Chwilowo brakuje dnia 207, "zagubil sie" w drodze...

DZIEN 208

Sun Sep 30 07:33:43 2007 UTC - 22 5.43 S - 8 21.28 W

Ruszylismy do przodu. Wczoraj byl dziwaczny dzien, jakby  na cos sie zbieralo... rano zupelna cisza, a potem dziwne chmury i  zlowieszczy zachod slonca.



DZIEN 206

Fri Sep 28 07:06:19 2007 UTC - 22 35.03 S - 5 2.87 W

Wiatru jak nie bylo tak nie ma, choc dzis powinno w koncu cos dmuchnac, narazie bujamy sie sennie. Wczoraj caly dzien krecil sie niedaleko jachtu wieloryb. Nie byl zbyt duzy, wynurzal sie rzadko i na bardzo krotko. Zabraklo mi cierpliwosc i w sumie nie zrobilem mu porzadnego zdjecia, na jednym wyszla odlegla kreska na fali. Wacek obszczekiwal go caly dzien z malymi przerwami na zarcie, dziwne ze nie zachrypl. W pewnym momencie to jego ujadanie zaczelo mnie irytowac, ale pomyslalem ze poza ptakami, taki wieloryb to jego jedyna atrakcja, szczekal wiec dalej a ja udawalem ze nie slysze...


DZIEN 205

Thu Sep 27 08:37:07 2007 UTC - 22 42.80 S - 4 59.61 W

Cisza.


DZIEN 204

Wed Sep 26 07:03:13 2007 UTC - 22 47.03 S - 4 58.93 W

Cisza na morzu, niz z polnocy sie spoznia, jest zupelnie plasko. Doskonala pogoda na butelke dla samotnego zeglarza, jesli do wieczora nie dmuchnie, jutro bede mial kaca. Zrobilem wczoraj „krowki”, wygladaja mniej wiecej jak mina Wacka, ale zupelnie dobre w smaku. Czasem daje kawalek Wackowi, wyszly super "mordoklejk", natychmiast przyklejaja sie do podniebienia i mam ubaw obserwujac proby Wacka by sobie taka slodka krowe od zebow odkleic...


DZIEN 203

Tue Sep 25 09:09:09 2007 UTC - 23 4.20 S - 4 42.50 W

Wczoraj okrazyl nas obszar zmiennych, slabych wiatrow, oddzielajacy dwa nize, dzis po poludniu powinien przeniesc sie na poludnie, a ten, na polnoc od nas, znowu pewnie dmuchnie nam z ESE. Rutynowo, codzennie slucham jakiejs ksiazki, niektore wczesniej przerabiam z tekstu na MP3 prgramem do czytania. Mam rowniez, dzieki przyjaciolom, prawie wszystkie ksiazki w postaci nagrania, dostepne w Polsce. Niektorych jednak nie da sie sluchac, nagrane 30 lat temu, do tego ludzie, ktorzy je wtedy czytali, byli zdaje sie do tego wyznaczeni na zebraniu partyjnym... Mimo ze do formy podchodze w zyciu na ogol jako do sprawy "trzeciorzednej", odkrylem ze sposob czytania ksiazki jest niemniej wazny niz sama tresc... Nie jestem np. w stanie sluchac ksiazek czytanych przez pana R.Nadrowskiego i bardzo zaluje, ze pewnie z braku innych zajec, nagral ich tak wiele. Totalnie zepsul "Szoguna" i wiele innych niezlych ksiazek. Zepsul nieodwolalnie, poniewaz raczej nikt nie nagra, raz juz nagranych ksiazek... Mam tylko  nadzieje ze okaleczyl je tylko w "moim swiecie" i sposobem w jaki intonuje, nie dobija innych sluchaczy. Gwiazda w tym "niewidomym krolestwie" jest bez watpienia pan L. Teleszynski. Dosc wczesniej wyjechalem z Polski i niestety pamietam go tylko z jednej, doskonale zagranej roli, zdrajcy Radziwilla w "Potopie". Pan Teleszynski jest w stanie ozywic umarlego ˇ nadac kolorow kazdej, nawet "zdechlej" historii. Wybierajac teraz kolejna ksiazke do przesluchania, na rowni z autorem, zwracam uwage kto ja czyta...Ksiazki na MP3 to wspanialy sposob na samotnosc, przyjaciel samotnego zeglarza ,a takze doskonala okazja nadrobienia zaleglosci nabudowanych podczas naszej codziennej "walki o ogien". Polecam je kazdemu, takze "nie zeglarzowi". Odlot do innego swiata, razem z samochodem podczas powrotu z pracy, albo odcinajace od halasu i szarej rzeczywistosci sluchawki, a w nich nowe krainy...


DZIEN 202

Mon Sep 24 08:15:41 2007 UTC - 23 0.70 S - 4 32.16 W

Wiatr zdechl, jest prawie plasko, Wacek caly w akcji, biega wzdluz pokladu i ujada, pewnie wydaje mu sie ze walczy z skrzydlatymi smokami, kiedy ktorys albatros zblizy sie za blisko do burty, malo nie wyskoczy ze skory. Staralem sie wytlumaczyc Wackowi, ze to nieelegancko i nie po Polsku, moze ktorys z nich chcialby odpoczac, napic sie wody, ale lomotanie na pokladzie i zajadle szczekanie znaczy ze dobrowolnie zdania o goscinnosci pewnie nie zmieni, bo to wyznajacy zasade "moj dom, moja twierdza" ˇ urodzony w Kalifornii, anglosas. Zmniejszylem troche luz ktory wyrobil trzpien w systemie sterowania. Wcisnalem w szpare cienkie paski blachy mosieznej i dolozylem metalowa opaske. Nie mozna tego nazwac naprawa, ale pewnie dojedziemy tak do Ensenady.



