Cisza na morzu, niz z polnocy sie spoznia, jest zupelnie plasko.
Doskonala pogoda na butelke dla samotnego zeglarza, jesli do
wieczora nie dmuchnie, jutro bede mial kaca. Zrobilem wczoraj „krowki”,
wygladaja mniej wiecej jak mina Wacka, ale zupelnie dobre w smaku.
Czasem daje kawalek Wackowi, wyszly super "mordoklejk", natychmiast
przyklejaja sie do podniebienia i mam ubaw obserwujac proby Wacka by
sobie taka slodka krowe od zebow odkleic...
Sat Sep 22 06:45:09 2007 UTC - 23 34.25 S -
2 10.01 W
Dzien jak wczoraj, pojawily sie polujace na cos
ptaki, musza tu byc male ryby, a gdzie sa male, tam powinny byc
wieksze... Moze wiec los sie usmiechnie i zlapiemy jakas smaczna,
nie za duza rybe...
DZIEN 199
Fri Sep 21 08:22:21 2007 UTC - 23 59.84 S -
0 47.01 W
Wrocilismy na polkule zachodnia i choc to tylko
kreska namalowana na mapie, ta czesc swiata wydaje sie jakas swojska.
Atlantyk jest dla nas laskawy i choc 15 stopni na poludnie wiatr
nadal "wygrywa" swoje zimowe sztormy, my mamy tu wspaniala pogode.
Nadrabiamy ta trasa kawal drogi, w stosunku do trasy poludniowo
zachdniej z Przyladka Dobrej Nadziei, ale mimo to nie zuzyjemy na
nia duzo wiecej czasu. Idac po ortodromie laczacej dwa przylaki
czekaloby nas 5 tysiecy mil masochistycznego przedzierania sie przez
silny przeciwny prad i sztormowe wiatry, wiejace prosto w oczy.
Pierwsza trasa, ta po ortodromie, przypomina 5 kilometrowa
wspinaczke w gore po prawie pionowej sciane, ta ktora plyniemy to
7km. lagodnej drogi w dol...Co prawda podjelismy sie oplyniecia
swiata ze wschodu na zachod, ale
do zeglowania pod prad i wiatr mamy zdecydowana niechec, traktujemy
to jako zlo konieczne i plywamy tak tylko wtedy, gdy nie ma innego
wyjscia. Zaloga Luki pozbawiona jest zupelnie sklonnosci
masochitycznych, preferujemy przyjazne, umiarkowane wiatry i niebo
pelne gwiazd. Zataczajac to kolko, zeglujemy szczesliwi, szlakiem
starych zaglowcow, nie narazajac Luki ani nas samych na awarie, no i
swiat w takich warunkach wydaje sie o wiele ladniejszy....Tylko
Beata daleko i ryby nie chca cos brac...
DZIEN 198
Thu Sep 20 10:31:11 2007 UTC - 24 28.14 S -
0 20.98 E
Nadal prawie sztyl, cos tam nas jednak popycha bo
do poludnika 0 juz tylko 27 mil. W nocy ksiezyc swiecil jak latarnia
i choc wstydliwie pokazywal tylko polowe twarzy, oblewal wszystko az
po horyzont mdlym, zdechlozoltym swiatlem. Zjadloby sie jakas
przystojna swieza rybke, ale ryb tu nie widac.
DZIEN 197
Wed Sep 19 06:35:19 2007 UTC - 25 10.95 S -
1 5.83 E
Dzis prawie flauta, pogoda na plaze. Tylko jeden
stopien dzieli nas od ponownego wejscia na polkule zachodnia.
Przesunalem zegarek godzine do tylu, choc zgodnie z tym co pokazuje
zegar pokladowy powinienem cofnac czas o dwie godziny, ale wtedy
slonce wstawaloby u nas o 5:30 rano, komu chcialoby sie tak
wczesniej wstawac... hehe... Gdyby nie to, ze jestesmy prawie na
srodku oceanu, a na srodku oceanu ryb "ni kuta", mozna by dzis
wystawic na poklad turystyczne krzeslo, rozwinac wedke i "zaciagajac
sie" afrykanskim browarem kontemplowac cisze.
DZIEN 196
Tue Sep 18 10:52:51 2007 UTC - 25 20.77 S -
1 37.33 E
Wiatr i kurs ten sam. Dzis rano, podczas mycia
zebow zlamala mi sie „przy samych jajach” przednia dwojka. Jeszcze
tylko cos wybije mi oko i bede wygladal jak pieprzony pirat. Jak ja
teraz pokaze sie mojej zonie, a zrobilem juz takie ambitne plany na
nasze powitanie... Trzeba bedzie chyba zaczac od butelki wina,a
nastepnego dnia prosto do detysty...
