaglusza wycie
wiatru. W nocy kilka razy dzwonil alarm kotwicy, zwiekszylem jego
tolerancje o 10m, wiatr spada z tej gory pod roznym katem i obraca
nami jak wahadlem sciennego zegara..
Jutro mamy miec nasz obiecany wiatr, wyrywamy kotwice, oj bede bolec
raczki...
Wieczorem krzykneli do nas radiem chlopaki z francuskiego jachtu,
zapraszali na kolacje z chilijskich stekow i wino, no ale przeciez
jak ostatni osiol, zalozylem ze podczas tej podrozy nie wolno mi
schodzic z jachtu, i nikomu nie wolno na niego wchodzic.
Wachalem sie chwile, ale wiem jak potem cierpie, kiedy bez
determinujacych powodow zmieniam plany...
A chlopaki pewnie siedza w mesie, zra uduszone z francuska swieze
miesko, a Chile ma podobo doskonala wolowine, ciagna wino i gadaja o
pupie fracuskiej Maryni...
A my tu sami z Wackiem, wygnancy na wlasne zyczenie…, wlasciwie to
Wacek nie mial wyjscia, zostal wcielony do zalogi „po angielsku”.
Dzieki Bogu nigdy nie bede musial powtarzac podobnego rejsu...
Wystarczy raz. Kilka lat od teraz, za horyzontem, czeka na nas
zgrabny, cieply domek z widokiem na las, i jeszcze jeden Jack
Russell, dziewczynka... .
Obiecalem Wackowi, ze zrekopensuje mu ten rok wiezienia, i ktoregos
dnia znajdziemy mu zone.
DZIEN 304
Fri
Jan 04 12:50:01 2008 UTC - 55 49.29 S - 67 17.50 W
Noc spedzilismy w sterowce , wieczorem sie rozdmuchalo, nad ranem
wialo 9 B. Kolo polnocy dmuchnelo jeszcze mocniej i pojechalismy
kawalek na kotwicy, mimo ze wieczorem wydalem extra 30mlancucha.
Zastartowalem naszego silacza i przeczekalismy szkwal z mala na
przod.
Jest 6 rano, wiatr chyba odrobine slabszy, ale wciaz nami szarpie i
wygrywa na olinowaniu makabryczna symfonie. Bardziej sugestywnej
muzyki do filmu pt; “Grzesznik w Czysccu” , nie napisalby sam
mistrz Morricone. Rano wplynal do zatoczki francuski jacht, kapitan
musi znac to miejsce, wjechal prawie na plaze. Pewnie blizej brzegu
tak nie szarpie. Mysmy wchodzili na echosondzie, prawie po ciemku,
bez sczegolowej mapy i sterowania recznego, nie wiedzialem jakie sa
tu plywy, wiec dla pewnosci stanelismy na 10m, nie wplynelismy zbyt
daleko. Francuski jacht ma 16m i z siedmioosobowa zaloga wybieraja
sie na Antarktyke, maja zostac tam tydzien. Tak jak my czekaja tu na
zmiane pogody. Kiedys i ja zastanawialem sie nad takim rejsem, ale
chwilowo marzy mi sie ciepla zatoczka, opalajaca sie na pokladzie
Beata, zimne piwo i dymiacy gril na rufie, z grubym na dwa cale
stekiem.
DZIEN 303
Thu
Jan 03 14:23:33 2008 UTC - 55 49.29 S - 67 17.52 W
Znajomi gratuluja nam Hornu, czyzbym nieelegancko zasugerowal, ze
juz go oplynelismy? W kazdym razie potraktuje te gratulacje jako
dobra wrozbe...
Zreszta gdyby chodzilo o oplyniecie samego Hornu i powrot do
Ushuaia,to 1 stycznia wracalibysmy czonkami klubu Kaphornowcow,
tylko ze w naszym przypadku wyspa Horn nie jest wyjsciem z Ciesniny
Drake...
Dla nas dopiero ja otwiera, w tym miescu rozpoczyna sie cala zabawa...
Przed nami -+ 600 nm jazdy pod wlos... Jesli nic sie nie zmieni
to byc moze 7 stycznia otworzy sie okno akceptowalnej pogody, oby
tak bylo.
Ktos ma dla nas "przyslonic" troche tej dziury z ktorej wieje, i
moze "Hornowski halniak" straci na chwile ta zachodnia zawzietosc, i
przestanie wykrzykiwac "w te strone nikogo nie
przepuszczam, spier.....cie"
Jesli 7-go "dziura sie troche przytka i wiatr zacznie krecic, wtedy
w jego zawijasach moze sie nam uda przejechac kawalek na zachod i
odskoczyc od brzegu.
Jest tak zimno ze, mimo szczerej niecheci wlaczylem piecyk ...
Pilnuje drania,chodzi na najmniejszym biegu i wylacze go w nocy.