DZIEN
201

Sun Sep 23 07:47:33 2007 UTC - 23 7.46 S - 3 50.76 W

Pogoda calkowicie super, plyniemy w strone 20S i 10W tuz przy granicy pasa slabych, zmiennych wiatrow, oddzielajacych obszar watrow zachodnich od wschodnich, ktore rozpieszczaja nas ostatnio stalym kierunkiem i umiarkowaniem. Szczesliwie kupilem kiedys na aukcji stara ksiazke z mapami "Ocean Passages For The World". Ta ksiazka to prawdziwy skarb dla morskiego wloczegi, pachnie starym papierem i zeza. Jest kwintesencja setek lat zeglugi po wszystkich morzach swiata i pokazuje najkorzystniejsze przejscia oceanow, o roznych porach roku. Gdybym jej wtedy nie kupil, plynalbym teraz pewnie na szabas, do Przyladka Horn, chlostany za glupote. Musial "maczac" w tym pioro, "Ten, ktory mnie pilnuje..."
Odkrylem ze szykuje mi sie problem w systemie sterowania. Gruby trzpien, laczacy ramie hydraulicznego silownika i ramie poruszajace trzonem steru -wyrobil sie, i jest tam teraz stanowczo za duzo luzu. Slychac prawie przy kazdym ruchu steru male puk...puk..puk... Rzecz spieprzona od poczatku, bo w "oku", na kocu ramienia silownika hydraulicznego, przez ktory przechodzi wyrobiony teraz trzpien, powinna byc wywiercona mala dziurka z gwintem, a w niej kalamitka, przez ktora powinien byc wciskany smar, redukujac tarcie pomiedzy nieustannie tracymi o siebie powierzchniami. Naprawimy blad budowniczych juz w Ensenadzie, a narazie trzeba bedzie cos zaimprowizowac ... Najprosciej byloby zrobic z czegos nowy, grubszy trzpien, ale rozgladalem sie juz i chyba nie mamy wystarczajaco grubego preta ani sruby. Narazie sie z tym przespie, pewnie "Ten skrzydlaty" cos mi podszepnie.


DZIEN 200

Sat Sep 22 06:45:09 2007 UTC - 23 34.25 S - 2 10.01 W

Dzien jak wczoraj, pojawily sie polujace na cos ptaki, musza tu byc male ryby, a gdzie sa male, tam powinny byc wieksze... Moze wiec los sie usmiechnie i zlapiemy jakas smaczna, nie za duza rybe...


DZIEN 199

Fri Sep 21 08:22:21 2007 UTC - 23 59.84 S - 0 47.01 W

Wrocilismy na polkule zachodnia i choc to tylko kreska namalowana na mapie, ta czesc swiata wydaje sie jakas swojska. Atlantyk jest dla nas laskawy i choc 15 stopni na poludnie wiatr nadal "wygrywa" swoje zimowe sztormy, my mamy tu wspaniala pogode. Nadrabiamy ta trasa kawal drogi, w stosunku do trasy poludniowo zachdniej z Przyladka Dobrej Nadziei, ale mimo to nie zuzyjemy na nia duzo wiecej czasu. Idac po ortodromie laczacej dwa przylaki czekaloby nas 5 tysiecy mil masochistycznego przedzierania sie przez silny przeciwny prad i sztormowe wiatry, wiejace prosto w oczy. Pierwsza trasa, ta po ortodromie, przypomina 5 kilometrowa wspinaczke w gore po prawie pionowej sciane, ta ktora plyniemy to 7km. lagodnej drogi w dol...Co prawda podjelismy sie oplyniecia swiata ze wschodu na zachod, ale
do zeglowania pod prad i wiatr mamy zdecydowana niechec, traktujemy to jako zlo konieczne i plywamy tak tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjscia. Zaloga Luki pozbawiona jest zupelnie sklonnosci masochitycznych, preferujemy przyjazne, umiarkowane wiatry i niebo pelne gwiazd. Zataczajac to kolko, zeglujemy szczesliwi, szlakiem starych zaglowcow, nie narazajac Luki ani nas samych na awarie, no i swiat w takich warunkach  wydaje sie o wiele ladniejszy....Tylko Beata daleko i ryby nie chca cos brac...


DZIEN 198

Thu Sep 20 10:31:11 2007 UTC - 24 28.14 S - 0 20.98 E

Nadal prawie sztyl, cos tam nas jednak popycha bo do poludnika 0 juz tylko 27 mil. W nocy ksiezyc swiecil jak latarnia i choc wstydliwie pokazywal tylko polowe twarzy, oblewal wszystko az po horyzont mdlym, zdechlozoltym swiatlem. Zjadloby sie jakas przystojna swieza rybke, ale ryb tu nie widac.


DZIEN 197

Wed Sep 19 06:35:19 2007 UTC - 25 10.95 S - 1 5.83 E

Dzis prawie flauta, pogoda na plaze. Tylko jeden stopien dzieli nas od ponownego wejscia na polkule zachodnia. Przesunalem zegarek godzine do tylu, choc zgodnie z tym co pokazuje zegar pokladowy powinienem cofnac czas o dwie godziny, ale wtedy slonce wstawaloby u nas o 5:30 rano, komu chcialoby sie tak wczesniej wstawac... hehe... Gdyby nie to, ze jestesmy prawie na srodku oceanu, a na srodku oceanu ryb "ni kuta", mozna by dzis wystawic na poklad turystyczne krzeslo, rozwinac wedke i "zaciagajac sie" afrykanskim browarem kontemplowac cisze.