DZIEN 195
Mon Sep 17 07:40:21 2007 UTC - 25 56.49 S -
2 57.40 E
Kurs i wiatr bez zmian. Wczoraj odwiedzila mnie
nostalgia, majaczyla o mojej slicznej Beacie krzatajacej sie po
kuchni, w oszczednym domowym stroju(na Florydzie jest bardzo goraco...)
i o mnie samym, siedzacym na swojej kanapie, wpatrzonym w jej
sliczne ... wlosy. Potem zadzwonil Janek, otoczony urokiem Agnieszki,
szczesliwy, i chyba tym szczesciem chcial sie ze mna troche
podzielic. Dochodze do wniosku, ze najwiekszym mankamentem samotnego
zeglowania jest niemoznosc podzielenia sie z kims bliskim, tym co
czujemy. Nawet najwieksza radosc, jesli nie mozna jej komus
bliskiemu pokazac, jest jak uwolniony z klatki ptak, ktory jednak
nie wie gdzie ma poleciec...
Po telefonie Janka otworzylem butelke i wlaczylem dobry film, w
nadzieji, ze ta rozmiekczajaca mnie coraz bardziej zmora poleci
gdzies i znajdzie inna ofiare. Pomysl okazal sie dobry, film mimo ze
w przeszlosci ogladalem go juz kilka razy, wciagnal mnie od nowa.
„The Good,The Bad and The Ugly” ( „ten Dobry,ten Zly i ten Brzydki”)
ze wspaniala muzyka Ennio Morricone. Clint Eastwood (z jakichs
przyczyn zawsze przypomina mi mojego przyjaciela z Ilawy, Gzeska
Rogattego) - The Good, jak zwykle dla siebie, bezblednie odegral
dobrego bandyte, Lee Van Cleef – The Bad, byl rowniez niezly ,ale
prawdziwa gwazda tego filmu jest - The Ugly, wspaniale pokazany
przez Aldo Giuffre, ktory ukazal postac „brzydkiego „ tak
przekonywujaco, ze wydaje sie
niemozliwe, by caly ten czas tak doskonale udawal..., przynajmniej w
jakiejs czesci musial „grac” samego siebie... Rano wstalem z lekkim
kacem, ale po nostalgii nie bylo sladu...
DZIEN 194
Sun Sep 16 07:49:11 2007 UTC - 26 27.98 S -
4 24.99 E
Wiatr pcha nas lagodnie na polnocny zachod i
wszystko dookola wyglada ladnie. Dzis poswiecimy troche czasu
generatorowi pradu. Dzielny, maly silniczek juz dobre pol roku
pracowicie laduje baterie, wprawia w ruch wytworna slodka wode i
ozywia prawie kazdego wieczoru 20 calowe, pokladowe kino.
Sprawdzalem rano licznik godzin, brakuje mu jeszcze 50 do wymiany
oleju. Olej w silnikach wymieniamy co 200 godz. jesli silnik pracuje
czesto, i co 150 godz. lub 6 misiecy jesli wlaczany jest rzadko.
Pewnie wymienie olej w obu silnikach jednoczesnie, temu w silniku
glownym "wyrosla broda"...Wydaje sie ze jestesmy tu zupelnie sami,
kiedys plywaly tedy na zachod wielkie zaglowce, zaladowane
indyjskimi przyprawami, chinska porcelana i jedwabiem. Teraz panuje
na szlaku pustka, nie widac na horyzoncie brzuchatych zagli, nie
slychac bosmanskich gwizdow, i nikt juz nie spiewa przy pracy o
zwrotnej jak maly sliczny jacht portowej dziwce Sally. A my, no coz,
sprawdzamy tylko czy stary zachodni szlak wciaz jeszcze nadaje sie
do zeglugi...
DZIEN 193
Sat Sep 15 09:48:45 2007 UTC - 27 5.22 S -
5 42.48 E
Przycichlo dzisiaj, ale wciaz mamy 3-4 B w dobra
strone, fala takze sie kurczy, chwilami prawie w ogole nie buja i
czujemy sie jak w porcie. Snilo mi sie wczoraj, ze zobaczylem na
horyzoncie wielki zaglowiec,a wlasciwie jego wypelnione wiatrem
biale, brzuchate zagle, wezme to jako dobra wrozbe. Wczoraj mielismy
mala robotke w maszynowni, wlaczylem silnik zeby sprawdzic czy zyje
i pozwoloc mu sie rogrzac. Oczywiscie wykorzystalem fakt ze pracuje,
by podladowac akumulatory. W pewnym momencie uslyszalem przeciagly
gwizd i wskaznik obrotow silnika przestal je pokazywac. Skoczylem do
maszynowni, okazalo sie ze pekl pasek klinowy napedzajacy glowny
alternator (mamy 2). Paski klinowe pekaja i nie powinno byc w tym
nic niepokojacego, tylko ze silnik ma dopiero 200 godzin po remoncie
i pasek powinien byc prawie nowy. Przyjrzalem sie calemu towarzystwu
dokladnie i okazalo sie, nie po raz pierwszy zreszta, ze spieprzylem
sprawe jeszcze przy remoncie silnika. Alternator, a raczej kolko z
rowkiem, ktore poruszal pasek, nie bylo dokladnie w linii z rowkiem
na kole silnika. Pasek tarl o jego krawedz i zuzyl sie jak skarpetka.