Kiedys, cos sie zacielo w zaworze regulujacym doplyw ropy i piecyk
oszalal, w ciagu kikunastu sekond rozpalil sie do czerwonosci, a z
zaworu zaczela wyciekac ropa, koszmar...
Na zewnatrz duje i wyje, zacina grad na przemian z deszczem.
Przesycone woda, sino szare chmury opadly na sama wode, jak gdyby
byly za ciezke by sie uniesc.
Pewnie mozna bu tu tanio kupic dzialke pod domek letniskowy, heheh .
Mamy rozdarty bezan,ale na zewnatrz tak pizdzi i wyje, ze od samego
wygladania przez okno robi sie zimno, szycie bedzie musialo poczekac,
moze jutro ...
DZIEN 302
Wed Jan 02 17:38:25 2008
UTC - 55 49.29 S - 67 17.52 W
.jpg)
Stoimy na kotwicy, oslonieci od fali, i czesciowo od wiatru, ale ta
reszta, ktora przedostaje sie porzez wierzcholek gory, powoduje maly
huragan w zatoczce. Powaznie zastanawialem sie czy nie wyrzucic
drugiej kotwicy, ale gdy pomyslalem ze bede je musial potem obie
targac rekami, bo winda kotwiczna nie dziala od dawna, postanowilem
poczekac.
Nasza glowna kotwica ma 50 kg, stoimy na 11m, wydalem 70m lancucha.
Dno wydaje sie piaszczyste, narazie trzyma, chociaz targa nami
we wszystkie strony, ale jesli nawet bedziemy sie slizgac, to
wydmucha nas z zatoki na otwarta wode, wiec nie bedzie tragedii.
Dwa dni temu dosc gladko przeszlismy ciesnine La Maire. Pchal nas
silny zachodnio polnocny wiatr, grzalismy pelnym polwiatrem, ale z
powodu silnego, przweciwnego pradu, mimo 6 wezlow po wodzie, nie
robilismy wiecej jak 2 po dnie.
Nieustannie obserwowalem pogode, majac naiwna nadzieje, ze byc moze
uda sie wejsc w ciesine Drake z marszu, ale wygladalo ze nastepnego
dnia bedzie tam wialo 7-8, przez nastepne kilka dni 7, i potem znowu
8..., oczywiscie w oczy... Mimo to, po wyjsciu z La Maire
skierowalismy sie w strone Ciesniny Drake. Minela druga noc bez
spania i wczoraj, przed poludniem, od Horna dzielila nas tylko Wyspa
Herschel, ktora szlachetnie oslania nas teraz czesciowo od wyjacego
wiatru i wielkiej fali.
Wychylilismy sie troche zza niej, na zrefowanym bezanie i foku
marszowym, Luka jeknela, jakby z wyrzutem, i od razu skierowalo nas
w strone bieguna poludniowego. Nie ma juz watpliwosci, musimy czekac
na przyjazny wiatr, inaczej sie nie da.
Musi powiac z innego kierunku niz zachodni, nie jestesmy wybredni i
bierzemy kazdy wiatr, ponizej 8 B, wiejacy spoza zachodniej cwiartki.
Poki co, stoimy w dzikiej zatoczce Patagonii i w przerwach pomiedzy
padajacym co 10 gradem i deszczem, podziwiamy piekny i surowy urok
tego miejsca... Gdyby nie nakaz "bez dobijania do brzegu",
rozwijalbym juz ponton i jutro lazilibysmy z Wackiem po wyspie.
Po drodze (z daleka) mijalismy zdaje sie male pingwiny, stojace na
plaskich skalach, foki i delfiny witaly nas gdy wchodzilismy w kanal
miedzy wyspami Deceit i Freycinet.
W sumie wyglada tu troche jak na Alasce, chociaz tam wyspy sa
bardziej zielone, a na niektorych zyja jelenie, a takze przywiezione
przed wojna, jako rezerwy zywnosci, swinie i bydlo, ktore zdziczalo
i doskonale przystosowalo sie do tamtejszych warunkow. Gdyby i tu
tak bylo, pewnie nie oparlbym sie pokusie i wyskoczylbym z Wackiem
na male polowanko.
Kiedys obiecalem sobie, ze nie bede wiecej polowal, ale jestem teraz
na takim glodzie swiezego miesa, ze z gory bym sobie ta zdrade
wybaczyl.
Wyspy jednak wygladaja na niezamieszkale, chociaz z tej odleglosci
moze sie tak tylko wydawac...
Moze ktos zerknie na internecie co mieszka na wyspie Herschel...
DZIEN 301
Wed Jan 02 00:00:17 2008 UTC - 55
49.29 S - 67 17.52 W
Stoimy na
kotwicy, 10 nm. na polnoc od Przyladka Horn, schowani
w dobrze oslonietej zatoczce, czekamy na nasz wiatr..., narazie
wichura z zachodu...
|