DZIEN 196

Tue Sep 18 10:52:51 2007 UTC - 25 20.77 S - 1 37.33 E

Wiatr i kurs ten sam. Dzis rano, podczas mycia zebow zlamala mi sie „przy samych jajach” przednia dwojka. Jeszcze tylko cos wybije mi oko i bede wygladal jak pieprzony pirat. Jak ja teraz pokaze sie mojej zonie, a zrobilem juz takie ambitne plany na nasze powitanie... Trzeba bedzie chyba zaczac od butelki wina,a nastepnego dnia prosto do detysty...


DZIEN 195

Mon Sep 17 07:40:21 2007 UTC - 25 56.49 S - 2 57.40 E

Kurs i wiatr bez zmian. Wczoraj odwiedzila mnie nostalgia, majaczyla o mojej slicznej Beacie krzatajacej sie po kuchni, w oszczednym domowym stroju(na Florydzie jest bardzo goraco...) i o mnie samym, siedzacym na swojej kanapie, wpatrzonym w jej sliczne ... wlosy. Potem zadzwonil Janek, otoczony urokiem Agnieszki, szczesliwy, i chyba tym szczesciem chcial sie ze mna troche podzielic. Dochodze do wniosku, ze najwiekszym mankamentem samotnego zeglowania jest niemoznosc podzielenia sie z kims bliskim, tym co czujemy. Nawet najwieksza radosc, jesli nie mozna jej komus bliskiemu pokazac, jest jak uwolniony z klatki ptak, ktory jednak nie wie gdzie ma poleciec...
Po telefonie Janka otworzylem butelke i wlaczylem dobry film, w nadzieji, ze ta rozmiekczajaca mnie coraz bardziej zmora poleci gdzies i znajdzie inna ofiare. Pomysl okazal sie dobry, film mimo ze w przeszlosci ogladalem go juz kilka razy, wciagnal mnie od nowa. „The Good,The Bad and The Ugly” ( „ten Dobry,ten Zly i ten Brzydki”) ze wspaniala muzyka Ennio Morricone. Clint Eastwood (z jakichs przyczyn zawsze przypomina mi mojego przyjaciela z Ilawy, Gzeska Rogattego) - The Good, jak zwykle dla siebie, bezblednie odegral dobrego bandyte, Lee Van Cleef – The Bad, byl rowniez niezly ,ale prawdziwa gwazda tego filmu jest - The Ugly, wspaniale pokazany przez Aldo Giuffre, ktory ukazal postac „brzydkiego „ tak przekonywujaco, ze wydaje sie
niemozliwe, by caly ten czas tak doskonale udawal..., przynajmniej w jakiejs czesci musial „grac” samego siebie... Rano wstalem z lekkim kacem, ale po nostalgii nie bylo sladu...


DZIEN 194

Sun Sep 16 07:49:11 2007 UTC - 26 27.98 S - 4 24.99 E

Wiatr pcha nas lagodnie na polnocny zachod i wszystko dookola wyglada ladnie. Dzis poswiecimy troche czasu generatorowi pradu. Dzielny, maly silniczek juz dobre pol roku pracowicie laduje baterie, wprawia w ruch wytworna slodka wode i ozywia prawie kazdego wieczoru 20 calowe, pokladowe kino. Sprawdzalem rano licznik godzin, brakuje mu jeszcze 50 do wymiany oleju. Olej w silnikach wymieniamy co 200 godz. jesli silnik pracuje czesto, i co 150 godz. lub 6 misiecy jesli wlaczany jest rzadko. Pewnie wymienie olej w obu silnikach jednoczesnie, temu w silniku glownym "wyrosla broda"...Wydaje sie ze jestesmy tu zupelnie sami, kiedys plywaly tedy na zachod wielkie zaglowce, zaladowane indyjskimi przyprawami, chinska porcelana i jedwabiem. Teraz panuje na szlaku pustka, nie widac na horyzoncie brzuchatych zagli, nie slychac bosmanskich gwizdow, i nikt juz nie spiewa przy pracy o zwrotnej jak maly sliczny jacht portowej dziwce Sally. A my, no coz, sprawdzamy tylko czy stary zachodni szlak wciaz jeszcze nadaje sie do zeglugi...