Skorygowalem ustawienie alternatora kilkoma podkladkami dystansowymi
i zalozylem nowy pasek. To juz ktorys raz z kolei poprawiam swoje
wlasne "fuck'apy". Wlasciwie caly remont jachtu przeprowadzilem
wlasnymi rekoma, wiele rzeczy robilem po raz pierwszy i wtedy
kierowalem sie bardziej wobrazeniami o tym, w jaki sposob powinny
byc zamontowane, lub zrobione. Okazalo sie, ze nie zawsze trafialem
i tak jak teraz, cala sprawe trzeba bylo poprawiac. Wtedy wydawalo
mi sie, ze alternator jest ustawiony dostatecznie prosto w stosunku
do silnika, zycie jednak, to moje wyobrazenie zweryfikowalo,
wycisnelo male pietno w mojej pamieci i teraz, na reszte zycia
zapamietam, w jakim polozeniu w stosunku do silnika, powinien
znajdowac sie alternator. Sadze ze konfrontacja naszych wyobrazen,
marzen z rzeczywistoscia, tworzy te prawdziwe, pietnujace nas
doswiadczenia. Prawie cale dorosle zycie wydawalo mi sie, ze
posiadam wszelkie niezbedne predyspozyje, by samotnie oplynac swiat.
Ale dopoki w ta swoja podroz nie wyruszylem, moje wyobrazenia o niej
byly jak duch bez ciala, jak dusza nieozywionej jeszcze istoty.
Dopiero wylaniajacy sie z marzen jacht i wyruszenie w rejs, nadalo
im fiyczna forme i teraz naprawde zaistnialy... A poniewaz to ja
bylem autorem swoich marzen, i to rowniez ja nadalem im fizyczna
forme, wierze solenie, ze moja podroz obedzie sie bez tych
wszystkich dramatow, zlamanych masztow, walki o zycie i ze spedze
ten czas bliskosci z Mama Ocean w harmonii i doskonalej formie.
Teraz wlasnie weryfikuje swoje wyobrazenia i poza wysuwajaca mi sie
z dziasla jedynka i kilkoma momentami zawahania, ktore jednak
rozplynely sie gdzies po pierwszej szklance whisky, swiat wokol mnie
wyglada zupelnie jak ten ktory kiedys w swoich myslach stworzylem.
Doswiadczam czasem malych porazek, ale to wlasnie dzieki nim,
doswiadczam potem wielkich zwyciestw...,- wazne tylko, na ktore
doswiadczenia kladziemy potem wiekszy akcent hehehe... Mozliwosc
popelniania swoich wlasnych bledow, a potem szansa by je korygowac,
a jesli skorygowac sie ich nie da, zapamietac ich wartosc bez
samodestrukcyjnego poczucia winy, to zdaje sie najwspanialsza i
najbardziej efektywna droga, by nauczyc sie wlasciwie wybierac, by w
efekcie, na koncu dostrzec, ze do wyboru pozostala juz tylko
milosc...
Ps: Zadziwiajce, jak niefrasobliwie udalo mi sie przeslizgnac z
alternatora na milosc... hehe.. Butelka 15 letniej whisky temu, kto
rozwiaze rownanie - "alternator + milosc =............"
DZIEN 192
Fri Sep 14 09:42:03 2007 UTC - 27 46.60 S -
7 8.35 E
Pogoda super zeglarska, Luka prowadzi sie sama,
slychac tylko czasem popiskujaca pompe autopilota i oplywajace
kadlub fale, kiedy jak morski labadz (troche przerosniety) zjezdzamy
po falach, klaniajac sie gleboko Mamie Ocean... Nad ranem
sprawdzilem prognoze pogody, zapewnia ze bedziemy miec przez
nastepne kilka dni sprzyjajace, umiarkowane wiatry. W takich
warunkach, latwo mozna od nowa zakochac sie zeglowaniu, zwlaszcza ze
nie ma potrzeby niewolniczego zaciskania rak na kole sterowym. Swoja
droga ten wheaterfax to cudowna rzecz, pokazuje kawalek przyszlosci.