DZIEN 193

Sat Sep 15 09:48:45 2007 UTC - 27 5.22 S - 5 42.48 E

Przycichlo dzisiaj, ale wciaz mamy 3-4 B w dobra strone, fala takze sie kurczy, chwilami prawie w ogole nie buja i czujemy sie jak w porcie. Snilo mi sie wczoraj, ze zobaczylem na horyzoncie wielki zaglowiec,a wlasciwie jego wypelnione wiatrem biale, brzuchate zagle, wezme to jako dobra wrozbe. Wczoraj mielismy mala robotke w maszynowni, wlaczylem silnik zeby sprawdzic czy zyje i pozwoloc mu sie rogrzac. Oczywiscie wykorzystalem fakt ze pracuje, by podladowac akumulatory. W pewnym momencie uslyszalem przeciagly gwizd i wskaznik obrotow silnika przestal je pokazywac. Skoczylem do maszynowni, okazalo sie ze pekl pasek klinowy napedzajacy glowny alternator (mamy 2). Paski klinowe pekaja i nie powinno byc w tym nic niepokojacego, tylko ze silnik ma dopiero 200 godzin po remoncie i pasek powinien byc prawie nowy. Przyjrzalem sie calemu towarzystwu dokladnie i okazalo sie, nie po raz pierwszy zreszta, ze spieprzylem sprawe jeszcze przy remoncie silnika. Alternator, a raczej kolko z rowkiem, ktore poruszal pasek, nie bylo dokladnie w linii z rowkiem na kole silnika. Pasek tarl o jego krawedz i zuzyl sie jak skarpetka. Skorygowalem ustawienie alternatora kilkoma podkladkami dystansowymi i zalozylem nowy pasek. To juz ktorys raz z kolei poprawiam swoje wlasne "fuck'apy". Wlasciwie caly remont jachtu przeprowadzilem wlasnymi rekoma, wiele rzeczy robilem po raz pierwszy i wtedy kierowalem sie bardziej wobrazeniami o tym, w jaki sposob powinny byc zamontowane, lub zrobione. Okazalo sie, ze nie zawsze trafialem i tak jak teraz, cala sprawe trzeba bylo poprawiac. Wtedy wydawalo mi sie, ze alternator jest ustawiony dostatecznie prosto w stosunku do silnika, zycie jednak, to moje wyobrazenie zweryfikowalo, wycisnelo male pietno w mojej pamieci i teraz, na reszte zycia zapamietam, w jakim polozeniu w stosunku do silnika, powinien znajdowac sie alternator. Sadze ze konfrontacja naszych wyobrazen, marzen z rzeczywistoscia, tworzy te prawdziwe, pietnujace nas doswiadczenia. Prawie cale dorosle zycie wydawalo mi sie, ze posiadam wszelkie niezbedne predyspozyje, by samotnie oplynac swiat. Ale dopoki w ta swoja podroz nie wyruszylem, moje wyobrazenia o niej byly jak duch bez ciala, jak dusza nieozywionej jeszcze istoty. Dopiero wylaniajacy sie z marzen jacht i wyruszenie w rejs, nadalo im fiyczna forme i teraz naprawde zaistnialy... A poniewaz to ja bylem autorem swoich marzen, i to rowniez ja nadalem im fizyczna forme, wierze solenie, ze moja podroz obedzie sie bez tych wszystkich dramatow, zlamanych masztow, walki o zycie i ze spedze ten czas bliskosci z Mama Ocean w harmonii i doskonalej formie. Teraz wlasnie weryfikuje swoje wyobrazenia i poza wysuwajaca mi sie z dziasla jedynka i kilkoma momentami zawahania, ktore jednak rozplynely sie gdzies po pierwszej szklance whisky, swiat wokol mnie wyglada zupelnie jak ten ktory kiedys w swoich myslach stworzylem. Doswiadczam czasem malych porazek, ale to wlasnie dzieki nim, doswiadczam potem wielkich zwyciestw...,- wazne tylko, na ktore doswiadczenia kladziemy potem wiekszy akcent hehehe... Mozliwosc popelniania swoich wlasnych bledow, a potem szansa by je korygowac, a jesli skorygowac sie ich nie da, zapamietac ich wartosc bez samodestrukcyjnego poczucia winy, to zdaje sie najwspanialsza i najbardziej efektywna droga, by nauczyc sie wlasciwie wybierac, by w efekcie, na koncu dostrzec, ze do wyboru pozostala juz tylko
milosc...

Ps: Zadziwiajce, jak niefrasobliwie udalo mi sie przeslizgnac z alternatora na milosc... hehe.. Butelka 15 letniej whisky temu, kto rozwiaze rownanie - "alternator + milosc =............"


DZIEN 192

Fri Sep 14 09:42:03 2007 UTC - 27 46.60 S - 7 8.35 E

Pogoda super zeglarska, Luka prowadzi sie sama, slychac tylko czasem popiskujaca pompe autopilota i oplywajace kadlub fale, kiedy jak morski labadz (troche przerosniety) zjezdzamy po falach, klaniajac sie gleboko Mamie Ocean... Nad ranem sprawdzilem prognoze pogody, zapewnia ze bedziemy miec przez nastepne kilka dni sprzyjajace, umiarkowane wiatry. W takich warunkach, latwo mozna od nowa zakochac sie zeglowaniu, zwlaszcza ze nie ma potrzeby niewolniczego zaciskania rak na kole sterowym. Swoja droga ten wheaterfax to cudowna rzecz, pokazuje kawalek przyszlosci. Wiadomo, jak silny bedzie wiatr jutro, pojutrze, i dzien potem. Dla zeglarza to wiedza fundamentalna, od wiatru zalezy komfort i poczucie bezpieczenstwa, lub niewygoda i poczucie zagrozenia. Jak olbrzymi wplyw na nasze zycie i decyzje, ktore nieustannie podejmujemy, ma poczucie bezpieczenstwa, wie chyba kazdy od chwili, gdy wypuscil z reki opiekuncza dlon matki i zaraz potem napotkal „nieznane”. Pan Maslow zupelnie slusznie stwierdzil, ze potrzeba bezpieczenstwa to fundament wszystkich innych psychicznych potrzeb czlopwieka. Niezaspokojona, blokuje rozwoj wyzszych potrzeb. Jeszcze nie tak dawno pogode, bardzo ogolnie i niezbyt trafnie przepowiadali „gorale”, teraz wystarczy wcisnac kilka klawiszy i na ekranie ukazuje sie przyszlosc. Pogoda, tak jak wszystko na naszym swiecie, podlega uniwersalnemu prawu „przyczyny i skutku”. Meteorolodzy obserwujac przyczyny, dzis juz bez problemow przewiduja ich skutki, w postaci np. sily i
kierunku wiatru w ciagu nadchodzacych dni. Czy jest wiec mozliwe, ze ktoregos dnia zbudujemy komputer o tak duzej sprawnosci, ze bedzie w stanie, na wzor dzisiejszych meteorologow analizowac przyczyny i dac rzetelna „prognoze” nastepnego roku zycia pana X.... ,lub przewidziec efekt do jakiego doprowadza decyzje polityczne, podjete przez naszego kochanego Prezydenta i spolke, w nastepnych trzech latach. Traci fantastyka, ale lodz podwodna Juliusza Verne'a byla w jego czasach pomyslem niemniej fantastycznym.


DZIEN 191

Thu Sep 13 06:04:35 2007 UTC - 28 52.17 S - 9 39.00 E

Pogoda dzis super, pcha nas 4 B z baksztagu, wstaje wlasnie slonce i jak ptak, wyrywa mi sie piosenka - "tylko mi ciebie brak w tym wiezniu Beatko, i tylko mi ciebie brak, ciebie tu, ciebie tu.....", takie poranne przytulenie mojego aniolka..., ech ty zeglarski losie...
Wydaje sie ze nie jestemy w stanie prawidlowo ocenic rzeczy i sytuacji "kiedy siedza nam one na kolanach". Dopiero z dystansu, lub gdy przemina, mozemy w pelni ocenic czym sa, lub czym dla nas byly.
Wacek coraz czesciej wpycha morde na moja poduszke, gdy spimy w mesie
i czasem budzi mnie jego smierdzacy oddech, zaczyna byc mu chyba zimno, ma krotka i rzadka siersc. Kupilem mu kiedys cieple ubranko z mysla o Przyladku Horn, nie jestem tylko pewien jak bedzie przez nie sikal... Musze je odkopac, moze trzeba bedzie zrobic w nim rozporek...


DZIEN 190

Wed Sep 12 09:49:37 2007 UTC - 29 34.46 S - 11 5.28 E

7 rano, pije pierwsza kawe, okazalo sie ze wiatr nareszcie wykrecil, narazie slaby jak niemowle, ale za kilka godzin pewnie zmeznieje i wykreci bardziej na zachod. Po tym okrazaniu Afryki zeglowanie znowu stalo sie przyjemnoscia, wspominalem juz o tym, ale coraz czesciej dociera do mnie, ze decyzja zeby wyplynac z Ensenady o tak wczesnej porze roku, byla madra, zwlaszcza gdy udalo sie nam bez wiekszych strat oplynac zimowa Afryke. Teraz na polkuli poludniowej, powoli zaczyna sie wiosa i jestem pewien, ze gdy juz dotrzemy na poludnie Ameryki, Cobo De Hornos przywita nas dobra pogoda, moze nawet pozwoli na mala exstrawagancje, ktora po cichu planujemy. Czuje ze mimo przeroznych zdarzen w moim zyciu, nie zawsze ocenianych przezemnie jako dobre, nigdy do konca nie opuszczalo mnie szczescie. Cos podkladalo mi pod tylek poduszki gdy walilem sie z loskotem, zostawialo niedomkniete drzwi gdy czulem sie osaczony i czesto z anielska cierpliwoscia, czasem poprzez czyjes rece, podawalo jak spragnionemu wedrowcowi "kubek chlodnej wody". Te wszystkie "zle" doswiadczenia, - rozsypany na 15 kawalkow lokiec w "przeddzien" wyplyniecia w rejs, wakacje w rzadowym osrodku wczasowym (nigdy juz nie tkne fasoli) na Florydzie, i te wszystkie inne zaciskajace gardlo atrakcje, ktorych bylo na mojej drodze duzo wiecej( nie bede ich w tych relacjach opisywal ) nie okaleczyly mnie, nie ograniczyly umiejetnosci postrzegania. Czuje wrecz, ze uwrazliwily mnie na swiat, ktory kiedys byl dla mnie zamkniety. Te wszystkie "zle" doswiadczenia mobilizowaly do weryfikacji wczesniej podjetych decyzji, zmuszaly by spojrzec na swiat pod innym katem i zwykle, rodzilo sie z nich wysylane do Pana Boga pytanie - "dlaczego ?..."  Ktos, kto znal Boga bardzo dobrze, powiedzial kiedys "....szukaj, a znajdziesz,...pukaj, a bedzie ci otworzone"
Pamietam siebie, malomiasteczkowego ignoranta probujacego wykrecac ludziom rece, byle  tylko swiat krecil sie w "moja strone" i widze siebie teraz i choc traci to moze megalomania, dzis lubie siebie o wiele bardziej. Kto wie, kim bym sie stal, gdybym kiedys nie rozstal sie z zona i pozostal w mojej Ilawie. Przypuszczam ze zaczelyby mi rosnac cycki, mialbym podwyzszony cholesterol, niezywe malzenstwo i przeswiadczenie ze tylko ja mam racje, a reszta swiata to glupcy...
I kto wie, byc moze to "zle" w naszym zyciu, to "wystrzal pistoletu" ktory odrywa nasza uwage od rzeczy juz znanych i przenosi ja na inne, lezace na nowej plaszczyznie swiadomnosci miejsce...
 