Wiadomo, jak silny bedzie wiatr jutro, pojutrze, i dzien potem. Dla
zeglarza to wiedza fundamentalna, od wiatru zalezy komfort i
poczucie bezpieczenstwa, lub niewygoda i poczucie zagrozenia. Jak
olbrzymi wplyw na nasze zycie i decyzje, ktore nieustannie
podejmujemy, ma poczucie bezpieczenstwa, wie chyba kazdy od chwili,
gdy wypuscil z reki opiekuncza dlon matki i zaraz potem napotkal „nieznane”.
Pan Maslow zupelnie slusznie stwierdzil, ze potrzeba bezpieczenstwa
to fundament wszystkich innych psychicznych potrzeb czlopwieka.
Niezaspokojona, blokuje rozwoj wyzszych potrzeb. Jeszcze nie tak
dawno pogode, bardzo ogolnie i niezbyt trafnie przepowiadali „gorale”,
teraz wystarczy wcisnac kilka klawiszy i na ekranie ukazuje sie
przyszlosc. Pogoda, tak jak wszystko na naszym swiecie, podlega
uniwersalnemu prawu „przyczyny i skutku”. Meteorolodzy obserwujac
przyczyny, dzis juz bez problemow przewiduja ich skutki, w postaci
np. sily i
kierunku wiatru w ciagu nadchodzacych dni. Czy jest wiec mozliwe, ze
ktoregos dnia zbudujemy komputer o tak duzej sprawnosci, ze bedzie w
stanie, na wzor dzisiejszych meteorologow analizowac przyczyny i dac
rzetelna „prognoze” nastepnego roku zycia pana X.... ,lub
przewidziec efekt do jakiego doprowadza decyzje polityczne, podjete
przez naszego kochanego Prezydenta i spolke, w nastepnych trzech
latach. Traci fantastyka, ale lodz podwodna Juliusza Verne'a byla w
jego czasach pomyslem niemniej fantastycznym.
DZIEN 191
Thu Sep 13 06:04:35 2007 UTC - 28 52.17 S -
9 39.00 E
Pogoda dzis super, pcha nas 4 B z baksztagu,
wstaje wlasnie slonce i jak ptak, wyrywa mi sie piosenka - "tylko mi
ciebie brak w tym wiezniu Beatko, i tylko mi ciebie brak, ciebie tu,
ciebie tu.....", takie poranne przytulenie mojego aniolka..., ech ty
zeglarski losie...
Wydaje sie ze nie jestemy w stanie prawidlowo ocenic rzeczy i
sytuacji "kiedy siedza nam one na kolanach". Dopiero z dystansu, lub
gdy przemina, mozemy w pelni ocenic czym sa, lub czym dla nas byly.
Wacek coraz czesciej wpycha morde na moja poduszke, gdy spimy w
mesie
i czasem budzi mnie jego smierdzacy oddech, zaczyna byc mu chyba
zimno, ma krotka i rzadka siersc. Kupilem mu kiedys cieple ubranko z
mysla o Przyladku Horn, nie jestem tylko pewien jak bedzie przez nie
sikal... Musze je odkopac, moze trzeba bedzie zrobic w nim rozporek...
DZIEN 190
Wed Sep 12 09:49:37 2007 UTC - 29 34.46 S -
11 5.28 E
7 rano, pije pierwsza kawe, okazalo sie ze wiatr
nareszcie wykrecil, narazie slaby jak niemowle, ale za kilka godzin
pewnie zmeznieje i wykreci bardziej na zachod. Po tym okrazaniu
Afryki zeglowanie znowu stalo sie przyjemnoscia, wspominalem juz o
tym, ale coraz czesciej dociera do mnie, ze decyzja zeby wyplynac z
Ensenady o tak wczesnej porze roku, byla madra, zwlaszcza gdy udalo
sie nam bez wiekszych strat oplynac zimowa Afryke. Teraz na polkuli
poludniowej, powoli zaczyna sie wiosa i jestem pewien, ze gdy juz
dotrzemy na poludnie Ameryki, Cobo De Hornos przywita nas dobra
pogoda, moze nawet pozwoli na mala exstrawagancje, ktora po cichu
planujemy. Czuje ze mimo przeroznych zdarzen w moim zyciu, nie
zawsze ocenianych przezemnie jako dobre, nigdy do konca nie
opuszczalo mnie szczescie. Cos podkladalo mi pod tylek poduszki gdy
walilem sie z loskotem, zostawialo niedomkniete drzwi gdy czulem sie
osaczony i czesto z anielska cierpliwoscia, czasem poprzez czyjes
rece, podawalo jak spragnionemu wedrowcowi "kubek chlodnej wody". Te
wszystkie "zle" doswiadczenia, - rozsypany na 15 kawalkow lokiec w "przeddzien"
wyplyniecia w rejs, wakacje w rzadowym osrodku wczasowym (nigdy juz
nie tkne fasoli) na Florydzie, i te wszystkie inne zaciskajace
gardlo atrakcje, ktorych bylo na mojej drodze duzo wiecej( nie bede
ich w tych relacjach opisywal ) nie okaleczyly mnie, nie ograniczyly
umiejetnosci postrzegania. Czuje wrecz, ze uwrazliwily mnie na swiat,
ktory kiedys byl dla mnie zamkniety. Te wszystkie "zle"
doswiadczenia mobilizowaly do weryfikacji wczesniej podjetych
decyzji, zmuszaly by spojrzec na swiat pod innym katem i zwykle,
rodzilo sie z nich wysylane do Pana Boga pytanie - "dlaczego ?..."
Ktos, kto znal Boga bardzo dobrze, powiedzial kiedys "....szukaj, a
znajdziesz,...pukaj, a bedzie ci otworzone"
Pamietam siebie, malomiasteczkowego ignoranta probujacego wykrecac
ludziom rece, byle tylko swiat krecil sie w "moja strone" i
widze siebie teraz i choc traci to moze megalomania, dzis lubie
siebie o wiele bardziej. Kto wie, kim bym sie stal, gdybym kiedys
nie rozstal sie z zona i pozostal w mojej Ilawie. Przypuszczam ze
zaczelyby mi rosnac cycki, mialbym podwyzszony cholesterol, niezywe
malzenstwo i przeswiadczenie ze tylko ja mam racje, a reszta swiata
to glupcy...
I kto wie, byc moze to "zle" w naszym zyciu, to "wystrzal pistoletu"
ktory odrywa nasza uwage od rzeczy juz znanych i przenosi ja na inne,
lezace na nowej plaszczyznie swiadomnosci miejsce...
DZIEN 189
Tue Sep 11 07:11:31 2007 UTC - 29 37.40 S -
11 13.74 E
Wczoraj cisza, dzis 7 B w oczy, wieczorem zmieni
sie na 4-5 ze wschodu i mam nadzieje, zostanie tak na troche. Wujek
Janek dojechal juz do swojego Gostolina, wciaz czuje smak suszonej
kielbasy, choc juz przed paroma dniami zjadlem ostatnie podsuszone
petko... Mamy za to browar, ale staram sie nie siegac po niego z
nawyku, tylko wtedy gdy czuje wyrazna ochote, inaczej juz by go nie
bylo. Wacek coraz natarczywiej domaga sie zabawy, popiskuje, macha
ogonem, najchetniej kaze wyrywac sobie z pyska kawalek skorzanej
kosci, az dziwne ze nie dostaje od tego wstrzasu mozgu. Jest tak
zawziety ze moglbym trzymac ta skorzana kosc, z wczepionym w nia
Wackiem, rozkrecic w powietrzu jak mlynkiem i rzucac nim w powietrze.
Zawziety maly bandyta.
DZIEN 188
Mon Sep 10 06:22:35 2007 UTC - 29 29.63 S -
11 18.08 E
Cisza na morzu. Jest cieplo, pojawila sie zdechla
fala z poludnia, cos sie tam kotluje. Prawie codziennie pojawiaja
sie delfiny, nie zawsze jednak przyplywaja w odwiedziny. Najczesciej
slysze ostrzegawcze ujadanie Wacka, wychodze na poklad, i widze
przemykajace tu i tam pletwy grzebietowe. Czasem "blysna" z wody
jasnym brzuchem, ale nie bawia sie przed dziobem, nie spogladaja na
nas z ciekawoscia w oczach, wyglada jakby polowaly... Od kilku dni
ciagniemy wedke, ale narazie "nikuta", byc moze za wolno plyniemy.
Wydaje sie ze przynety nabieraja atrakcyjnosci, gdy plyniemy
szybciej niz 5
wezlow..., narazie puszki. Wspominam ta kielbase od Jasia ...., ech
coz to bylo za zarcie. W nocy zadzwonil Robert Krasowski, mielismy
umowiona lacznosc radiowa, ale nic nie dolecialo. Zaczalem
podejrzewac ze cos nie gra z moim radiem, ale dzis rano pokrecilem
troche galkami, i slyszalem jakies radio z Afryki i Filipin takze
sygnal czasu, wiec przynajmniej odbior dziala. Moze dzis w nocy uda
sie pogadac...