DZIEN 189

Tue Sep 11 07:11:31 2007 UTC - 29 37.40 S - 11 13.74 E
 

Wczoraj cisza, dzis 7 B w oczy, wieczorem zmieni sie na 4-5 ze wschodu i mam nadzieje, zostanie tak na troche. Wujek Janek dojechal juz do swojego Gostolina, wciaz czuje smak suszonej kielbasy, choc juz przed paroma dniami zjadlem ostatnie podsuszone petko... Mamy za to browar, ale staram sie nie siegac po niego z nawyku, tylko wtedy gdy czuje wyrazna ochote, inaczej juz by go nie bylo. Wacek coraz natarczywiej domaga sie zabawy, popiskuje, macha ogonem, najchetniej kaze wyrywac sobie z pyska kawalek skorzanej kosci, az dziwne ze nie dostaje od tego wstrzasu mozgu. Jest tak zawziety ze moglbym trzymac ta skorzana kosc, z wczepionym w nia Wackiem, rozkrecic w powietrzu jak mlynkiem i rzucac nim w powietrze. Zawziety maly bandyta.


DZIEN 188

Mon Sep 10 06:22:35 2007 UTC - 29 29.63 S - 11 18.08 E
 

Cisza na morzu. Jest cieplo, pojawila sie zdechla fala z poludnia, cos sie tam kotluje. Prawie codziennie pojawiaja sie delfiny, nie zawsze jednak przyplywaja w odwiedziny. Najczesciej slysze ostrzegawcze ujadanie Wacka, wychodze na poklad, i widze przemykajace tu i tam pletwy grzebietowe. Czasem "blysna" z wody jasnym brzuchem, ale nie bawia sie przed dziobem, nie spogladaja na nas z ciekawoscia w oczach, wyglada jakby polowaly... Od kilku dni ciagniemy wedke, ale narazie "nikuta", byc moze za wolno plyniemy. Wydaje sie ze przynety nabieraja atrakcyjnosci, gdy plyniemy szybciej niz 5 wezlow..., narazie puszki. Wspominam ta kielbase od Jasia ...., ech coz to bylo za zarcie. W nocy zadzwonil Robert Krasowski, mielismy umowiona lacznosc radiowa, ale nic nie dolecialo. Zaczalem podejrzewac ze cos nie gra z moim radiem, ale dzis rano pokrecilem troche galkami, i slyszalem jakies radio z Afryki i Filipin takze sygnal czasu, wiec przynajmniej odbior dziala. Moze dzis w nocy uda sie pogadac...



DZIEN 187

Sun Sep 09 06:14:23 2007 UTC - 29 59.35 S - 11 38.68 E

Wiatr mamy dzis anemiczny i do tego ma ochote zupelnie wykrecic, co troche musze podbierac zagle. Prognoza pogody "mowi" ze jutro dmuchnie nam mocno w oczy, ale byc moze uda sie nam wyminac centrum tego malego nizu i zawadzi nas tylko troche. Wczoraj wrzucilem wedke do wody, zjadlbym chetnie swieza rybe. Postanowilem nie katowac sie i nie jesc codziennie ryby jesli zlapie, usmaze na dwa dni, reszte wysusze i bedzie potem do ryzu.


DZIEN 186

Sat Sep 08 06:54:39 2007 UTC - 30 17.78 S - 12 16.43 E

Wiatr zdychal cala noc, musialem wychodzic kilka razy na poklad. Teraz, rano, cos mu tam jeszcze dryga, ale to za malo, autopilot gubi chwilami kurs, nie ma tez martwej fali, zdechla razem z wiatrem... Mimo to przesuwamy sie w chcianym kierunku, ze dwa wezly. Gdybym mial tylko samoster, musielibysmy teraz krecic sie w kolko. Samostery to wspanialy wynalazek  ale zarazem chimerne  „istoty,” nie dzialaja w slabych wiatrach, nie lubia kursow z wiatrem, zamontowane sa w bardzo eksponowanym na uderzenia fal miejscu, czesto ulegaja awariom. Ten, ktory ja zabralem jako plan „d”, zgubil pletwe sterowa juz na poczatku rejsu. Poltoracalowy, pelny pret, bedacy trzonem steru, zlamal sie i zanurkowal. Wewnetrzny autopilot nie jest narazony na zlamnie lub wygiecie, a jesli jest dobrej firmy i potrafimy zbalansowac uklad zagli, zuzycie pradu moze byc niewielkie i co wazne, daje znac jesli zdazy mu sie zejsc z kursu. Dla odmiany, w przypadku samosteru, jacht skreca, gdy wiatr skreca... Wyobrazmy sobie zegluge blisko brzegu...nieustanna kontrola kursu i stres. Jedyny plus samosteru, to gdy jestesmy daleko od brzegu i nie zalezy nam na plynieciu wezem, lub zmiana kursu na kilka godzin, nie musimy wstawac w nocy i podbierac lub luzowac zagli, jacht niezaleznie od zmiany kierunku wiatru, dalej bedzie plynal polwiatrem lub baksztagiem na ktorym go ustawilismy.
Pompa zezowa wlacza sie od wczoraj, dwa razy czesciej niz zwykle, zrobimy dzis inspekcje zaworow dennych.