DZIEN 187
Sun Sep 09 06:14:23 2007 UTC - 29 59.35 S -
11 38.68 E
Wiatr mamy dzis anemiczny i do tego ma ochote
zupelnie wykrecic, co troche musze podbierac zagle. Prognoza pogody
"mowi" ze jutro dmuchnie nam mocno w oczy, ale byc moze uda sie nam
wyminac centrum tego malego nizu i zawadzi nas tylko troche. Wczoraj
wrzucilem wedke do wody, zjadlbym chetnie swieza rybe. Postanowilem
nie katowac sie i nie jesc codziennie ryby jesli zlapie, usmaze na
dwa dni, reszte wysusze i bedzie potem do ryzu.
DZIEN 186
Sat Sep 08 06:54:39 2007 UTC - 30 17.78 S -
12 16.43 E
Wiatr zdychal cala noc, musialem wychodzic kilka
razy na poklad. Teraz, rano, cos mu tam jeszcze dryga, ale to za
malo, autopilot gubi chwilami kurs, nie ma tez martwej fali, zdechla
razem z wiatrem... Mimo to przesuwamy sie w chcianym kierunku, ze
dwa wezly. Gdybym mial tylko samoster, musielibysmy teraz krecic sie
w kolko. Samostery to wspanialy wynalazek ale zarazem chimerne
„istoty,” nie dzialaja w slabych wiatrach, nie lubia kursow z
wiatrem, zamontowane sa w bardzo eksponowanym na uderzenia fal
miejscu, czesto ulegaja awariom. Ten, ktory ja zabralem jako plan
„d”, zgubil pletwe sterowa juz na poczatku rejsu. Poltoracalowy,
pelny pret, bedacy trzonem steru, zlamal sie i zanurkowal.
Wewnetrzny autopilot nie jest narazony na zlamnie lub wygiecie, a
jesli jest dobrej firmy i potrafimy zbalansowac uklad zagli, zuzycie
pradu moze byc niewielkie i co wazne, daje znac jesli zdazy mu sie
zejsc z kursu. Dla odmiany, w przypadku samosteru, jacht skreca, gdy
wiatr skreca... Wyobrazmy sobie zegluge blisko brzegu...nieustanna
kontrola kursu i stres. Jedyny plus samosteru, to gdy jestesmy
daleko od brzegu i nie zalezy nam na plynieciu wezem, lub zmiana
kursu na kilka godzin, nie musimy wstawac w nocy i podbierac lub
luzowac zagli, jacht niezaleznie od zmiany kierunku wiatru, dalej
bedzie plynal polwiatrem lub baksztagiem na ktorym go ustawilismy.
Pompa zezowa wlacza sie od wczoraj, dwa razy czesciej niz zwykle,
zrobimy dzis inspekcje zaworow dennych.
DZIEN 185
Fri Sep 07 08:28:57 2007 UTC - 30 53.45 S -
13 26.06 E
Kochanie moje wczoraj nie dzwonilo, to moze
oznaczac ze zaspalo do
pracy. Jestes mi winna SMS.
Plyniemy starym szlakiem zaglowcow, prowadzacym z czubka Afryki do
Atlatyckich portow. Za jakis czas drogi zaczna sie rozchodzic, ale
narazie jest tylko jedna, prowadzaca ze wschodu na zachod. Gdy
przymykam oczy, zwlaszcza po trzecim lyku z flaszki, widze tuz obok
wypelnione wiatrem wielkie zagle powolnych brygow, szkunerow i
biegnace po falach klipy herbaciane. Czar jednak pryska, zagle na
rejach zmieniaja sie w ginaca gdzies w oddali piane i wydaje sie ze
jestesmy jedynym zaglowcem na calym swiecie... Zastanawiajace ze od
dnia wyruszenia z Ensenady nie widzialem nawet deski z zaglem...
Gdzie podzialy sie te wszystkie zaglowe pieknosci, zbalansowane
keche, szybkie slupy, smukle jole i dostojne gafle ? Wydaje sie ze
poza nami nie ma juz nikogo, a tak wspaniale byloby wziasc do reki
mikrofon, w druga browar i pogadac z bratnia dusza o peknietym
wczoraj bloczku albo najbezpieczniejszej o tej porze roku trasie
wokol Przyladka Dobrej Nadziei ...Ehhh.. moze Andrzej Korycki mial
racje, gdy spiewal ze prawdziwych zeglarzy juz nie ma, zostaly tylko
uwiezione, jak ptaki jachty w kamiennych klatkach portow, a wraz z
nimi, na wpol obumarle ludzkie marzenia. Ale nie wszystko stracone,
czasem udaje sie wyjatkowo odwaznemu zeglazowi uwolnic ktorys i
wyplywaja razem w dluga podroz Wlasnie przeczytalem o Tomku
Cichockim, ktory rusza w tych dniach, lub moze juz wyruszyl w swoj
wielki rejs, dookola swiata, samotnie,bez dobijania do portow -
kogos mi ten Tomek przypomina... Bedziemy sie mijac na starym
Atlantyku, choc gdy on tu dotrze, ja bede juz pewnie przy wybrzezu
Ameryki Poludniowej, w drodze na Cabo De Hornos. Zakladajac ze
bedzie mial na pokladzie SSB radio, moze uda sie nam czasem pogadac...
Ps: Wczoraj wieczorem odwiedzil nas wieloryb. Pierwszy raz wynurzyl
sie tuz przy burcie, ale zanim polecialem po aparat, oddalil sie
troche... Mial zdaje sie nadgryziona pletwe grzbietowa, pewnie jakis
weteran... Zalaczam male zdjecie.
.jpg)
DZIEN 184
Thu Sep 06 07:36:03 2007 UTC - 31 44.74 S -
15 31.79 E
Doczekalismy sie przyzwoitego wiatru, zaczal
wykrecac poznym wieczorem, zabralismy sie z nim na polnocny zachod.
Nie spalem dzis prawie wcale, cala noc przedzieralismy sie przez
flotylle statkow rybackich. Ryba musiala tu niezle brac, bo
minelismy ich ze trzydziesci, chociaz czesc z nich moglismy mijac
kilka razy, krecily sie w kolko, czesto zmienialy kierunek i
zawracaly, nie bylo mozna przewidziec gdzie beda za chwile. Jesli
nie wydarzy sie nic nadzwyczajnego bedziemy plynac szlakiem "wytartym"
przez stare zaglowce, podazajace z Afryki poludniowej do Brazylii,
potem w okolicy 10*W zaczniemy wykrecac na poludniowy zachod, a
potem juz wzdluz wybrzezy Ameryki Poludniowej na poludnie do
Przyladka Horn. Nadal sie nam nie spieszy, oznacza to komfort i
lenistwo, nie ma walki o kazda mile w obawie ze spoznimy sie na
optymalny czas przejscia przyladka Horn. W sumie decyzja by wyplynac
wczesniej byla madrzejsza niz mi sie dotad wydawalo. Luka nie jest
jachtem regatowym, to ciezka,wygodna lajba, i do tego obladowana
sprzetem i zapasami do granic rozsadku, a ja jestem typem zeglarza,
ktory wieczorem skraca zagle by dac sobie szanse na spokojna noc.
Mam duzo zapasow i duzo czasu a Mama Ocean znowu sie do nas usmiecha.
DZIEN 183
(Sroda, piaty wrzesnia)
Wed Sep 05 06:44:07 2007 UTC - 32 29.32 S -
16 32.33 E
Juz druga dobe lagodny zachodni wiatr spycha nas
w strone Afryki, jest jeszcze duzo miejsca po zawietrznej, poza tym
dzis wieczorem wiatr powinien sie zmienic na wschodni i mamy
nadzieje poleciec z nim na polnocny zachod. Wczoraj bylo kreatywnie,
naprawilem swiatlo pozycyjne, okazalo sie, ze zjarala sie wiekszosc
malych zaroweczek LED. Przepalily sie pewnie gdy ladowalem baterie,
napiecie w systemie dochodzi wtedy do 29 V a w „oprawke ” wlutowalem
ich tylko 7 (7x3.6V=25.2V) Tym razem zrobilem „zarowke" z 8 led’ow,
nie powinna sie teraz przepalic. Zadziwiajace jak jaskrawo swieca te
maluchy, oswietlaja w nocy polowe rufowego pokladu. Po poludniu
wzialem sie za ante GPS. Probowalem laczyc kabelki w rozny sposob,
kolory kabelkow przy zapasowej antenie byly inne, niz te przy
zepsutej ... Za kazdym razem musialem czekac kilka minut, obserwujac
program nawigacyjny, czy "widzi" antene. Po kilkunastu probach na
ekranie pokazala sie wreszcie pozycja i szeroki usmiech na
nieogolonej gebie jednego zeglarza. Polutowalem i solidnie
zaizolowalem polaczenie, teraz znowu mamy szczegolowe mapy i
automatyczne wysylanie pozycji. Zre sucha kielbase, zastanawialem
sie czy oszczedzac i zjadac codziennie po trochu, ale w koncu
postanowilem rozprawic sie z nia bez skrupolow, zajadam sie nia na
okraglo i popijam bardzo dobrym, poludniowo - afrykanskim piwem.