DZIEN 185

Fri Sep 07 08:28:57 2007 UTC - 30 53.45 S - 13 26.06 E

Kochanie moje wczoraj nie dzwonilo, to moze oznaczac ze zaspalo do pracy. Jestes mi winna SMS.
Plyniemy starym szlakiem zaglowcow, prowadzacym z czubka Afryki do Atlatyckich portow. Za jakis czas drogi zaczna sie rozchodzic, ale narazie jest tylko jedna, prowadzaca ze wschodu na zachod. Gdy przymykam oczy, zwlaszcza po trzecim lyku z flaszki, widze tuz obok wypelnione wiatrem wielkie zagle powolnych brygow, szkunerow i biegnace po falach klipy herbaciane. Czar jednak pryska, zagle na rejach zmieniaja sie w ginaca gdzies w oddali piane i wydaje sie ze jestesmy jedynym zaglowcem na calym swiecie... Zastanawiajace ze od dnia wyruszenia z Ensenady nie widzialem nawet deski z zaglem... Gdzie podzialy sie te wszystkie zaglowe pieknosci, zbalansowane keche, szybkie slupy, smukle jole i dostojne gafle ? Wydaje sie ze poza nami nie ma juz nikogo, a tak wspaniale byloby wziasc do reki mikrofon, w druga browar i pogadac z bratnia dusza o peknietym wczoraj bloczku albo najbezpieczniejszej o tej porze roku trasie wokol Przyladka Dobrej Nadziei ...Ehhh.. moze Andrzej Korycki mial racje, gdy spiewal ze prawdziwych zeglarzy juz nie ma, zostaly tylko uwiezione, jak ptaki jachty w kamiennych klatkach portow, a wraz z  nimi, na wpol obumarle ludzkie marzenia. Ale nie wszystko stracone, czasem udaje sie wyjatkowo odwaznemu zeglazowi uwolnic ktorys i wyplywaja razem w dluga podroz Wlasnie przeczytalem o Tomku Cichockim, ktory rusza w tych dniach, lub moze juz wyruszyl w swoj wielki rejs, dookola swiata, samotnie,bez dobijania do portow - kogos mi ten Tomek przypomina...  Bedziemy sie mijac na starym Atlantyku, choc gdy on tu dotrze, ja bede juz pewnie przy wybrzezu Ameryki Poludniowej, w drodze na Cabo De Hornos. Zakladajac ze bedzie mial na pokladzie SSB radio, moze uda sie nam czasem pogadac...

Ps: Wczoraj wieczorem odwiedzil nas wieloryb. Pierwszy raz wynurzyl sie tuz przy burcie, ale zanim polecialem po aparat, oddalil sie troche... Mial zdaje sie nadgryziona pletwe grzbietowa, pewnie jakis weteran... Zalaczam male zdjecie.


DZIEN 184

Thu Sep 06 07:36:03 2007 UTC - 31 44.74 S - 15 31.79 E

Doczekalismy sie przyzwoitego wiatru, zaczal wykrecac poznym wieczorem, zabralismy sie z nim na polnocny zachod. Nie spalem dzis prawie wcale, cala noc przedzieralismy sie przez flotylle statkow rybackich. Ryba musiala tu niezle brac, bo minelismy ich ze trzydziesci, chociaz czesc z nich moglismy mijac kilka razy, krecily sie w kolko, czesto zmienialy kierunek i zawracaly, nie bylo mozna przewidziec gdzie beda za chwile. Jesli nie wydarzy sie nic nadzwyczajnego bedziemy plynac szlakiem "wytartym" przez stare zaglowce, podazajace z Afryki poludniowej do Brazylii, potem w okolicy 10*W zaczniemy wykrecac na poludniowy zachod, a  potem juz wzdluz wybrzezy Ameryki Poludniowej na poludnie do Przyladka Horn. Nadal sie nam nie spieszy, oznacza to komfort i lenistwo, nie ma walki o kazda mile w obawie ze spoznimy sie na optymalny czas przejscia przyladka Horn. W sumie decyzja by wyplynac wczesniej byla madrzejsza niz mi sie dotad wydawalo. Luka nie jest jachtem regatowym, to ciezka,wygodna lajba, i do tego obladowana sprzetem i zapasami do granic rozsadku, a ja jestem typem zeglarza, ktory wieczorem skraca zagle by dac sobie szanse na spokojna noc. Mam duzo zapasow i duzo czasu a Mama Ocean znowu sie do nas usmiecha.


DZIEN 183

(Sroda, piaty wrzesnia)

Wed Sep 05 06:44:07 2007 UTC - 32 29.32 S - 16 32.33 E

Juz druga dobe lagodny zachodni wiatr spycha nas w strone Afryki, jest jeszcze duzo miejsca po zawietrznej, poza tym dzis wieczorem wiatr powinien sie zmienic na wschodni i mamy nadzieje poleciec z nim na polnocny zachod. Wczoraj bylo kreatywnie, naprawilem swiatlo pozycyjne, okazalo sie, ze zjarala sie wiekszosc malych zaroweczek LED. Przepalily sie pewnie gdy ladowalem baterie, napiecie w systemie dochodzi wtedy do 29 V a w „oprawke ” wlutowalem ich tylko 7 (7x3.6V=25.2V) Tym razem zrobilem „zarowke" z 8 led’ow, nie powinna sie teraz przepalic. Zadziwiajace jak jaskrawo swieca te maluchy, oswietlaja w nocy polowe rufowego pokladu. Po poludniu wzialem sie za ante GPS. Probowalem laczyc kabelki w rozny sposob, kolory kabelkow przy zapasowej antenie byly inne, niz te przy zepsutej ... Za kazdym razem musialem czekac kilka minut, obserwujac program nawigacyjny, czy "widzi" antene. Po kilkunastu probach na ekranie pokazala sie wreszcie pozycja i szeroki usmiech na nieogolonej gebie jednego zeglarza. Polutowalem i solidnie zaizolowalem polaczenie, teraz znowu mamy szczegolowe mapy i automatyczne wysylanie pozycji. Zre sucha kielbase, zastanawialem sie czy oszczedzac i zjadac codziennie po trochu, ale w koncu postanowilem rozprawic sie z nia bez skrupolow, zajadam sie nia na okraglo i popijam bardzo dobrym, poludniowo - afrykanskim piwem.