DZIEN 182
(Wtorek, czwarty wrzesnia)
from mail.gmn-usa.com Tue, 4 Sep 2007
07:42:11 +0000 (UTC)
Powoli oddalamy sie od Afryki, chociaz w tej
chwili staramy sie oddalic jak najszybciej od obszaru wiatrow
zachodnich, kurs mamy prawie na polnoc. Za dzien, dwa przejdziemy
pas oddzielajacy nas od wiatrow wschodnich i wtedy na dobre
zaczniemy oddalac sie od brzegow Afryki. Od wczoraj nie minal nas
zaden statek, to wspanialy znak, za troche bedziemy znowu sami z
Mama Ocean, nasze zycie na Luce uspokoi sie i wygladzi jak lesne
jezioro. Znowu zaczniemy z Wackiem liczyc gwiazdy i zastanawiac sie
czy te cztery gwiazdy obok siebie, to na pewno Krzyz Poludnia....
Uznalem ze najwazniejsze dzis to naprawienie swiatla pozycyjnego,
zniszczonego przez jakas fale, przechodzimy znowu na poziom
oszczedzania pradu, a to swiatlo zrobione jest z bardzo oszczednych
swiatelek LED. Jest jaskrawe i prawie nie zuzywa pradu, teraz gdy
nie ma juz potrzeby wlaczania trzech zarlocznych swiatel
nawigacyjnych, znowu bedziemy ladowac baterie tylko raz dziennie.
Wiatr wlasnie zdechl, krecimy sie w kolko z szarpiacym sie z burty
na burte bezanem, moze zaraz cos dmuchnie i bezan ustawi nas
przynajmniej dziobem do wiatru...
DZIEN 181
(Poniedzialek, trzeci wrzesnia)
from mail.gmn-usa.com Mon, 3 Sep 2007
09:11:09 +0000 (UTC)
.jpg)
Swiat znowu jest sliczny, a zycie to wspaniala
przygoda. Spalismy dzis cale 5 godzin... Pogoda super i po
przeciwnych wiatrach Przyladka Dobrej Nadziei, teraz wiatr jakby
chcial nas wynagrodzic i pcha Luke lagodnie na polnocny zachod,
gdzie powinnismy znalezc wiecej sprzyjajacych wiatrow i wykrecic
potem z nimi na zachod. Wczorajszy dzien mial dla mnie efekt
naladowania prawie pustego juz akumulatora. Pogoda byla super, okolo
11 rano pod burte podplynal Janek, to byl gleboko wzruszajacy
moment. Przywiozl browar, flaszke, kawal swiezych zeberek, ktore
prawie zaraz wyladowaly w garnku, suszona kielbase od mojej mamy,
swieze buleczki, maslo i owoce. Czulem sie jak w raju. W pewnym
momencie Jasiu rzucil mi puszke piwa, otworzylem je z
namaszczeniem, i ten pierwszy gorzkawy lyk pelny dobrych wspomnien i
to spotkanie na morzu, magicznie rozluznilo wszytkie wezly, ktore
ostatnio sie we mnie zacisnely. Czulem wracajaca fale energii i
pewnosci siebie, poczulem, ze znowu moge brac wszystko z byka....
Wyglada ze "szalone" pomysly to nasza cecha rodzinna, bo ktoz inny
niz moj wujek Janek, mialby tyle jaj i fantazji, by przyleciec do
Afryki, wynajac wielka motorowe, odnalezc mnie na morzu i rzucac we
mnie piwem... Jasiu dziekowalem ci juz przez telefon, ale tu
dziekuje ci jeszcze raz "doladowales moje baterie".... Moj aniolek
chciala przyleciec takze, ale od miesiaca ma dwie prace, ze "starej"
jeszcze nie zrezygnowala, a w tej "nowej" nie miala szans na wolne,
dopiero zaczela, i chyba dobrze sie jednak stalo, bo umarlbym z zalu
i zlosci, ze nie moge jej dotknac i objac, powachac jej wlosow i
zaciagnac do kabiny... Chyba cierpialbym bardziej z tego spotkania
niz bym sie cieszyl. Beatke "zacaluje na smierc" w Ensenadzie. Jak
gdybym odzyskal wzrok, rozgladam sie po jachcie i robie w myslach
liste rzeczy ktore trzeba bedzie naprawic. Dzis dam sobie jeszcze
wolne, wyspie sie do bolu, jutro zaczne chyba od anteny GPS. Musze
kombinowac do skutku i zmieniac polaczenia kabelkow, w koncu musze
trafic na wlasciwy uklad, zreszta teraz oddalamy sie od brzegu i
szczegolowa mapa nie jest mi potrzebna, drugi GPS pokazuje nas z
dokladnoscisa do 48 mil.
Pozycja o 07:20 UT 33*16'8 S i 017*00'2 E szybkosc 3,2 wezla, kurs
323*
Cape Town
DZIEN 180
(Niedziela, drugi wrzesnia)
from mail.gmn-usa.com Sun, 2 Sep 2007
07:19:37 +0000 (UTC)