DZIEN 182

(Wtorek, czwarty wrzesnia)

from mail.gmn-usa.com Tue, 4 Sep 2007 07:42:11 +0000 (UTC)

Powoli oddalamy sie od Afryki, chociaz w tej chwili staramy sie oddalic jak najszybciej od obszaru wiatrow zachodnich, kurs mamy prawie na polnoc. Za dzien, dwa przejdziemy pas oddzielajacy nas od wiatrow wschodnich i wtedy na dobre zaczniemy oddalac sie od brzegow Afryki. Od wczoraj nie minal nas zaden statek, to wspanialy znak, za troche bedziemy znowu sami z Mama Ocean, nasze zycie na Luce uspokoi sie i wygladzi jak lesne jezioro. Znowu zaczniemy z Wackiem liczyc gwiazdy i zastanawiac sie czy te cztery gwiazdy obok siebie, to na pewno Krzyz Poludnia....
Uznalem ze najwazniejsze dzis to naprawienie swiatla pozycyjnego, zniszczonego przez jakas fale, przechodzimy znowu na poziom oszczedzania pradu, a to swiatlo zrobione jest z bardzo oszczednych swiatelek LED. Jest jaskrawe i prawie nie zuzywa pradu, teraz gdy nie ma juz potrzeby wlaczania trzech zarlocznych swiatel nawigacyjnych, znowu bedziemy ladowac baterie tylko raz dziennie. Wiatr wlasnie zdechl, krecimy sie w kolko z szarpiacym sie z burty na burte bezanem, moze zaraz cos dmuchnie i bezan ustawi nas przynajmniej dziobem do wiatru...


DZIEN 181

(Poniedzialek, trzeci wrzesnia)

from mail.gmn-usa.com Mon, 3 Sep 2007 09:11:09 +0000 (UTC)

Swiat znowu jest sliczny, a zycie to wspaniala przygoda. Spalismy dzis cale 5 godzin... Pogoda super i po przeciwnych wiatrach Przyladka Dobrej Nadziei, teraz wiatr jakby chcial nas wynagrodzic i pcha Luke lagodnie na polnocny zachod, gdzie powinnismy znalezc wiecej sprzyjajacych wiatrow i wykrecic potem z nimi na zachod. Wczorajszy dzien mial dla mnie efekt  naladowania prawie pustego juz akumulatora. Pogoda byla super, okolo 11 rano pod burte podplynal Janek, to byl gleboko wzruszajacy moment. Przywiozl browar, flaszke, kawal swiezych zeberek, ktore prawie zaraz wyladowaly w garnku, suszona kielbase od mojej mamy, swieze buleczki, maslo i owoce. Czulem sie jak w raju. W pewnym momencie Jasiu rzucil mi puszke piwa, otworzylem  je z namaszczeniem, i ten pierwszy gorzkawy lyk pelny dobrych wspomnien i to spotkanie na morzu, magicznie rozluznilo wszytkie wezly, ktore ostatnio sie we mnie zacisnely. Czulem wracajaca fale energii i pewnosci siebie, poczulem, ze znowu moge brac wszystko z byka....
Wyglada ze "szalone" pomysly to nasza cecha rodzinna, bo ktoz inny niz moj wujek Janek, mialby tyle jaj i fantazji, by przyleciec do Afryki, wynajac wielka motorowe, odnalezc mnie na morzu i rzucac we mnie piwem...  Jasiu dziekowalem ci juz przez telefon, ale tu dziekuje ci jeszcze raz "doladowales moje baterie".... Moj aniolek chciala przyleciec takze, ale od miesiaca ma dwie prace, ze "starej" jeszcze nie zrezygnowala, a w tej "nowej" nie miala szans na wolne, dopiero zaczela, i chyba dobrze sie jednak stalo, bo umarlbym z zalu i zlosci, ze nie moge jej dotknac i objac, powachac jej wlosow i zaciagnac do kabiny... Chyba cierpialbym bardziej z tego spotkania niz bym sie cieszyl. Beatke "zacaluje na smierc" w Ensenadzie. Jak gdybym odzyskal wzrok, rozgladam sie po jachcie i robie w myslach liste rzeczy ktore trzeba bedzie naprawic. Dzis dam sobie jeszcze wolne, wyspie sie do bolu, jutro zaczne chyba od anteny GPS. Musze kombinowac do skutku i zmieniac polaczenia kabelkow, w koncu musze trafic na wlasciwy uklad, zreszta teraz oddalamy sie od brzegu i szczegolowa mapa nie jest mi potrzebna, drugi GPS pokazuje nas z dokladnoscisa do 48 mil.

Pozycja o 07:20 UT 33*16'8 S i 017*00'2 E szybkosc 3,2 wezla, kurs 323*

 



Cape Town

DZIEN 180

(Niedziela, drugi wrzesnia)

from mail.gmn-usa.com Sun, 2 Sep 2007 07:19:37 +0000 (UTC)

Wiatr wykreca na poludniowo zachodni , bujamy sie 15 mil od brzegu, tuz za Przyladkiem Dobrej Nadziei i czekamy na wuja Jana, ktory kierowany litoscia piwosza, za kilka godzin podplynie do nas na jakims jachcie motorowym i podrzuci troche browaru, pewnie chwile pogadamy i potem jazda dalej zeby nie przegapic dobrego wiatru...


DZIEN 179

(Sobota, pierwszy wrzesnia)

from mail.gmn-usa.com Sun, 2 Sep 2007 07:19:37 +0000 (UTC)

Urodzilismy w koncu to "glupawe dziecko", wczoraj w nocy 16 mil po prawej burcie minelismy Cape of Good Hope.
Alleluja